Sąsiadki z Mewiej Łachy
Pływają starym kutrem adaptowanym z łodzi rybackiej. Pomiędzy burtami i ławkami dla turystów nie pachnie już świeżą rybą i zanętą, chociaż początkowo jednostka miała służyć wyłącznie wędkarzom. Gdy w 2020 roku Unia Europejska wprowadziła całkowity zakaz połowu dorsza w Bałtyku, tradycyjne wędkarstwo morskie stanęło pod znakiem zapytania. – Chciałem sprzedać łódź. Ale oferowano za nią marne pieniądze.
Przestawiłem łódź do Świbna i jako pierwszy zacząłem robić rejsy na foki.
Od śledzia do czarnej główki na fali
Historia dzisiejszych rejsów wycieczkowych ma swoje korzenie w tradycyjnym wędkarstwie. Wiosną, gdy ławice śledzia podchodziły bliżej brzegów, Piotr brał wędkarzy na pokład i wypływali z portu w Gdańsku. Potem były udane wyprawy na dorsze - na tym zarabiało się najlepiej. Z roku na rok ryb było jednak coraz mniej, za to w rejonie ujścia Przekopu Wisły przybywało nietypowych sąsiadów.
– Foka nigdy nie będzie przyjacielem wędkarza ani rybaka. To jest konkurencja. Zjadają to, co my łapiemy – opowiada właściciel łodzi.
Choć dziś żyje z pokazywania ich turystom, pasji wędkarskiej nie porzucił. Poza sezonem letnim nadal wypływa na łososie. – Zdarza się, że wędkarz zacina łososia ważącego z dziesięć kilo. Nagle, 30 kilometrów od brzegu, z wody wyłania się czarna główka. Foka daje nura i po trzech minutach zabiera rybę z haczyka. Na naszych oczach zjada ją w kilka minut.
Trudno jednak mieć o to żal do zwierząt. – To jest ich dom. Populacja w tym rejonie liczy około 1200 sztuk. Szybko licząc, foki zjadają z ujścia Wisły około 20 ton ryb każdego dnia. Dlatego śledzi już tu przy brzegu nie ma i musimy szukać ich od 7 do 25 kilometrów na otwartej wodzie.
Prawo pioniera do satysfakcji
Początki foczej turystyki w Świbnie nie należały do najłatwiejszych. Gdy ponad dekadę temu na pomysł przewożenia wczasowiczów wpadło zaledwie dwóch lokalnych armatorów, spotkali się z powątpiewaniem, a nawet lekceważeniem.
– Stało tu trzech rybaków i ich pomocnicy. Były śmieszki i docinki: „O, pływajcie sobie na te foki, pływajcie!”. A dzisiaj zobaczcie, jak wygląda port: łódka za łódką, wszyscy pływają na foki i już nikt tego nie neguje – śmieje się kapitan.
Obecnie w Świbnie działa około siedmiu jednostek turystycznych. Część lokalnych rybaków, zamiast rezygnować z fachu, postanowiła dołożyć drugą łódź i połączyć tradycyjne rybołówstwo z rejsami dla wczasowiczów. Dziś trzymiesięczny sezon letni generuje dla wielu z nich połowę rocznego dochodu.
Wyłączyć kawałek mózgu
Dla turystów, którzy wybierają rejs z Piotrem, wycieczka jest nie tylko atrakcją wizualną, ale i lekcją przyrody. Przepływając powoli obok piaszczystych łach, które rzeka i morze ciągle przesuwają w zależności od wiatru, Piotr opowiada o biologii i obyczajach bałtyckich ssaków.
Największe zadziwienie wywołuje zazwyczaj to, jak foki śpią. Potrafią drzemać na lądzie, na powierzchni wody, a nawet... całkowicie pod wodą. Niezależnie od miejsca pobytu, ich jeden cykl snu trwa około 7 minut i odbywa się na bezdechu. Podczas drzemki jedna półkula mózgu foki wyłącza się i odpoczywa, podczas gdy druga czuwa – pilnuje, żeby zwierzę się wynurzyło, wzięło oddech i ponownie zanurzyło. Wszystko to foka robi przez sen.
Największe zaskoczenie przeżywają dorośli. – Dzieci biorą to za pewnik: płyniemy na foki, to będą foki. Ale dorośli często nie dowierzają. Myślą, że zobaczą dwie albo trzy główki wyłaniające się z fali, a tu na wyspie widać 200, 300, a bywają rejsy, że i 800 sztuk naraz – opowiada Piotr.
Etyka: szanujmy foczy spokój
Zwiększający się ruch turystyczny niesie jednak zagrożenia. Stałe, wolno pływające jednostki ze Świbna foki znają doskonale. Starsze osobniki ignorują znajomy dźwięk silnika łodzi Piotra, a młode, ciekawskie foki potrafią podpływać do burty na odległość metra. Problem pojawia się, gdy w rejon rezerwatu wpływają niedoświadczeni motorowodniacy czy skutery z Gdańska.
– Podpływają za blisko, płoszą je. Gdy widzimy taką grupę, od razu wychodzimy na pokład i zwracamy uwagę: „Chłopaki, odpuśćcie, nie płoszcie ich!”. Staramy się pływać tak, by nie niepokoić zwierząt.
Jeśli foka podnosi głowę, wiemy, że coś jest nie tak
Największym wrogiem spokoju fok nie są jednak silniki, lecz kitesurferzy i windsurferzy. - My wolno podpływamy na 200 metrów i foki leżą spokojnie. Od kitesurfera uciekają już z odległości 300 metrów. Płoszy je to, czego nie znają.
Najpiękniej jest w październiku
Choć szczyt sezonu przypada na lipiec i sierpień – kiedy rejsy odbywają się od 10 rano aż do zachodu słońca – Piotr Larbi najbardziej ceni sobie inne pory roku.
– W październiku robi się przytulnie. Nie ma głośnych motorówek, nie ma skuterów, ani tłumu jachtów. Wyłączamy silnik na środku wody i opowiadamy w absolutnej ciszy. Słychać tylko ptaki z rezerwatu i śpiew kaczek lodówek, które zimą przylatują na ujście Wisły.
To dźwięki, których nie da się usłyszeć nigdzie indziej w Polsce.
Dla Piotra to nie tylko praca pozwalająca utrzymać się na poziomie średniej krajowej. To styl życia. – Najważniejsze jest robić to, co się lubi. A ja najzwyczajniej w świecie lubię spędzać czas na wodzie i w naturze. I trudno nie lubić tych pyszczków z wielkimi, czarnymi oczami.

