Wizyta francuskiego prezydenta we wrześniu 1967 roku

„Gdańsk jest symbolem zwycięstwa, symbolem wielkości Polski, symbolem jej przyszłości” – mówił na Długim Targu Charles de Gaulle, prezydent Francji. Słowa te padły 10 września 1967 roku podczas oficjalnej wizyty w Polsce. Jednym z jej etapów było Trójmiasto.

A
A
Ostatnia aktualizacja: 30 października 2017 r.
Przejazd francuskiego prezydenta ulicą Długą, na spotkanie z nim licznie wyszli gdańszczanie
Przejazd francuskiego prezydenta ulicą Długą, na spotkanie z nim licznie wyszli gdańszczanie
Fot. Zbiory Archiwum Państwowego w Gdańsku

Oficer Francuskiej Misji Wojskowej

Przypomnijmy kim był de Gaulle i jakie były jego wcześniejsze kontakty z Polską.

Urodził się 22 listopada 1890 roku i został wpisany do rodowej księgi jako Charles André Marie Joseph de Gaulle. Jako młodzieniec trafił do założonej jeszcze przez Napoleona elitarnej szkoły wojskowej w Saint-Cyr (École Spéciale Militaire de Saint-Cyr) i skończył ją, choć z wyjątkowo niską, zważywszy jego przyszłe dokonania, notą w 1912 roku. Podobno jego nowatorskie poglądy nie podobały się konserwatywnym wykładowcom. Student wyraźnie wziął sobie jednak do serca motto szkoły – „Ils s'instruisent pour vaincre” (Uczą się, aby zwyciężać) i nie zamierzał udawać, że wierzy w skuteczność rozwiązań militarnych rodem z ubiegłej epoki. Był uparty i umiał postawić na swoim. W dodatku miał rację, jego rozwiązania taktyczne były podobno natchnieniem dla genialnego niemieckiego generała Heinza Wilhelma Guderiana, twórcy koncepcji Blitzkriegu.

Podczas I wojny światowej de Gaulle walczył jako porucznik pod Verdun. Raniony w okolicy Douamount w 1916 roku, dostał się do niemieckiej niewoli i po stosunkowo krótkim pobycie w szpitalu po raz pierwszy trafił do Polski. Został osadzony w obozie jenieckim w Szczucinie nad Wisłą, gdzie przebywał trzy miesiące. Jako trudnego do upilnowania więźnia – wciąż podejmował próby ucieczki – przeniesiono go niebawem do tzw. Fortu IX czyli więzienia o zaostrzonym rygorze niedaleko Ingolstadt w środkowej Bawarii. Tam, z przerwami, przesiedział do końca wojny, poznając innego krnąbrnego jeńca, przyszłego marszałka ZSRR Michaiła Nikołajewicza Tuchaczewskiego.

Po powrocie z niewoli w 1918 roku de Gaulle nie mógł się odnaleźć w powojennej Francji. W tym czasie organizowano nabór oficerów do Francuskiej Misji Wojskowej, która miała wyruszyć do Polski i pomagać w reorganizowaniu jej nowo powstałej armii. Przypuszczano, że niebawem dojdzie do konfliktu na wschodzie, w którym nowo powstałe państwo będzie musiało się zmierzyć z bolszewicką potęgą. De Gaulle przybył do Polski w kwietniu 1919 roku wraz z 5. Pułkiem Strzelców Polskich, sformowanym podczas wojny w Sille-le-Guillaume, a zatem jako podkomendny generała Józefa Hallera, dowódcy tzw. Błękitnej Armii.

Wspomniana Francuska Misja Wojskowa cieszyła się w Polsce dużym szacunkiem i posiadała wpływy w sferach rządzących. Liczyła około czterystu oficerów, którzy – rozlokowani w różnych miejscach, między innymi w sztabach i uczelniach wojskowych – stosując znane sobie i sprawdzone z powodzeniem na frontach I wojny światowej francuskie wzorce, pomagali unowocześnić polską armię, a przede wszystkim szkolili młody korpus oficerski. Kapitan Charles de Gaulle prowadził najpierw – choć bardzo krótko – wykłady w Modlinie, potem został przeniesiony do dawnej szkoły Gwardii Cesarskiej w Rembertowie, gdzie prowadzono siedem kursów specjalistycznych. Jeden z nich, przeznaczony dla  wyższych oficerów piechoty (we francuskiej nomenklaturze „Cours des Officieres Superieurs”) prowadził właśnie commendant de Gaulle. Jego bezpośredni przełożony, podpułkownik Mercier, oficjalnie attaché wojskowy, został w ostatnich latach bohaterem niezwykle popularnej, sensacyjnej powieści „Szpiedzy w Warszawie” Alana Fursta  (wydanie polskie 2010), ciekawie opisującej Polskę lat dwudziestych i wojnę wywiadów w przededniu bolszewickiej agresji.

Na widok wyszkolonych przez siebie polskich oficerów kierowanych na front, młody kapitan de Gaulle nabierał przekonania, że sam powinien stanąć do boju. W pamiętniku napisał: „Stać bezczynnie z założonymi rękami, podczas gdy tak blisko toczy się walka, jest wbrew tradycji francuskiej!”. Niestety, w tym czasie instruktorom francuskim nie było wolno bezpośrednio uczestniczyć w działaniach wojennych. De Gaulle w maju 1920 roku zdecydował się wyjechać do Paryża, między innymi po to, aby przekonywać swoich przełożonych o potrzebie szerszego zaangażowania w sprawy Polski. Już w czerwcu powrócił do Polski u boku wpływowego generała Maxime’a Weyganda, szefa sztabu generalnego marszałka Ferdynanda Focha. Weygand, przyszły honorowy obywatel Warszawy, został przydzielony jako doradca do naczelnego wodza Wojska Polskiego, Józefa Piłsudskiego i brał aktywny udział w przygotowaniu polskiej kontrofensywy przeciwko zbliżającym się do Warszawy wojskom bolszewickim.

20 lipca 1920 roku wszyscy oficerowie francuscy z Misji Wojskowej otrzymali od swego rządu pozwolenie na przyłączenie się do polskich jednostek frontowych i doradzanie im bezpośrednio na polu walki. Awansowany do stopnia majora de Gaulle został na dwa miesiące (lipiec i sierpień 1920 roku) wcielony do armii dowodzonej przez generała Wacława Teodora Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, który komenderował Frontem Południowym między Puławami i Lublinem.  Francuski major brał udział w działaniach jako oficer zwiadu i wyróżnił się na polu walki podczas „cudu nad Wisłą” w okolicach Hrubieszowa, Chełma i Łucka. To wówczas nabrał wysokiego zdania o Polakach, cenił ich jako żołnierzy, był również wyraźnie zafascynowany marszałkiem Piłsudskim. Jesienią 1920 roku, jako szef gabinetu dowódcy Misji Francuskiej, zamieszkał na stałe w stolicy. Pozostawał tu do stycznia 1921 roku, przygotowując raport o stanie Wojska Polskiego. W tym chętnie brał udział w życiu towarzyskim Warszawy, zaglądał na Krakowskie Przedmieście, gdzie był częstym bywalcem w cukierni Bliklego na Nowym Świecie. Na salonach przez jakiś czas plotkowano, być może kłamliwie, o jego romansie z jedną ze znanych arystokratek.

Major de Gaulle tak dalece wniknął w miejscowe środowisko, że zaproponowano mu nawet stały przydział do polskiej armii. Odmówił, aby objąć stanowisko wykładowcy na uczelni, z której wyszedł. W Saint-Cyr przez pewien czas wykładał dzieje wojskowości. 19 listopada 1921 roku został odznaczony krzyżem Virtuti Militari V klasy (nr krzyża 2980) za udział w zmaganiach  z bolszewikami, a szczególnie za działania, które w sierpniu 1920 roku przyczyniły się do zajęcia Hrubieszowa. Uzasadniając wniosek, Sztab Generalny Francuskiej Misji Wojskowej w Polsce wspomniał, że major de Gaulle, podczas walk 29 lipca, 13 oraz 16 sierpnia 1920 roku, „dostarczył dowodów wzorowego osądzania sytuacji, nie bał się wychodzenia naprzeciw nieprzyjacielowi, wnikliwie wykorzystując informacje wywiadu wojskowego, przez co okazał się drogocennym współpracownikiem wodza naczelnego i wykazał się pełnią oficerskich zalet”. Nadanie krzyża zatwierdził dekretem z 26 stycznia 1922 roku Józef Piłsudski.

Od 1925 do 1939 roku Charles de Gaulle pełnił różne funkcje wojskowe, stale awansując, aby w 1940 roku zostać wiceministrem obrony. Po klęsce Francji wzywał rodaków do kontynuowania walki z hitlerowcami i był w 1942 roku współzałożycielem Francuskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Od 1945 roku był szefem rządu, ustąpił jednak ze stanowiska w 1946 roku. Znalazł się na jego czele ponownie 1 czerwca 1958 roku w sytuacji nadzwyczaj dramatycznej, gdy kraj znalazł się na skraju wojny domowej w związku z trudną sytuacją w Algierii. 21 grudnia 1858 roku został wybrany prezydentem nowo powołanej tzw. V Republiki. Był jedną z najbardziej wyrazistych postaci na scenie politycznej lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Miał odwagę zachowywać się dość niekonwencjonalnie, głosić kontrowersyjne poglądy i krytykować swoich sojuszników, Amerykanów. To powodowało, że zyskiwał sympatię w Moskwie.

 

9 września 1967 roku, sobota

Samolot z prezydentem Francji na pokładzie wylądował w Pruszczu Gdańskim wieczorem 9 września 1967 roku, a więc w czwartym dniu jego wizyty w Polsce. Charles de Gaulle był pierwszym francuskim prezydentem, odwiedzającym nasz kraj po wojnie. Zanim trafił do Gdańska był w Warszawie, Krakowie i na Śląsku. Złożył wieniec w obozie koncentracyjnym Auschwitz w Oświęcimiu. Wizyta w Polsce, która rozpoczęła się 6 września 1967 roku, pierwotnie zaplanowana była na termin wcześniejszy, została jednak przełożona ze względu na kryzys bliskowschodni, czyli tak zwaną wojnę sześciodniową, w której Izrael rozgromił armie swoich sąsiadów: Egiptu, Jordanii i Syrii.

Na płycie małego poniemieckiego lotniska oczekiwał na generała komitet powitalny, któremu przewodzili: przybyły z Warszawy premier Józef Cyrankiewicz, I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Gdańsku Jan Ptasiński (ubek i były zastępca Komendanta Głównego Milicji Obywatelskiej), przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej Piotr Stolarek, dowódca Marynarki Wojennej wiceadmiał Zdzisław Studziński (w niedalekiej przyszłości zastępca szefa Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego), dowódca Pomorskiego Okręgu Wojskowego generał dywizji Józef Kamiński, a także dowódca pułku myśliwskiego major Henryk Bajor.

Na lotnisku od wielu dni przygotowywano się do tej wizyty, trwały prace porządkowe, musztrowano reprezentacyjne oddziały. Wzniesiono podium zaopatrzone w mikrofony, rano rozwieszono wielki transparent z dwujęzycznym napisem: „Serdecznie witamy Prezydenta Republiki Francuskiej, Generała de Gaulle’a” i „Bienvenue Cordiale au Genéral de Gaulle, Président de la République Francaise”, a nad nim umieszczono portrety gościa, Edwarda Ochaba, Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza. Jeszcze wyżej łopotały flagi narodowe. Choć generał odleciał ze Śląska o 18., na lotnisku w Pruszczu wszystko było zapięte na ostatni guzik już o 17.30. Dzień był pochmurny i nad zgromadzonymi gęstniała mgła. Piętnaście minut później powoli zaczął zapadać zmierzch, włączono więc jarzeniówki i reflektorami oświetlono betonową, wilgotną płytę lotniska. Około 18. pojawiła się wojskowa orkiestra Marynarki Wojennej, żołnierze kompani honorowej zajęli miejsca bezpośrednio za podium.

Wśród stale gęstniejącej mgły i w deszczu, o 19.10 usłyszano ponad głowami szum silników samolotu, ujrzano szybko zbliżające się do lotniska światła. Kiedy odgłos z silników zamienił się w ryk i pilot posadził maszynę na pasie, zagrała orkiestra. Przygotowany trap podjechał do kadłuba czterosilnikowego „Iła-18”, a żołnierzom wydano komendę: „Kompania, baczność, na prawo patrz!”. Niebawem w luku wejściowym pojawiła się wysoka, choć zawsze nieco przygarbiona postać generała. Ubrany był w garnitur. De Gaulle przybył do Polski z małżonką Yvonne oraz grupką najbliższych współpracowników, między innymi dwoma ministrami: spraw zagranicznych Mauricem Couve de Murvillem (sprawował tę funkcję najdłużej w historii Francj - całe dziesięć lat) i oświaty Alainem Peyrefittem, byłym konsulem generalnym Republiki Francuskiej w Krakowie. Dziewczęta w strojach kaszubskich wręczyły państwu de Gaulle bukiety kwiatów, potem nastąpiła kilkuminutowa prezentacja, czyli podawanie sobie rąk. Prezydent Francji przywitał się z każdym osobiście, po czym orkiestra wojskowa odegrała oba hymny narodowe, tak przecież do siebie podobne. Żołnierzy kompanii honorowej generał pozdrowił poprawną polszczyzną: „Czołem żołnierze!”. Wzbudziło to zrozumiały entuzjazm.

Powitalne przemówienie wygłosił przewodniczący Piotr Stolarek. Odpowiedział mu generał, a jego słowa były natychmiast tłumaczone: „Przybywam tutaj ze wzruszeniem. Byłem w Gdańsku czterdzieści siedem lat temu. Jego położenie było wtedy jednak zupełnie inne niż dzisiaj. Po tak wielu ciężkich doświadczeniach, jakie przeszedł wasz kraj, a także w tym trudnym czasie mój kraj, Gdańsk znalazł własną drogę. Gdańsk jest polski, głęboko i zasadniczo polski. W tym duchu pozdrawiam Gdańsk, pozdrawiam także Gdańsk będący dzisiaj polską bazą morską na Morzu Bałtyckim, bazą wojskową, bazą handlową o największym znaczeniu. Pozdrawiam Gdańsk będący podstawowym elementem przyszłości Polski”. Swoje przemówienie zakończył również po polsku: „Niech żyje Gdańsk! Niech żyje Gdańsk! Niech żyje Polska!”.

Wszyscy czekali na takie właśnie słowa, przyjęto je entuzjastycznie. Spodziewano się, że bohater II wojny światowej zdecyduje się ponownie, i to właśnie w Gdańsku, miejscu, w którym się ona rozpoczęła, potwierdzić swoje poparcie dla zachodnich granic Polski ustalonych na linii Odry i Nysy. Francja była, jak dotąd, jedynym krajem Zachodu, który je uznawał. Aby ten fakt wyraźnie zaakcentować, generał zdecydował się podczas swojej wizyty odwiedzić tzw. ziemie odzyskane. Takie propolskie zachowanie przywódcy francuskiego bardzo się podobało nie tylko władzy, ale również przesiedlonym w te rejony Polakom ze Wschodu.

Jeden jednak fragment jego wypowiedzi wzbudził pewną konsternację wśród zebranych towarzyszy, nawet jeżeli wiedzieli o polskim epizodzie w życiu obecnego prezydenta Francji. Okoliczności, w jakich de Gaulle znalazł się w Polsce przed czterdziestu siedmiu laty, z pewnością nie budziły sympatycznych skojarzeń wśród komunistycznych notabli, bo przecież dotyczyły także wojny polsko-bolszewickiej. Radzi byliby o tym nie pamiętać.

Trudno powiedzieć, w jakim momencie 1920 roku generał odwiedził Gdańsk, nigdzie o tym nie pisze w swoich wspomnieniach. Można przypuszczać, że był tu krótko, być może przejazdem. Jedno jest pewne: prowadzone przez de Gaulle w 1920 roku dość skrupulatnie dzienniki obejmują okres od 1 lipca do 26 sierpnia i wiadomo, że wtedy z pewnością nie było go na Wybrzeżu. O tym, że Gdańsk powinien należeć do Polski, de Gaulle mówił już w 1920 roku podczas zamkniętych konferencji organizowanych dla francuskich oficerów z misji wojskowej. Swego zdania, jak widać - mimo upływu lat - nie zmienił. Mówienie o „głęboko polskim Gdańsku” nie wypływało więc tylko z kalkulacji politycznych. On po prostu zawsze tak uważał.

Z położonego na obrzeżach Pruszcza lotniska o 19.40 wyruszyła długa na około dwa kilometry kawalkada rządowych samochodów. Prowadziła ją eskorta milicjantów na motocyklach, oczywiście w galowych uniformach. Jechali głównymi ulicami przez Orunię i Gdańsk w kierunku Sopotu. Choć pora była dość późna, ludzie tłumnie przybyli, aby powitać generała. Ciasne szpalery zainteresowanych ciągnęły się na całej długości trasy udekorowanej flagami Polski i Francji. Wznoszono okrzyki, te same, które towarzyszyły generałowi podczas całej wizyty: swojskie „Sto lat!” i „Vive France!”, względnie „Vive de Gaulle!”. Ci, którzy nauczyli się ich wówczas, często pamiętają je do dziś, jako jedyne znane sobie słowa w języku Moliera. Te tłumy wokół, otaczające znakomitego gościa, stanowiły świadectwo jego popularności w Polsce, kraju, w którym tradycyjnie od czasów Napoleona – a może jeszcze wcześniej – wierzono w łączącą oba kraje przyjaźń. Do tego przekonania nawiązywano niejednokrotnie podczas relacji z wizyty. W gazetach pisano, że prezydent Francji „znalazł się wśród szczerych i tradycyjnych przyjaciół”.

O 20.30 samochody zatrzymały się przed sopockim „Grandem”. Tam właśnie, jak było do przewidzenia, w najbardziej reprezentacyjnym hotelu w Trójmieście, para prezydencka oraz jej świta spędzili noc z  9 na 10 września. W ramach przygotowań do przyjęcia gości odremontowano front budynku i uporządkowano starannie jego najbliższe otoczenie. Hotelowa obsługa otrzymała nowe uniformy, wymieniono również starą zastawę stołową. Cały budynek został przeznaczony tylko i wyłącznie do dyspozycji gości z Francji. W holu na zmęczonego po całym dniu generała czekał kolejny garnitur oficjeli ustawionych w długi rządek. De Gaulle był tym tak rozkojarzony, że kiedy wspomniano o czekającej na niego windzie, wszedł do niewłaściwej – dla personelu – tak małej, że nie zmieścił się w niej towarzyszący mu premier Cyrankiewicz. Prezydent Francji zajął sławny, składający się z trzech pokoi apartament 226, w którym w październiku 1939 roku podpisano kapitulację polskiej załogi, walczącej na Półwyspie Helskim. To z pewnością, obok kasyna, najsłynniejsze pomieszczenie w legendarnym hotelu. Lista znanych postaci, które z jego okien spoglądały na Zatokę Gdańską jest imponująca. Gościł tu Adolf Hitler i Hermann Goering, po wojnie zaś Josip Broz Tito, Fidel Castro,  szach Iranu Mohammad Reza Pahlawi oraz Władimir Putin. Mimo, że w apartamencie gościło tak wiele sławnych osobistości, potocznie wciąż nazywa się go „degolówką”, co zapewne świadczy o sympatii, jaką cieszy się generał i o tym, że wspomnienia jego wizyty wciąż są żywe. Ze względu na wysoki wzrost generała – 196 centymetrów – apartament wyposażono w o pół metra dłuższe od standartowego, wygodne i szerokie łoże (wykonane w Zakładzie Wytwórczym Mebli Artystycznych w Henrykowie). Wedle innej relacji, łóżko dla generała sprowadzono z Muzeum Narodowego w Warszawie.

W gazetach opublikowano program wizyty na dzień następny, więc można się było zorientować, gdzie i o której godzinie pojawi się gość, jakimi ulicami będzie jechał. Każdy kto chciał miał szansę uczestniczyć w tym wydarzeniu.

 

10 września 1967 roku, niedziela

W  upublicznionym programie nie wspomniano jednak ani słowem o zaplanowanej porannej wizycie pary prezydenckiej w kościele. Ponieważ była to niedziela państwo de Gaulle wyrazili życzenie uczestniczenia w mszy świętej. Wolę ich spełniono, choć oczywiście poza protokołem. Regionalne gazety napisały o tym wydarzeniu następnego dnia, a więc po fakcie.

Prezydent z małżonką uczestniczył w mszy św. w katedrze oliwskiej; obok nich przy klęczniku biskup Edmund Nowicki
Prezydent z małżonką uczestniczył w mszy św. w katedrze oliwskiej; obok nich przy klęczniku biskup Edmund Nowicki
Fot. Zbiory Archiwum Państwowego w Gdańsku

Nabożeństwo odprawiono o 9. w oliwskiej katedrze. Celebrował je ks. Leon Główczewski, on także udzielił Komunii Św. państwu de Gaulle. Biskup Edmund Nowicki towarzyszył w katedrze prezydenckiej parze. W krótkiej rozmowie generał uprzejmie podkreślił, że wielkim zaszczytem było dla niego uczestnictwo w mszy świętej odprawionej w tak znamienitym miejscu. Wyraził też przekonanie, iż tysiącletnia obecność Kościoła Katolickiego w Polsce miała istotny wpływ na jego losy. Wspomniał o polskich kapłanach zamordowanych przez hitlerowskiego okupanta. Podczas swojej wizyty de Gaulle starał się spotkać z prymasem Stefanem Wyszyńskim, jednak władze komunistyczne potrafiły na tyle utrudnić wstępne uzgodnienia, że w końcu do takiego spotkania nie doszło. Prezydentowa otrzymała od biskupa Nowickiego piękny, bursztynowy różaniec w szkatułce wykonanej z tego samego materiału. Generałowi wręczono pamiątkowy medal.

Zaraz po dziesiątej sznur samochodów ruszył w kierunku Gdańska. Trasa wiodła Grunwaldzką, aleją Zwycięstwa, Wałami Jagiellońskimi. Kolumna rządowych aut dotarła na Trakt Królewski około 10.20. Generał i towarzyszący mu polski premier jechali otwartym samochodem. Prezydent Francji i jego małżonka przeszli pieszo przez Długi Targ witani przez dzieci z kwiatami, przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej Tadeusza Bejma oraz tłumy gdańszczan. Tym razem prezydent był w mundur, a na głowie miał charakterystyczne kepi. To on w znaczący sposób przyczynił się do upowszechnienia tego typu nakrycia głowy, kojarzonego dotąd głownie z żołnierzami Legi Cudzoziemskiej. Wygłoszono przemówienia, wymieniono uprzejmości. Owacjom nie było końca. burze oklasków trudno było uciszyć, wznoszono okrzyki sławiące przyjaźń polsko-francuską. Generał podziwiał odbudowane miasto, ten „wspaniały plac”, spoglądał na Dwór Artusa i Złotą Kamieniczkę. Powiedział: „Polska musi spoglądać daleko w przyszłość. Polska musi patrzeć na wielką skalę. Właśnie tego dokonaliście w Gdańsku”. Mówił też, że „Gdańsk jest symbolem zwycięstwa, symbolem wielkości Polski, symbolem jej przyszłości”.

Na Długim Targu zrobiono najwięcej zdjęć, ten czas był przeznaczony na spotkanie gościa z mieszkańcami Gdańska. Operator telewizji francuskiej – by lepiej uchwycić ów moment – ustawił kamerę na szczycie budki telefonicznej, dokładnie naprzeciw fontanny Neptuna. Generał ufnie podchodził do ludzi, był bardzo naturalny i serdeczny, uścisnął dłonie uczniów z gdańskiego Technikum Łączności, podpisał podany mu tom swoich pamiętników. Kiedy po drugiej stronie placu ujrzał młodych ludzi zgromadzonych pod transparentem „Młodzież Jeleniej Góry wita prezydenta de Gaulle’a” ruszył w ich stronę, a za nim pośpieszył tłum reporterów. Krążył po placu, a towarzyszyły mu zachwycone spojrzenia Polaków. Potem gospodarze poprowadzili gości ku Zielonej Bramie, gdzie zawieszono transparent o treści dotyczącej nienaruszalności granic, które są warunkiem pokoju europejskiego.

Za bramą czekała już otwarta, czarna limuzyna marki „Ził”, milicyjna eskorta, a także dwaj mali chłopcy z karteczkami w dłoniach. Mieli jedno marzenie -  autograf generała – które spełnił z uśmiechem. „Ził”, którym poruszał się po Polsce de Gaulle, to słynny model 111 D, czarny kabriolet, jeden z jedenastu wyprodukowanych egzemplarzy. Był darem Związku Radzieckiego dla polskiego rządu. Luksusowe auto wyposażone było w automatyczną skrzynię biegów i mogło w razie potrzeby osiągnąć prędkość 170 kilometów na godzinę. Po przełożeniu biegu na tzw. „marszowy”, jechało z prędkością maszerującego wojska, co było niewątpliwie przydatne podczas różnych defilad lub przejazdów przez miejsca, gdzie chciało się być widzianym. Tym właśnie pojazdem dostojny gość przemierzał Trójmiasto.

W towarzystwie marszałka Polski Mariana Spychalskiego oraz premiera Cyrankiewicza francuski prezydent pojechał na Westerplatte. Było to około godziny 11. Po krótkim zwiedzaniu miejsca, złożeniu wieńców przed nowym Pomnikiem Obrońców Wybrzeża (odsłonięto go 9 października 1966 roku) i wygłoszeniu kilku słów, generał spotkał się z żołnierzami II wojny światowej, także tymi, którzy w 1939 roku bronili Wojskowej Składnicy Tranzytowej. Wśród weteranów znalazł się kapitan żeglugi wielkiej Mikołaj Deppisz, który podczas wojny walczył na okrętach francuskich. Generał dostrzegł na jego piersiach krzyż lotaryński – symbol Wolnych Francuzów – i powiedział: „Nosimy na mundurach ten sam krzyż”.

Zaraz potem, trałowcem Marynarki Wojennej nr 621, przez Zatokę, a więc najkrótszą z możliwych dróg, udano się do Gdyni. Generałowi towarzyszyła eskorta kutrów torpedowych oraz dwa trałowce wypełnione dziennikarzami. Morze było spokojne, nad wodą unosiła się lekka mgiełka. Na wysokości Orłowa powitał dostojnego gościa kontradmirał Zygmunt Rudomino oraz ustawione w szyku okręty Polskiej Marynarki Wojennej w pełnej gali. Zebrano je niemal wszystkie: kutry rakietowe, okręty podwodne, ścigacze, trałowce, a nawet barki desantowe. Niszczyciel ORP „Błyskawica” dwadzieścia jeden razy oddał salwę na cześć wojennego bohatera. Generał wpłynął do portu przy wtórze ryku syren wszystkich stojących w nim statków handlowych. Było to naprawdę imponujące powitanie. Charles de Gaulle był wyraźnie poruszony tak niezwykłym przyjęciem. Wraz z przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni, Mieczysławem Wójcikiem, z wysokości Kamiennej Góry spoglądał na miasto, stocznię i port. Nie szczędził komplementów. Okazywana mu powszechnie sympatia sprawiała, że był w doskonałym nastroju, promieniał radością i dowcipkował. Potem kolumna pojazdów ruszyła ulicami Władysława IV i Czołgistów w kierunku Sopotu.

Niedługo po powrocie do hotelu, około godziny 14. wydano na cześć gości niewątpliwie spóźnione śniadanie. Zapraszającym był przewodniczący Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej Piotr Stolarek, przy stole zasiedli również premier Cyrankiewicz i marszałek Spychalski. Po wielu godzinach spędzonych na świeżym powietrzu posiłek smakował znakomicie. Podano  zrazy saskie w chlebie razowym, wznoszono stosowne przy takiej okazji toasty. Pod koniec przyjęcia generał wstał i zabrał głos. To, co powiedział, wzbudziło pewne kontrowersje i jest przytaczane w kilku różniących się co do akcentów wersjach. Wielu zastanawiało się i wciąż się zastanawia, co tak właściwie prezydent Francji chciał przekazać Polakom. Oto kilka najbardziej charakterystycznych fragmentów: „Znajdujecie się obecnie wobec przyszłości, która jest przyszłością wielkiego kraju”. I dalej: „Francja nie jest powołana do udzielania Polsce rad, ale ponieważ głęboko ją poważa, Francja cieszy się z tego waszego nowego powołania, ma nadzieję i oczekuje, że spełnicie to powołanie”. Generał uważał, że: „jeżeli będziecie patrzeć dalej i szerzej, nawet sprawy i  przeszkody, które wydają się wam nie do przezwyciężenia, zostaną bez wątpienia przezwyciężone. My, Francuzi, sami obecnie tak czynimy. Czeka nas, jestem tego pewny, przyszłość o wielkim znaczeniu. Jestem zresztą przekonany, że przyszłość ta niebawem nadejdzie”. Podobno w pewnym momencie prezydent Francji miał spojrzeć znacząco na zebranych i upewnić się – „Rozumiecie  wszystko to, co do was mówię?”. Czy miała to być zachęta skierowana do komunistycznych przywódców, a może do ogółu Polaków, aby mieli odwagę z nadzieją spoglądać w przyszłość? Trudno jednoznacznie wyrokować. Zapewne generał chciał dać do zrozumienia, że – jego zdaniem – ograniczenia, jakim dziś wszyscy podlegają i które wydają się nie do przezwyciężenia, kiedyś przeminą.

Tego rodzaju wypowiedzi prezydenta państwa, które nie tak dawno, bo w 1966 roku, na znak protestu przeciw zmianie doktryny strategicznej zdecydowało się wystąpić ze struktur wojskowych NATO, z pewnością zabrzmiały podejrzanie w uszach partyjnych funkcjonariuszy. Ktoś nieufny, np. ambasador ZSRR, mógłby odnieść wrażenie, że Francja zachęca Polskę, aby w przyszłości, gdy zmienią się krępujące ją uwarunkowania, poszła w jej ślady i stała się wolna i niezależna.  Uczestniczący w śniadaniu mogli się poczuć nieco skonfundowani. Wszak Polska Rzeczpospolita Ludowa, którą reprezentowali, była aktywnym członkiem Układu Warszawskiego i nikt nie życzył sobie, by kwestionowano publicznie – nawet najbardziej delikatnie – jej lojalność wobec wschodniego sojusznika. Wiadomość o dziwnie brzmiących wypowiedziach francuskiego generała przy hotelowym stole prawdopodobnie szybko dotarła do Warszawy. De Gaullowi już wcześniej zdarzało się wypowiadać dość swobodnie. Podczas wcześniejszego pobytu w Kanadzie, gdzie był witany z podobnym entuzjazmem, w trakcie przemówienia wygłaszanego 24 lipca 1967 roku z balkonu ratusza w Montrealu, powiedział donośnie „Vive le Québec libre!”(„Niech żyje wolny Quebec!”). Słowa te, co zrozumiałe, wpłynęły na wzrost nastrojów niepodległościowych w całej prowincji i na jakiś czas pogorszyły stosunki z Kanadą. Czy prezydent Francji sądził, że w niedalekiej przyszłości Polskę stać będzie, podobnie jak Francję, na prowadzenie niezależnej polityki, że wyrwie się z zależności lub choćby tylko zaznaczy własną odrębność w ramach sowieckiego bloku? Dziś wiemy, że jeśli tak myślał, to były to oczekiwania na wyrost i przedwczesne.

Po zakończeniu posiłku w „Grand Hotelu” i krótkim odpoczynku de Gaulle pożegnał sopocki hotel i – jak poprzednio – wyruszył w kolumnie samochodów w stronę Gdańska. Dokładnie dziesięć minut po godzinie 16. generał był już na cmentarzu żołnierzy francuskich. Dojechał do niego od strony ulicy Legnickiej, przygotowywanej na ten moment od kilku tygodni. Ulica Powstańców Warszawskich, zwana wówczas potocznie Czarną Drogą, wiodąca na obecne, a wtedy jeszcze nieistniejące osiedle Suchanino, choć prowadziła pod samą cmentarną bramę, nie została wykorzystana jako dojazd. Prawdopodobnie dlatego, że nie posiadała należytej nawierzchni. Przez długie lata pokrywał ją unoszący się spod kół żużel.

Niestety, pogoda tego dnia nie dopisała, wiał silny wiatr, po czym spadł deszcz.  Kilkaset osób, czekających od dwóch godzin na rozległym wzgórzu, przezornie zabrało ze sobą parasole. Teraz miały się przydać. Niczym czarne i granatowe grzyby wyrosły nagle ponad równymi rzędami mogił: białych krzyży i kilku muzułmańskich stelli nagrobnych. Na wielu z nich, prócz imienia i nazwiska, znaleźć można napis: „Mort pour la France” („Zginęli za Francję”), niektóre pozostają bezimienne. Na dwuhektarowej powierzchni Wojskowego Cmentarza Francuskiego na Siedlcach spoczywa niemal tysiąc pięciuset żołnierzy i cywili, których ciała zwieziono tutaj z całego kraju. Rozstali się z życiem w różnych epokach, choć większość stanowią jeńcy francuscy z I i II wojny światowej. Cmentarz powstał w 1967 roku tuż przed wizytą Charlesa de Gaulle'a,                 a koszty jego budowy poniosła Ambasada Francuska. Zlokalizowano go w miejscu, gdzie podczas wojen napoleońskich chowano poległych żołnierzy francuskich. Ich kości, wykopywane w tym miejscu od kilku miesięcy, starannie układano w małych trumnach, które potem pogrzebano.

De Gaulle  złożył wieniec na podeście u stóp trzech krzyży, w pobliżu napisu: „Ses fils morts pour la France en Pologne. La Republique Francaise Reconnaissante” („Jej synowie umarli za Francję w Polsce. Wdzięczna Republika Francuska”), przy którym płonęły znicze i stała honorowa warta żołnierzy z jednostki Obrony Wybrzeża, tzw. niebieskich beretów. Stojąc pod parasolem, generał dokonał wpisu do księgi pamiątkowej. Na ten moment założył na swój słynny, nieco haczykowaty nos okulary w grubej oprawce. W księdze pozostały słowa „Honneur aux Francois morts pour la France et la Pologne á Gdańsk!!!” („Cześć Francuzom, poległym w Gdańsku za Francję i Polskę”).

Bezpośrednio z cmentarza delegacja pojechała w stronę Pruszcza Gdańskiego, gdzie około godziny 17.30, przy rzęsiście padającym deszczu, miało miejsce  uroczyste pożegnanie. De Gaulle oficjalnie podziękował wszystkim za życzliwe przyjęcie, uścisnął dłonie kolejnemu szpalerowi oficjeli, podał ją również milicjantom konwojującym go na motocyklach. Był zawsze ujmująco uprzejmy. Wchodził na schodki prowadzące do rządowego samolotu  „IŁ-18” (otrzymaliśmy dwie maszyny tego typu od ZSRR w 1961 roku, obie latały z naszymi VIP-ami przez następnych tzydzieści lat!) jako ostatni. Stojąc na szczycie odwrócił  się i jeszcze raz pozdrowił żegnających go na płycie lotniska ludzi. Żegnała go stojąca w strugach deszczu kompania honorowa i mgła, charakterystyczna dla nizinnego krajobrazu Gdańskich Żuław.

***

Następnego dnia de Gaulle jako pierwszy szef obcego państwa wystąpił w polskim Sejmie, co niewątpliwie było wielkim zaszczytem. Był to również medialnie najważniejszy punkt jego wizyty. W sejmowym wystąpieniu chwalił polskie osiągnięcia, mówił, że spogląda na odbudowany po straszliwych zniszczeniach wojennych kraj z wielkim zadowoleniem, że mamy obecnie nowoczesny przemysł, niezwykle wydajne kopalnie, a także dobrze rokujące na przyszłość rolnictwo, drogi, porty, lotniska, szkoły i uniwersytety. Słowem, podkreślił, że jesteśmy krajem w trakcie dynamicznego rozwoju.  Podkreślał też nasze walory: „Widzę - mówił - że Polska ma zwarte terytorium, bez obcych mniejszości etnicznych, z bardzo sprawiedliwymi i jasno wytyczonymi granicami, które Francja akceptuje od zakończenia wojny”. Twierdził, że Polska, niezależnie od okoliczności politycznych, w jakich się znajduje, jest jak zawsze pewna swej narodowej tożsamości. Przypominał również więzi łączące w przeszłości Polskę i Francję. Mówił o Europie, która przekroczy kiedyś podział na dwa wrogie bloki, o potrzebie odprężenia, porozumienia i współpracy. Wierzył, że Francja i Polska powinny ze sobą ściśle współdziałać na tym polu.

Odpowiadając gościowi Władysław Gomułka wygłosił pean na cześć przyjaźni, łączącej nas ze Związkiem Radzieckim. „Polska wyciągnęła już właściwe wnioski z historii ostatnich kilkudziesięciu lat” – mówił – „i uważa obecne sojusze za najlepszą gwarancję swojego bezpieczeństwa”. Była to jednoznaczna odmowa prowadzenia polityki niezależności, do jakiej zachęcał nas francuski prezydent. Późniejsza rozmowa obu polityków też nie przyniosła zbliżenia stanowisk. De Gaulle był wyraźnie rozczarowany postawą I sekretarza i zaraz po wyjściu ze spotkania odmówił jego komentowania. Dopiero po śniadaniu wyznał swojemu najbliższemu otoczeniu, że rozmowy były szczere, interesujące i ważne. Jednym słowem, wypowiedział same ogólniki.

12 września 1967 roku de Gaulle opuścił Polskę. De Murville, relacjonując później na posiedzeniu rządu francuskiego ostatnią wizytę prezydenta, porównał przyjęcie, jakiego doświadczył on w Polsce, z przyjęciem we „francuskim” Quebecu. Sam generał wyznał, iż jego zdaniem oficjalna wizyta francuskiej delegacji pozwoliła Polakom w pełni zademonstrować szczery patriotyzm i entuzjazm, z jakim patrzą w przyszłość. Jeżeli miał jakiekolwiek wątpliwości, to z pewnością je stracił, wiedział już, że komunistyczny rząd w Warszawie nie jest rzecznikiem polskiego narodu,  a jedynie wyrazicielem woli Związku Radzieckiego.

***

Można powiedzieć, że Charles de Gaulle na stałe „zadomowił się” w Gdańsku, kiedy jego imię otrzymała wrzeszczańska ulica Wiązowa. Wiązy idealnie pasowały do generała, był on wyraźnie podobny do tych drzew: szlachetny, twardy i odporny na zepsucie.

Przypomnijmy jeszcze, że w  2002 roku znany gdański polityk i publicysta, Aleksander Hall wydał obszerną biografię generała. Książka była nominowana do nagrody miejscowych mediów i została zaprezentowana któregoś wieczora w Ratuszu Staromiejskim.

 

Nataniel i Waldemar Borzestowscy

 

Wykorzystano:

Norman Davies, „Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920”, Kraków 2007;

„De Gaulle. Portret intymny”, film dokumentalny z cyklu „Portrety” zrealizowany dla telewizji „Planete”, reżyseria René-Jean Bouyer, Francja 2005;

Aleksander Hall, „Charles de Gaulle”, Warszawa 2002;

„Prezydent Francji generał Charles de Gaulle w Polsce”, reportaż z wizyty, 35-minutowy film dokumentalny z 1967 roku w reżyserii Janusza Kidawy;

Charles Williams, „Charles de Gaulle. Ostatni wielki Francuz”, Warszawa 2007;

Wizyta de Gaulle’a w Polsce (6-12 września 1967r.), „Między mitem a rzeczywistością”, księga pamiątkowa prof. Mieczysława Wojciechowskiego, UMK w Toruniu, Toruń 2006;

Lokalne gazety, wydania z września 1967 roku, z dni pobytu prezydenta Francji w Polsce: „Głos Wybrzeża”, „Dziennik Bałtycki” i „Wieczór Wybrzeża”, a w nich bogate w szczegóły relacje znanego publicysty i pisarza Lecha Niekrasza.

 

Pierwodruk: „30 Dni” 2-3/2011

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia