Ulewa stulecia
Pogoda w poniedziałek, 9 lipca 2001 r. w województwie pomorskim była pochmurna. Po upalnej niedzieli było raczej chłodno - około 17-20 stopni Celsjusza. Umiarkowany wiatr zachodni niósł chłodne i wilgotne powietrze polarno-morskie. Rano na niektórych stacjach pomiarowych IMGW wystąpiły ciągłe opady mżawki, a nawet deszczu. Nikt się jednak nie spodziewał tego, co miało wkrótce nastąpić. Mimo monitorowania pogody, w tym prognozowanych przez synoptyków opadów deszczu, zdjęcia satelitarne nie wskazały obecności odpowiedzialnych za intensywne opady chmur Cumulonimbus. Problemem był też brak sieci stacji mierzących wysokość i natężenie opadu. Informacji dostarczały jedynie dwie stacje meteo.
A jednak, w ciągu doby - od 8 rano, 9 lipca do 8 dnia następnego – w niektórych miejscach w Gdańsku spadło niemal dwa razy tyle deszczu co w ciągu całego przeciętnego – tradycyjnie zachlapanego lipca. Jak podaje Gedanopedia, internetowa encyklopedia Gdańska, średnia miesięczna suma opadów tego miesiąca w Gdańsku wynosiła 68 mm/m kw., a tamtej doby w stacji pomiarowej Rębiechowo odnotowano 128 mm, zaś w stacji Port Północny – 118.
Przy czym, porządnie lać zaczęło dopiero po 15. Przez dwie godziny deszczu nawalnego spadło 90 litrów wody na metr. Do powstania niespodziewanych nawalnych opadów mogły przyczynić się m.in. rzeźba terenu i parujące przy wysokich temperaturach wody Zatoki Gdańskiej oraz pobliskich jezior.
Tak gigantycznej masy wody nie mogły zatrzymać intensywnie urbanizowane od lat 80. XX w., ze słabą wówczas retencją dzielnice Górnego Tarasu, położonego na wzgórzach morenowych około 180 metrów wyżej niż Dolny Taras. Dodatkowo, w wyniku porannego opadu nastąpiło pełne nasycenie górnej warstwy gruntu, w który nie mogło wsiąknąć już więcej deszczówki.
Rozpędzona woda sunęła więc po asfaltowej i betonowej nawierzchni ulic i chodników niczym górskie strumienie, podmywała domy, piętrzyła potoki, napierała z potężną siłą na nadwyrężone urządzenia hydrotechniczne. Przez Gdańsk przepływa w sumie ponad 20 rzek, potoków i większych kanałów. Jest więc co wylewać w przypadku ulewy, która jak ocenił Tadeusz Bukontt, ówczesny dyrektor Wydziału Zarządzania Kryzysowego i Ochrony Ludności Urzędu Miejskiego w Gdańsku, zdarza się raz na trzysta lat.
Śmiertelna pułapka
We Wrzeszczu wylała Strzyża i około godz. 23 przerwało wał zbiornika retencyjnego Srebrzysko, z którego uleciała woda jak z wanny po wyciągnięciu korka. Pędzące wzdłuż Słowackiego strumienie zniszczyły dom u podnóża przerwanej zapory i uszkodziły budynek banku na „wysepce” przy Al. Grunwaldzkiej. Sięgająca na co dzień kolan struga zamieniła się w bystrą rzekę i rozlewisko nie do przebycia, woda sięgała ponad półtora metra i podzieliła dzielnicę. Kto utknął na nie swoim brzegu, musiał szukał schronienia. Ludzie próbowali ratować gasnące, nabierające wody samochody, wypchnąć je z coraz głębszej toni. W końcu ratowali siebie, wdrapując się na dachy pojazdów. Zgarniały ich stamtąd ciężkie pojazdy ratowników, brnące przez rozlewiska. Nie wszędzie dotarły na czas, doszło do tragedii. Na skrzyżowaniu Słowackiego i Grunwaldzkiej samochód okazał się śmiertelną pułapką, utonął w nim 45-letni mężczyzna. Ruch był tu zablokowany prawie cały następny dzień.
W Śródmieściu studzienki kanalizacyjne zamieniły się w fontanny. Wylał podziemny Potok Siedlecki, płynący wzdłuż ulic Nowe Ogrody i Kartuskiej, na której ugrzęzły tramwaje z przerażonymi pasażerami obserwującymi dryfujące ulicą auta. Zalało położone w niecce dawnej fosy obronnej torowisko, na które spływały brunatne kaskady, odcinając na tydzień Dworzec Gdańsk Główny. Woda sięgała peronów, na które uciekali z zalewanego tunelu pasażerowie, próbując ratować bagaże. Zalało też budynki urzędów miejskiego i wojewódzkiego.
Żywioł okazał się najbardziej katastrofalny na Oruni, Św. Wojciechu i Lipcach, gdzie na odcinku 7 kilometrów w pięciu miejscach przerwało będący w złym stanie technicznym wał zabytkowego, średniowiecznego Kanału Raduni, do którego spływa z wysoczyzny morenowej aż 7 potoków. Jego maksymalną przepustowość szacowano na 25 metrów sześciennych na sekundę, tymczasem przepływ wody był pięć razy większy. Woda najpierw zaczęła się przelewać ponad koroną obwałowania, rozmywać je i ostatecznie rozsadzać. Pełna błota uwolniona woda wybrała sobie nowe koryto – Trakt św. Wojciecha. Wylał też zasilany Potokiem Oruńskim górny staw w Parku Oruńskim, przerywając zaporę. Zalało położoną kilka metrów poniżej lustra kanału większą część dzielnicy po jego wschodniej stronie – miejscami do pierwszego piętra. Ktoś z mieszkańców wspominał na portalu MojaOrunia, że woda najpierw wybijała z toalet, potem wdzierała się przez drzwi i okna. Z zalanych suteren i parterów ludzie uciekali do sąsiadów na wyższe piętra, na dachy, poganiani szumem ulewy, hukiem wody, krzykami ludzi, szczekaniem psów, wyciem syren. Łapali w pośpiechu dokumenty i domowe zwierzaki. Zapadające po odcięciu prądu ciemności przecinały tylko światła latarek. Trzech mężczyzn nie wytrzymało tego napięcia, zmarli na zawał serca. Ale ofiar mogłoby być więcej.
- Mało się dziecko nie utopiło razem z psem, gdyby sąsiedzi i ludzie z ulicy nie wyciągnęli – relacjonował przed kamerą gdańskiej Panoramy jeden z mieszkańców na zalanym podwórku przed domem.
Nie wiesz, w którą stronę płynie woda, dziecino?
Na Oruni mieszkała wtedy Ewa Hejner-Gajdamowicz, 25-letnia wówczas pracownica spółki Gdańskie Melioracje – dziś Gdańskie Wody. – Akurat wtedy świeżo zostałam mistrzem na eksploatacji – mówi i dodaje, że nadal mieszka na Oruni i pracuje w spółce, która zarządza miejskim systemem zagospodarowania wód opadowych, dba o bezpieczeństwo przeciwpowodziowe i przeciwdziała skutkom zmian klimatu. Ona dba w firmie o utrzymanie systemu odwadniającego w wydzielonym rejonie.
Spotykamy się przy Kanale Raduni na wysokości Przedszkola nr 24 na Lipcach, gdzie 25 lat temu przerwało wał.
Zanim się to stało, kobieta zdążyła wrócić przed nawalnym deszczem z pracy do domu na rolniczych terenach Oruni. Jak się zaczęła pompa, zadzwonił jej mąż, który też pracował w Gdańskich Melioracjach, że nie wróci do domu, bo zalało mu samochód i utknął we Wrzeszczu, więc zostaje w robocie.
- Jeszcze nie wiedzieliśmy o jakiej skali rozmawiamy, bo do tej pory mieliśmy do czynienia z podtopieniami – opowiada Ewa. – Żeby wiedzieć z czym się borykamy, stwierdziłam, że pójdę na Kanał Raduni. Zawodowe poczucie obowiązku wzięło górę, choć zastanawiałam się, czy nie trzeba domu ratować. Ale jak mam dom ratować, to muszę wiedzieć co się dzieje. Gdy weszłam na kanał, zobaczyłam, że skarpy są, most jest, nic się nie dzieje. Ale na moście zobaczyłam, że spływ wody jest w kierunku św. Wojciecha, choć spadek kanału jest w kierunku Gdańska!
Nie wiedziała co jest przyczyną zadziwiającego zjawiska. W tym momencie zadzwonił jej dyrektor, sprawdzał na kogo może liczyć po godzinach pracy.
- Szefie, jestem właśnie na Kanale Raduni i widzę, że woda płynie w stronę Pruszcza. A on do mnie karcąco, ale z kulturą: "Dziecino, po tylu latach ty nie wiesz, w którą stronę płynie woda w kanale?". Ja mu na to: "No właśnie wiem, szefie, idę zobaczyć co się dzieje".
Przeszła w strugach deszczu niespełna kilometr i zobaczyła obraz nie do zapomnienia - wyrwę od korony do stopy wału. Pomimo spadku kanału, wodę zasysał w przeciwnym kierunku wielki lej.
Potrójny cios
Na wale kanału Ewa Hejner-Gajdamowicz pokazuje długą na 100 metrów ścianę zieleni między jednopiętrowymi domami przy Trakcie św. Wojciecha 317 i 307. W miejscu dziś rosnących w tym pasie drzew stały wtedy jeszcze domy. Woda zadała tu potrójny cios - najpierw wybiła wyrwę w wale, potem wyrwała wielką, głęboką na dobre 2 metry dziurę w ulicy, wreszcie podmyła budynki, które zaczęły się składać jak domki z kart. I płynęła z impetem dalej, niszcząc kolejne domostwa.
- Skarpa cała popłynęła. Jezdnia w kierunku Gdańska i chodnik zostały wypłukane. Budynki częściowo zostały zmyte przez siłę wody - opowiada specjalistka i dodaje, że bloki TBS Motława dwa kilometry dalej w stronę centrum też stoją na miejscu zawalonych domów.
Według protokołu strat z 2001 r. zalanych zostało 440 budynków komunalnych w dzielnicy Orunia-Święty Wojciech-Lipce oraz 300 we Wrzeszczu. Wszystkich uszkodzonych budynków, jak wylicza Gedanopedia, było 1800. 134 domy zostały doszczętnie zniszczone i rozebrane. W efekcie około 1300 osób straciło dach nad głową. Z podtopionych obszarów ewakuowano 2 tysięcy powodzian. Około 5 tys. Gdańszczan otrzymało Kartę Powodzianina, która uprawniała do pomocy socjalnej. Bezpośrednio po powodzi w miejscach tymczasowego zakwaterowania - hotelach, domkach, szkołach, koszarach, wagonach mieszkalnych - przebywało około 600 osób.
Straty materialne w samej infrastrukturze miasta oszacowano na 200 mln zł (dziś to około 500 mln). Straty materialne ludzi trudno wyliczyć, ale dobytek ponad 300 rodzin został zniszczony. Okoliczni gdańscy rolnicy stracili uprawy.
Trzy dni na workach
W pierwszych godzinach nawalnego deszczu rozpoczął działanie Wojewódzki Sztab Kryzysowy. Jak pisze Wojciech Majewski w monografii IMGW „Powódź w Gdańsku w lipcu 2001”, jedną z pierwszych decyzji było zamknięcie dopływu wody do Kanału Raduni przy rozwidleniu w Pruszczu Gdańskim. Następnie wojsko wysadziło obwałowania kanału najbliżej rzeki Radunia i puściło wody w jej kierunku. Nie przyniosło to jednak wielkiej ulgi, ponieważ większość wody zdążyła już wypłynąć na miasto. Zaraz zabrano się też do łatania wyrw w wale workami z piaskiem. Ewa Hejner-Gajdamowicz mówi, że przy wyrwie walka była też o to, by uchronić miasto przed katastrofą ekologiczną, bo w dnie Kanału Raduni idzie dużej średnicy rura kanalizacji sanitarnej. Była obawa, że ją podmyje. Prace trzeba było więc prowadzić ostrożnie, by fekalia nie popłynęły do domów i nie doszło do skażenia.
Hejner-Gajdamowicz została na wale by monitorować sytuację, raportować, koordynować akcję i kierować służby, ciężki sprzęt, wywrotki ze żwirem.
- Od strony Parku Oruńskiego nie dało się dojechać, bo wszystko było zalane. Ewakuacja ludzi odbywała się łódkami i pontonami. Nie dało się przejść ani przejechać, trzeba było przepłynąć – opowiada. – Dowoziliśmy mieszkańcom worki. Na Smętną dojechali chłopaki od nas wywrotką, to ludzie podawali im przez okna dzieci i starsze osoby, żeby wywieźć z tamtego miejsca. Czasem wystarczyło tylko z ludźmi porozmawiać, żeby dodać otuchy.
Ludzie na strażackie łodzie wsiadali z uratowanym dobytkiem – elektroniką, ubraniami, pościelą w workach i kraciastych torbach z rynku.
Kiedy przyjeżdżał transport żwiru, wszystkie ręce były gotowe. Ewa, tak jak wszyscy pracownicy, strażacy, żołnierze i mieszkańcy ładowała i wiązała worki.
- Tak, jak w poniedziałek wyszłam z domu, tak wróciłam dopiero w czwartek. Cały czas w terenie byłam. Jak akurat była chwila, to się spało na workach. Nawet nie wiem czy coś jadłam. Pamiętam, że w czwartek zjadłam tylko suchara, bo coś innego zjeść się bałam. Mąż wrócił chyba w środę. Było już spokojniej, choć naprawianie szkód i wielkie sprzątanie jeszcze długo trwały. Ale pierwszego dnia była wielka niepewność, Jezu, taka skala! Nikt takiego scenariusza wtedy nie przewidział – opowiada i podkreśla, jak ważna była międzyludzka solidarność. – Ludzi i sprzęt z Polski się ściągało. Ja mam rodzinę pod Lęborkiem. Patrzę, a tu wujek przyjechał z sąsiadami pomagać jako ochotnicy straży pożarnej i pyta: "Ewka, to ty mną będziesz rządzić?". "No wujek, niestety, sorry" – śmieje się nasz bohaterka.
Jak po trzech dniach wróciła do domu, nie wiedziała co ze sobą zrobić. Na szczęście jej dom, który stoi nieco wyżej niż tereny depresyjne, woda oszczędziła, tylko do połowy łydki w piwnicy stała, a po trawie jak po gąbce się chodziło.
Pięć razy lepsza retencja
Pytam na zakończenie Ewę Hejner-Gajdamowicz, co by się stało, gdyby sytuacja z 2001 roku się powtórzyła.
- W lipcu 2016 roku spadło jeszcze więcej deszczu, 172 litry na metr (w ciągu około 16 godzin – red.). Puściły wtedy dwa zbiorniki retencyjne – Nowiec i Subisława, ale straty były dużo mniejsze – odpowiada.
To, co się wydawało 25 lat temu deszczem spadającym raz na 300 lat, teraz powtarza się coraz częściej. W lipcu 2017 r. spadło 150 mm. Podobnej skali deszcz przyszedł rok temu. Jednak takich katastrofalnych skutków już nie wyrządzają.
Potop w 2001 roku był impulsem do kluczowych zmian. Zrealizowano 60 dużych inwestycji o wartości ponad 675 mln zł, w tym ponad 137 mln na przebudowę Kanału Raduni. Wybudowano 30 zbiorników retencyjnych, 320 km sieci kanalizacji deszczowej, 300 różnych form zielonej retencji oraz 28 pompowni. Dzięki temu pojemność retencyjna Gdańska wzrosła prawie pięciokrotnie – do 760 tys. metrów sześciennych wody. Do 2030 r. ma wzrosnąć nawet do 1 mln m3. Dopełnieniem jest liczący ponad 100 urządzeń system monitoringu opadów i poziomu wód, który pozwala przewidywać zagrożenia i szybko reagować na intensywne deszcze.
O dotychczasowych zmianach i planowanych inwestycjach opowiadali podczas briefingu w przeddzień 25. rocznicy powodzi gdańscy samorządowcy, o czym pisaliśmy w artykule „25 lat inwestycji dla bezpieczeństwa. Gdańsk rozwija ochronę przeciwpowodziową”.