Opowieść o tym, jak z powodu mostu Polacy aresztowali znanego fotografa

Jak to się stało, że Albert Gottheil, znany gdański fotograf, trafił do aresztu w Gniewie w 1928 roku?

A
A
Ostatnia aktualizacja: 08 grudnia 2016 r.

Przeglądając popularne międzywojenne gazety pomorskie, takie jak „Gazeta Gdańska”, pelpliński „Pielgrzym” czy toruńskie „Słowo Pomorskie”, można odnieść wrażenie, że prześcigały się w doniesieniach o aktach niemieckiej wrogości wymierzonych w Polskę, w jej instytucje i konkretnych obywateli. Podobnymi sensacjami, ale opisywanymi z innego bieguna, karmiła czytelników prasa niemieckojęzyczna. Wszystkie inicjatywy i posunięcia niemieckie i polskie znajdowały się na celowniku gazet. Nieraz nawet błahy powód wywoływał lawinę wyolbrzymionych pretensji.

Było tak - między innymi - w grudniu 1927 roku, kiedy władze polskie ogłosiły decyzję o likwidacji mostu wiślanego przy granicy z Prusami Wschodnimi pod Opaleniem k. Kwidzyna (wówczas Marienwerder - granica polsko-niemiecka w tym miejscu była na Wiśle). Most ten służył od niemal 20 lat, wybudowano go w latach 1906-1909. Prasa niemiecka uderzyła na alarm, a czasopisma ilustrowane publikowały zdjęcia mostu opatrzone stosownymi komentarzami. Jednym z fotografów, którzy zawitali wtedy nad Wisłę, aby sfotografować tę przeprawę, był gdańszczanin Albert Gottheil (1867- po 1942), znany nad Motławą portrecista i pejzażysta. Ale nie była to dla niego udana wyprawa.

 

Most pruski

O jakim moście mówimy? O jedynym do 1928 roku moście drogowo-kolejowym na siedemdziesięcioczterokilometrowym odcinku Wisły między Grudziądzem i Tczewem. Od mostu w Grudziądzu most ten był oddalony niespełna trzydzieści kilometrów (29 kilometrów) i 45 kilometrów od mostu w Tczewie. Umożliwił połączenie kolejowe Smętowa z Kwidzynem. Ze Smętowa można było podróżować w kierunku Gdańska, Starogardu, Bydgoszczy i Berlina, a z Kwidzyna – do Iławy, Malborka, Elbląga i Królewca. Most przecinał Wisłę na odcinku między gruntami leżącej na lewym brzegu wsi Opalenie (Münsterwalder), a na prawym brzegu przedpolem Kwidzyna (Marienwerde). W niemieckojęzycznej literaturze był nazywany Münsterwalder Brücke (opaleński most).

Miał ponad kilometr długości (1058 metrów) i tworzyło go dziesięć stalowych przęseł gęsto nitowanych – pięć łukowych, każde o długości 132 metrów i wadze około1575 ton, oraz pięć kratownicowych (prostokątnych), każde o wadze około 770 ton. Wśród tych drugich były dwa przęsła siedemdziesięciodziewięciometrowe i trzy osiemdziesięciometrowe.

Cała przeprawa wspierała się na dziewięciu masywnych filarach ceglano-betonowych (obłożonych kamiennymi ciosami) i dwóch przyczółkach przy koronach wałów przeciwpowodziowych. Na przyczółkach opierały się przęsła krótsze (79 metrów). Po stronie Opalenia dodatkowo osadzono jedno przęsło osiemdziesięciometrowe i dwa takie same po stronie Kwidzyna. W części środkowej (nad nurtem Wisły) zawisło pięć przęseł łukowych. Dodać wypada, że kratownice i łuki biegły ponad jezdnią, a nie odwrotnie, a to znaczy, że był to most z jazdą dołem (dużo mostów kolejowych buduje się z jazdą górą, gdzie jezdnia stanowi najwyższą część mostu).

Szerokość użytkowa mostu przekraczała nieco dwanaście metrów (12,1 metra). Jego południowy pas zajął niezbyt szeroki chodnik dla pieszych, a północny pas wydzielono pod tor kolejowy. Między torowiskiem i chodnikiem poprowadzono jezdnię około pięciometrowej szerokości, osłoniętą od torów wysokim parkanem.

Most pod Opaleniem, przyczółek wschodni od strony Kwidzyna
Most pod Opaleniem, przyczółek wschodni od strony Kwidzyna
Fot. 'Zeitschrift für Bauwesen' 1910

Wjazdów na most strzegły ceglane trzykondygnacyjne neogotyckie budynki bramne z oknami strzelniczymi na wszystkich poziomach i w razie potrzeby mogły posłużyć za strażnice ochrony mostu. Podczas I wojny światowej most opaleński przysłużył się armii pruskiej do szybkiego przerzutu wojska i sprzętu przez Wisłę.

Most polski

W latach międzywojennych, kiedy Polska wróciła na mapę Europy i na północy weszła klinem między terytoria Prus Wschodnich i Wielkich Niemiec, most, wtedy już pod polskim Opaleniem, spiął polskie brzegi. Nie spinał ich jednak tak, jak na przykład most w Grudziądzu, gdzie Wisła płynęła środkiem rozległego terytorium polskiego. Tutaj sytuacja była inna. Na prawym brzegu polskie terytorium było zaledwie symboliczne, w najszerszym miejscu nie przekraczało 1600 metrów, granica państwowa wiodła wzdłuż drogi poprowadzonej koroną starego wału przeciwpowodziowego. Prawy przyczółek opierał się na koronie nowszego wału, uformowanego bliżej Wisły. Powyżej i poniżej mostu nasze terytorium zwężało się na kształt długich i nieregularnych klinów o bokach wyznaczonych linią brzegową Wisły i biegiem starego wału przeciwpowodziowego. Był to obszar często zalewany przez Wisłę i niezamieszkały. Dalej były już Prusy Wschodnie. W takich warunkach most bardziej pełnił rolę przejścia granicznego niż typowej przeprawy przez rzekę. Przy wspomnianym tczewskim moście, który też został w całości przyznany Polsce sytuacja wyglądała nieco inaczej: lewy przyczółek znajdował się na brzegu polskim, ale prawy już na brzegu niemieckim (czyli – w Prusach Wschodnich), a granica państwowa prowadziła środkiem rzeki.

Ruch kolejowy na moście opaleńskim dość szybko wstrzymano. W pierwszym półroczu 1927 roku, zanim polskie władze ogłosiły decyzję o jego likwidacji i ujawniły zamiar wykorzystania zdemontowanych przęseł do budowy nowych przepraw w Toruniu i Koninie, skorzystało z niego około 7 tysięcy pieszych, 1100 rowerzystów oraz 2400 pojazdów konnych i mechanicznych. Likwidacja nie była na rękę Niemcom z Prus Wschodnich, zwłaszcza tym, którzy przeprawiali się mostem w różnych sprawach na polskie terytorium i dalej polskim „korytarzem” do Niemiec. Polska decyzja pozostała jednak nieodwołalna. Demontaż przeprowadzono od listopada 1928 roku do czerwca 1929 roku. Ogółem ścięto i wybito około sześciuset tysięcy nitów, a rozbiórka jednego przęsła łukowego zajmowała około dwudziestu dni, mniejszego zaś – około dwunastu. Zdemontowane elementy odpłynęły barkami do Torunia i Konina i w końcu czerwca 1929 roku jedynym śladem po tym moście były nierozebrane przyczółki i filary (budowę mostu pod Koninem zakończono w 1932 roku, a w Toruniu – w 1934).

 

Nieudana sesja zdjęciowa

Co skłoniło Alberta Gottheila, fotografa i właściciela gdańskiego zakładu fotografii artystycznej „Gottheil & Sohn. Atelier für bildmässige Photographie”, do wyprawy poza rodzinne miasto, aby sfotografować most, który wkrótce miał zostać rozebrany? O zdjęcia mostu pod Opaleniem zwróciła się do niego redakcja „Niemieckiej Gazety Ilustrowanej” („Deutschen Illustrierten Zeitung”) i w czwartek 28 czerwca 1928 roku Gottheil był przygotowany, by to zadanie wykonać.

Tego dnia rano dojechał koleją wąskotorową z Kwidzyna do nadgranicznej stacji Nowy Dwór (Neuhöfen), skąd miał jeszcze prawie dwa kilometry do przyczółka mostowego. Nie wiemy, czy fotografował most z dalekich ujęć, jest natomiast pewne, że podjął marsz w jego kierunku. Aura mu nie sprzyjała, bo kiedy wysiadł z pociągu, zaczął siąpić deszcz.

Kiedy już znacznie oddalił się od stacji, minął dwie drewniane budki stojące przy drodze w pewnym oddaleniu od siebie i spokojnie zbliżał się do mostu w poszukiwaniu najlepszego miejsca do ustawienia się z aparatem. Jak relacjonowały niemieckie gazety, nawet nie przypuszczał, że niezauważony przeszedł niemieckie i polskie posterunki graniczne. Był bowiem przekonany, że granica znajdowała się przy samym przyczółku, tymczasem – jak już wiemy – biegła ona wzdłuż drogi na koronie wału przeciwpowodziowego.

Fotograf uznał w pewnej chwili, że most dobrze mu się zaprezentuje ze stanowiska przy jednej z wyminiętych budek, cofnął się, wyjął z futerału aparat i zaczął zakładać kliszę. Nie dokończył tej czynności, kiedy z budki wyszli polscy pogranicznicy. Dalej sprawy potoczyły się lawinowo.

Gottheil został aresztowany i odprowadzony mostem za Wisłę. Za nielegalne przekroczenie granicy państwowej i podejrzenie o szpiegostwo (fotografowanie mostów kolejowych bez specjalnego zezwolenia było zabronione) trafił tymczasowo do więzienia w Gniewie. Jak później wyjaśniała swoim czytelnikom redakcja dziennika „Danziger Neueste Nachrichten”, za nielegalne przekroczenie granicy polskie prawo przewidywało karę do ośmiu dni aresztu.

Jeszcze zanim Gottheila zamknięto w celi gniewskiego więzienia, pozwolono mu zatelefonować do domu. Żona natychmiast zawiadomiła wydział zagraniczny gdańskiego Senatu o sytuacji męża, a gdańscy urzędnicy zwrócili się o pomoc do Generalnego Komisarza RP w Wolnym Mieście. Jednak strona polska nie od razu zareagowała, bo 29 czerwca nikt nie pracował w kraju i w polskich placówkach zagranicznych, jako że tego dnia wypadało państwowo-kościelne święto świętych Piotra i Pawła (obecnie jest to święto kościelne).

Redakcje niemieckiej prasy gdańskiej różnie przyjęły zatrzymanie rodaka. Najostrzej zareagowała „Danziger Allgemeine Zeitung” związana z Partią Niemiecko-Narodową (Deutschnationale Partei), która z 25 mandatami była drugą siłą w gdańskim parlamencie (Volkstag). Za to najpoczytniejsza w Gdańsku i zarazem ponadpartyjna „Danziger Neueste Nachrichten” wykazała dużą powściągliwość w swoich komentarzach. Z kolei, redakcja dziennika „Danziger Volksstimme”, związanego z rządzącą Socjaldemokracją (Sozialdemokratische Partei Deutschlands, miała 42 mandaty), wcale nie odnotowała tego zdarzenia.

„Danziger Allgemeine Zeitung” doszukiwała się politycznego podtekstu w tym zdarzeniu i oskarżała rządzących socjaldemokratów o nadmierną ustępliwość w pertraktacjach o uwolnienie fotografa. Przywołała wygłoszoną przez „żelaznego kanclerza” Otto Bismarcka krytykę słabych rządów, które rujnują państwo i staczają je do upadku. Z kolei redakcja „Danziger Neueste Nachrichten” przedstawiała zdarzenie pod Opaleniem w sposób wyważony; przypomniała podstawę prawną zatrzymania Gottheila, a był to artykuł 18. umowy między Polską i Wolnym Miastem z 24 października 1921 roku, który stanowił, że: „przekroczenie granicy polsko-gdańskiej jest dozwolone tylko w specjalnych, na zasadzie wzajemnego porozumienia wyznaczonych miejscach”. Przypominała o wyrozumiałym traktowaniu przez służby graniczne częstych przypadków mimowolnego przekroczenia granicy gdańsko-polskiej przez spacerowiczów i żywiła nadzieję na podobny epilog tej sprawy.

Co ciekawe, polska prasa przedstawiała to zdarzenie bez nadmiernego uniesienia i urażonej dumy, a w jednym wypadku okazała nawet zatroskanie o los Gottheila. Właśnie taki ton znajdujemy w „Echu Gdańskim” z 30 czerwca 1928 roku (była to „Gazeta Gdańska”, obecna na gdańskim rynku wydawniczym od 1891 roku, która w 1928 roku ukazywała się jako „Echo Gdańskie”). Czytamy tam między innymi:

„Według wiadomości z Polski, fotograf został aresztowany przez posterunek straży granicznej w chwili, gdy chciał dokonać zdjęcia mostu, który w najbliższym czasie ma być przeniesiony do Torunia. Wobec tego, że most ten w stanie obecnym nie przedstawia ani tajemnicy wojskowej, ani też w ogóle jako przejęty od Niemców przez Polskę nie może przedstawiać żadnej tajemnicy, aresztowanie fotografa z tego powodu wywołało pewne zdziwienie. Jesteśmy pewni, że albo chodzi tu o nieporozumienie albo też inną ważniejszą sprawę, że zostanie ona niebawem wyjaśniona. Byłoby bowiem pożałowania godnem, aby człowiek niewinny z takiego powodu choć przez krótki czas miał przebywać w więzieniu w Gniewie, dokąd go pod eskortą przewieziono”.

Podejrzenie o szpiegostwo było o tyle bezpodstawne, że zanim Gotthiel pojawił się z aparatem przy opaleńskim moście, most ten był już dobrze znany z licznych zdjęć prasowych i z pocztówek, a w latach 1909 i 1910 został szczegółowo opisany w niemieckiej literaturze fachowej. Mimo powyższego sąd w Gniewie zabezpieczył aparat fotograficzny i klisze jako podstawę pozwalającą podejrzewać, że posłużyły czynom wymierzonym przeciw naszemu państwu. W pierwszych dniach lipca ten sam sąd wyraził gotowość uwolnienia fotografa, jeśli wniesie kaucję 1200 guldenów albo 2 tysięcy złotych.

Rodzina Gottheila, za pośrednictwem gdańskiego Senatu, złożyła sumę 2 tysięcy złotych w Generalnym Komisariacie RP i w sobotni poranek 7 lipca, po ośmiodniowym areszcie, sześćdziesięciojednoletni fotograf znów cieszył się wolnością. Jeszcze tego dnia po południu był z powrotem w swoim mieszkaniu przy Holzmarkt 15, gdzie w otoczeniu rodziny odzyskiwał siły nadszarpnięte ostatnimi wydarzeniami.

Tymoteusz Jankowski

 

WYKORZYSTANO:

Gdańskie gazety z czerwca/lipca 1928 roku: „Danziger Allgemaine Zeitung”, „Danziger Neueste Nachrichten”, „Danziger Volksstimme”;

Polskie gazety z czerwca/lipca 1928 roku: „Echo Gdańskie – Gazeta Gdańska”, „Pielgrzym”, „Słowo Pomorskie ”;

„Zeitschrift für Bauwesen”, Berlin 1910;

„Zentralblatt der Bauverwaltung”, Nr 70, Berlin 1909.


Pomysł przypomnienia tego incydentu zaczerpnięty został z notatki prasowej znalezionej przez pana Mirosława Baskę i zamieszczonej w albumie „Gottheil & Sohn in Danzig” (Fundacja Karrenwall).

Pierwodruk: "30 Dni" 1-2/2016

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia