PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE
.
23 sierpnia 1980. Dziesiąty dzień strajku w Stoczni - wicepremier Mieczysław Jagielski robi się blady
23 sierpnia 1980. Dziesiąty dzień strajku w Stoczni - wicepremier Mieczysław Jagielski robi się blady
Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zrzeszał już 388 przedsiębiorstw, gdy w sobotę 23 sierpnia wieczorem do Stoczni Gdańskiej po raz pierwszy przybył  na negocjacje wicepremier Mieczysław Jagielski. MKS zażądał, by przywrócono Gdańskowi łączność telefoniczną z resztą kraju. I wtedy jeden z członków rządowej delegacji zaczął opowiadać bajki o trąbie powietrznej.
Wicepremier Mieczysław Jabłoński przybył do stoczni na negocjacje. Przed chwilą poczuł, że to nie przelewki - strajkujący robotnicy walili pięściami w karoserię wolno przejeżdżającego autobusu, którym przyjechała rządowa delegacja
Wicepremier Mieczysław Jabłoński przybył do stoczni na negocjacje. Przed chwilą poczuł, że to nie przelewki - strajkujący robotnicy walili pięściami w karoserię wolno przejeżdżającego busa, którym przyjechała rządowa delegacja
Giedymin Jabłoński/Archiwum ECS

 

23 sierpnia 1980 r. była sobota. Władze chciały dobrze zaprezentować się w oczach stoczniowców, dlatego cała rządowa delegacja - z wicepremierem Jagielskim na czele - przyjechała nie limuzynami, ale busem. Działo się to pod wieczór.

Świadkiem tej sytuacji był angielski dziennikarz i historyk Timothy Garton Ash: „O ósmej przyjeżdża autobusem Jagielski ze swoją ekipą. Ludzie walą pięściami w boki i okna przeciskającego się przez tłum pojazdu. Potem wicepremier, blady, z zaciśniętymi ustami, stawia czoło 2 tysiącom wrogich spojrzeń”.

Stół do negocjacji ustawiony został w stoczniowej sali bhp. Po drodze Jagielski próbował jeszcze pozyskać sympatię strajkujących - witał się uściskiem ręki z każdym, kogo spotkał. Negocjacjom przewodniczył Lech Wałęsa. Pierwsze rozmowy były nieudane, Jagielski nie miał tak naprawdę nic do zaoferowania. Gdy MKS poruszył wątek przywrócenia w Gdańsku łączności telefonicznej z resztą kraju, głos zabrał członek delegacji rządowej Zbigniew Zieliński - jeden z szefów przemysłu ciężkiego i wpływowy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR. To była kompromitacja i powód rozbawienia stoczniowców: Zieliński kłamał, że trąba powietrzna - która przeszła nad Warszawą - zerwała przewody telefoniczne. Jagielski przysłuchiwał się temu z wyraźnym zażenowaniem, wiedział bowiem, że bujdy o trąbie powietrznej podważają wiarygodność całej rządowej delegacji.

Jagielski uchylił się od zajęcia jasnego stanowiska wobec postulatu utworzenia niezależnych związków zawodowych, odmówił publikacji w prasie żądań MKS-u. Stwierdził też, że konstytucja gwarantuje wolność słowa, lecz wydawnictwa niezależne mają antysocjalistyczny charakter i są szkodliwe. Zapewnił, że w Polsce nie ma więźniów politycznych.

Krótki, wspólny komunikat po zakończeniu rozmów stwierdzał tylko, że doszło do spotkania i prezentacji stanowisk. Rozmowy miały być kontynuowane. Terminu jednak nie ustalono.

Co jeszcze działo się w sobotę, 23 sierpnia:

  • Wciąż silne obawy, że władze PRL zdecydują się na rozwiązanie siłowe. Do wiadomości znajdujących się w stoczni robotników i dziennikarzy podano apel podpisany przez 64 opozycyjnych intelektualistów - wzywali do znalezienia rozwiązania „bez rozlewu krwi”. Wśród sygnatariuszy apelu - Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, którzy po przyjeździe do Stoczni Gdańskiej zostali doradcami Wałęsy.
  • Lech Wałęsa zaapelował do władz, by milicja i SB zaprzestały szykan wobec strajkujących i opozycyjnych działaczy. 
  • O godzinie 14 do stoczni przybył wojewoda gdański w celu ustalenia szczegółów rozmów z delegacją rządową - te zaczęły się sześć godzin później.
  • Przebieg rozmów MKS-u ze stroną rządową miał charakter jawny - był transmitowany przez zakładowy radiowęzeł, dzięki czemu wszystko słyszała strajkująca załoga stoczni.

 

ZOBACZ:

„Ten dzień będę pamiętał zawsze” - Jerzy Borowczak o początku Strajku Sierpniowego. WIDEO i ZDJĘCIA

 

POZNAJ TO, CO W KRAJU I STOCZNI GDAŃSKIEJ IM. LENINA DZIAŁO SIĘ WCZEŚNIEJ:

“Mózgiem” i organizatorem gdańskiego strajku był Bogdan Borusewicz - członek opozycyjnego Komitetu Obrony Robotników (KOR), który jeszcze jako licealista rozpoczął swoją osobistą walkę przeciwko komunistycznym władzom, za co na półtora roku zamknięto go w więzieniu (lata 1968-69).

W czwartek 14 sierpnia 1980 r. robotnicy Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prondziński we wczesnych godzinach porannych wywołali akcję strajkową na terenie wydziałów K-1, K-3, C-5 Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Protest rozszerzył się na tzw. wydziały silnikowe, a w południe strajkowało już 12 tysięcy pracowników spośród 17-tysięcznej załogi zakładu. Zwołano wiec, na którym ogłoszone zostały żądania: 

      • przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy
      • budowy pomnika ofiar Grudnia 70
      • zagwarantowania bezpieczeństwa strajkującym
      • podwyżki płac 
      • dodatku drożyźnianego i rodzinnego odpowiadających wysokości zasiłków funkcjonariuszy MO i SB.

Do protestujących dołączył Lech Wałęsa - zwolniony z pracy w Stoczni Gdańskiej w 1976 roku. Robotnicy rozpoczęli okupację zakładu. Wałęsa został przywódcą strajku. 

 

W sierpniu 1980 r., i w kolejnych miesiącach, nikt nie wyobrażał sobie obalenia Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, ani tym bardziej likwidacji porządku jałtańskiego w Europie - a do tego po latach doprowadziły per saldo strajki Sierpnia. 

Pierwotnie był to bunt przeciwko rządowym podwyżkom cen żywności, do którego stopniowo dołączano postulaty o charakterze pracowniczym i społecznym. Strajkującym chodziło o polepszenie warunków życia w kraju, jak wówczas mówiono: “o socjalizm z ludzką twarzą”. Dlaczego nie więcej? Wszyscy byli świadomi politycznej i militarnej potęgi komunistycznej Rosji (ZSRR), która od zakończenia II wojny światowej decydowała o kształcie zależności politycznych, wojskowych i gospodarczych w Polsce, a także w innych krajach Europy Wschodniej. Wciąż świeża była pamięć o tragedii Grudnia 1970 r., kiedy to bunt robotników przeciwko rządowym podwyżkom cen mięsa został krwawo stłumiony w Gdyni, Gdańsku, Elblągu i Szczecinie przez Milicję Obywatelską i Ludowe Wojsko Polskie (po decyzjach i polecenach kierownictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej).

Właśnie z powodu “lekcji” Grudnia, robotnicy zdecydowali 14 sierpnia 1980 r., że nie wyjdą z protestem na ulice Gdańska, ale zamienią teren stoczni w swoją “twierdzę” - co określane jest dzisiaj jako strajk okupacyjny.

 

Jak wyglądała sekwencja wydarzeń, które poprzedziły wybuch strajku w Stoczni Gdańskiej?

 

      •  1 lipca

Rząd PRL wprowadził podwyżki cen niektórych gatunków mięsa i wędlin. Państwowe media (innych wówczas w Polsce nie było) przedstawiały to jako "rozszerzenie sprzedaży komercyjnej". Decyzję firmował rząd, ale w ówczesnych realiach ustrojowych oczywiste było, że podjęło ją kierownictwo “przewodniej siły narodu” - Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, z I sekretarzem Edwardem Gierkiem na czele. Skutki podwyżek szybko dały o sobie znać w zakładowych bufetach i stołówkach. Doszło do buntu załóg niektórych zakładów pracy (m.in. w WSK PZL-Mielec, POMET w Poznaniu i Transbud w Tarnobrzegu).

 

      • 3 lipca

Zaczęły się mnożyć sygnały o strajkach w kolejnych zakładach pracy. Informacje nie pojawiały się w legalnym obiegu medialnym, kontrolowanym przez rząd, ale przekazywane były pocztą pantoflową i nagłaśniane przez Radio Wolna Europa, nadające z Zachodu. Komitet Samoobrony Społecznej "KOR" przestrzegł przed "takimi formami protestu, które mogą być wykorzystane przez władze". Żądania strajkujących dotyczyły głównie podwyżek płac, które by rekompensowały wzrost kosztów urzymania.

 

      • 8 lipca

Strajk w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego PZL Świdnik. Obok postulatów ekonomicznych pojawiły się żądania o charakterze pracowniczym. Strajk w Świdniku rozpoczął falę strajkową na Lubelszczyźnie, która trwała do 25 lipca. Tzw. Lubelski Lipiec ‘80 objął 150 zakładów.  Szczególnie dotkliwe dla władz były strajki kolejarzy i komunikacji miejskiej w Lublinie. 

 

      • 18 lipca

Strajk generalny w Lublinie.

 

      • 20 lipca

Strona rządowa podpisała ze strajkującymi załogami zakładów na Lubelszczyźnie porozumienia, gwarantujące podwyżki płac. 

 

      • 7 sierpnia

Wzrost nastrojów strajkowych wśród części załogi Stoczni Gdańskiej. Powód: na kilka miesięcy przed emeryturą zwolniono z pracy Annę Walentynowicz, działaczkę nielegalnych Wolnych Związków Zawodowych, funkcjonujących poza kontrolą komunistycznych władz. Walentynowicz była zatrudniona jako suwnicowa, miała 30-letni staż pracy.

 

      • 14 sierpnia, czwartek

Wybuch strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Liderem został Lech Wałęsa.

 

      • 15 sierpnia, piątek

Negocjacje pomiędzy 20-osobowym Komitetem Strajkowym z Lechem Wałęsą na czele a dyrektorem stoczni Klemensem Gniechem rozpoczęły się już po kilku godzinach od wybuchu strajku, 14 sierpnia. Prowadzone były w Sali BHP i pierwszego dnia, późnym wieczorem, zakończyły się fiaskiem.

Kontrolowane przez PZPR trójmiejskie gazety zdawkowo informowały o początku strajku. Nigdzie jednak to słowo nie padało. Informowano o „przerwach w pracy”. „W niektórych zakładach i przedsiębiorstwach mają miejsce przerwy w pracy, w czasie których wysuwane są postulaty płacowe, a także dotyczące norm i organizacji pracy oraz zaopatrzenia” - pisał „Wieczór Wybrzeża”. Przy informacji znajdował się krótki komentarz: „Przerwy w pracy napawają troską, utrudniają bowiem i tak już niełatwą sytuację gospodarczą, zmniejszają rozmiary produkcji towarów i usług, które są nam wszystkim potrzebne, których poszukujemy w sklepach. (...) Dyskusje są bowiem pożyteczne wtedy, gdy nie zakłócają pracy, tak potrzebnej krajowi, całemu społeczeństwu”.

Tego dnia, dyrektor Gniech podjął sprytną próbę osłabienia strajku. W trakcie rozmów oświadczył: „Ten Komitet nie jest reprezentatywny. Czy załoga mnie słyszy? Proponuję, aby każdy wydział wybrał jeszcze po trzech przedstawicieli”.

Negocjacje były transmitowane przez zakładowy radiowęzeł, słyszeli je wszyscy uczestnicy strajku. Załoga zareagowała na słowa dyrektora oklaskami. Skutek był taki, że organizatorzy strajku musieli zgodzić się na dokooptowanie dodatkowych ludzi. Przeprowadzono błyskawicznie wybory, po których w Komitecie Strajkowym znalazło się wielu starszych robotników - w tym doświadczonych przez tragedię Grudnia - którzy władz po prostu się bali i byli gotowi poprzestać na postulatach płacowych. Nowy Komitet Strajkowy liczył już nie 20, ale 150 osób.

Strajk powoli rozlewał się na inne zakłady pracy w Trójmieście. Za sprawą emisariuszy wysyłanych ze Stoczni Gdańskiej im. Lenina, stanęła Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni, a także Stocznia Północna i Stocznia Remontowa w Gdańsku. Strajk rozpoczął się także w Elmorze, sąsiadującym ze Stocznią Gdańską. 

Protest stał się widoczny na ulicach Gdańska, bowiem stanęła komunikacja miejska: autobusy i tramwaje.

Spędzający urlop na Krymie lider PZPR, Edward Gierek, został poinformowany o rozwoju sytuacji w Trójmieście. Kazał pakować walizki i wieźć się na lotnisko.

 

      • 16 sierpnia, sobota

Do szybszego negocjowania ze zbuntowaną załogą Stoczni Gdańskiej władze PRL zostały zdopingowane informacjami z piątku, 15 sierpnia - o rozszerzaniu się strajków na inne zakłady pracy w Trójmieście. Biuro Polityczne KC PZPR w Warszawie już 14 sierpnia uznało sytuację w Gdańsku za niezwykle poważną - świadczą o tym protokoły z posiedzeń tego gremium. Zdecydowano o natychmiastowym powiadomieniu o wszystkim Edwarda Gierka, który spędzał urlop na Krymie, w gościnie u radzieckich towarzyszy. I sekretarza trzeba było w trybie alarmowym sprowadzić do kraju. W sobotę, 16 sierpnia, Biuro Polityczne KC PZPR  obradowało już z udziałem Gierka. Partyjne kierownictwo powołało zespół koordynujący działania władz centralnych, zmierzające do zlikwidowania strajku. Na jego czele stanął towarzysz Stanisław Kania. I od razu warto podkreślić, że w Komitecie Centralnym PZPR też dobrze pamiętano "lekcję" Grudnia (za sprawą której Gierek doszedł do władzy) - w wewnętrznej dyskusji szybko wyklarowało się stanowisko, że strajk ma być jak najszybciej zakończony, ale bez użycia siły, wyłącznie metodami pokojowymi.

To wszystko działo się jednak w Warszawie, za kulisami niedostępnymi dla strajkujących w Stoczni Gdańskiej. Przeciwko sobie, przy stole negocjacyjnym, mieli lokalnych przedstawicieli władz: I sekretarza KW PZPR Tadeusza Fiszbacha i dyrektora zakładu, Klemensa Gniecha.  

Tak więc załoga Stoczni Gdańskiej tego dnia w zaskakująco łatwy sposób dostała wszystko, czego żądała. Przedstawiciele władz zgodzili się na: podwyżki, pomnik ofiar Grudnia ’70, przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy. Strajkujący otrzymali też gwarancje bezpieczeństwa. Ustalono, że w ciągu dwóch tygodni stoczniowcy dostaną wyczerpującą odpowiedź na pozostałe postulaty dotyczące m.in.poprawy zaopatrzenia rynku i zniesienia cen komercyjnych.

150-osobowy Komitet Strajkowy nie dostał tego wszystkiego na piśmie, ale uznał otrzymane zapewnienia za wiarygodne i głosował za zakończeniem strajku. Było to o tyle łatwe, że - przypomnijmy - dyrektor stoczni, Klemens Gniech dzień wcześniej użył sprytnego manewru: zakwestionował mandat 20-osobowego Komitetu Strajkowego do prowadzenia negocjacji i zażądał dokooptowania do niego dodatkowych przedstawicieli stoczniowych wydziałów. W ten sposób do współdecydowania o losach strajku dołączyło wielu starszych stoczniowców, którzy bali się władz, pamiętali o tragedii Grudnia i jak najszybciej chcieli bezpiecznie wrócić do domu. 

Wałęsa o godz. 14.17 zwrócił się do strajkujących przez mikrofon: „Czy nikt nie będzie miał żalu i pretensji do mnie, jeśli ogłoszę, że strajk skończyliśmy? Czy mnie słychać? Czy kończyć?”. Odpowiedziały mu oklaski i okrzyki triumfu. W tej sytuacji nie pozostawało mu już nic innego, jak stwierdzić: „Stoczniowcy! Delegaci i Komitet Strajkowy uważają, że mamy, co chcieliśmy. Dziękuję wam za wytrwanie. Ze stoczni, jak obiecałem, wyjdę ostatni. Ja ogłaszam, że podstawowe sprawy zostały rozwiązane. Nadszedł moment zakończenia naszych zmagań. Pozwalam do osiemnastej wszystkim opuścić stocznię”.

- Sytuacja była fatalna. Komitet ułożony przez Gniecha zakończył strajk, stoczniowcy zbierają się do domu, a na Sali BHP wysłannicy ze strajkujących jeszcze zakładów zarzucają nam zdradę - wspominał po latach Bogdan Borusewicz, główny organizator strajku.

Tramwajarka Henryka Krzywonos, delegatka Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego, która miała kluczowy udział w sparaliżowaniu przez strajk gdańskiej komunikacji miejskiej krzyczała: „Bez was wyduszą nas jak pluskwy!”. 

Gdy Wałęsa zorientował się w sytuacji, zapytał Borusewicza: „Bogdan, co robimy?”. W odpowiedzi usłyszał: “Nie wiem, naprawdę nie wiem”.

I wtedy Wałęsa ogłosił: „Zaczynamy strajk solidarnościowy”.

Wałęsa i Borusewicz pozbyli się z Komitetu Strajkowego wszystkich niepewnych i niezdecydowanych. 

Ok. godz. 15.00 robotnicy w najlepsze opuszczali już teren stoczni. Nie można było do nich zaapelować, by tego nie robili, bowiem dyrekcja zamknęła zakładowy radiowęzeł. Członkowie Komitetu rzucili się do bram, aby powstrzymać stoczniowców przed wyjściem do domu i poinformować ich o nowym strajku. Szczególnie aktywne były Ewa Osowska, Alina Pienkowska i Anna Walentynowicz

Andrzej i Joanna Gwiazdowie, Bogdan Lis oraz Maryla Płońska zakładowym „Żukiem” Elmoru objechali wówczas kilka najważniejszych zakładów, wzywając do kontynuowania walki i zjednoczenia wszystkich strajkujących załóg. Do Stoczni Gdańskiej przybyli przedstawiciele 21 strajkujących zakładów Trójmiasta.

Następnego dnia ukonstytuował się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, złożony już tylko z ludzi, którym można było ufać.

Jednak wieczorem w stoczni było najwyżej kilkuset robotników.

 

      • 17 sierpnia, niedziela

W niedzielę, 17 sierpnia, strajk mógł zgasnąć i nigdy nie doprowadzić do tego, co dziś nazywamy Sierpniem. W Stoczni Gdańskiej po sobotnim porozumieniu z dyrekcją zostało zaledwie kilkuset robotników. Ale była niedziela, więc wojewoda gdański, by pokazać dobrą wolę władz, zgodził się na odprawienie mszy świętej w zakładzie - i to był poważny błąd.

Warto sobie dobrze uświadomić okoliczności: do tego dnia nikt z mieszkańców nie podchodził jeszcze do bram stoczni. W środku znajdowało się zaledwie kilkuset robotników, co stanowiło garstkę, w porównaniu z kilkunastoma tysiącami w pierwszych trzech dniach.

Noc z soboty na niedzielę (16/17 sierpnia) była trudna. Ci, którzy zostali w stoczni, mieli świadomość, że grają niebezpiecznie - łamali przecież zawarte w sobotę porozumienie, w którym władze spełniły wszystkie ich postulaty. Strajk solidarnościowy mógł zakończyć się fiaskiem, nikt nie miał pewności, jaki będzie przebieg strajków w innych zakładach, czy nie zgasną. 

Międzyzakładowy Komitet Strajkowy jeszcze w sobotę wieczorem zaczął się zastanawiać, jak przetrwać niedzielę. Doszli do wniosku, że szansą byłaby msza święta na terenie zakładu. Stoczniowcy w zdecydowanej większości wywodzili się z konserwatywnych środowisk wiejskich, niedzielna wizyta w kościele była ważną częścią ich życia, w pewnym sensie deklaracją ograniczonego zaufania do “komuchów”. 

- Liczyłem, że msza święta przyciągnie ludzi i umocni strajkującą załogę - potwierdza po latach Borusewicz.

Prościej było to wymyślić, niż doprowadzić do realizacji. Kościół nie szukał zwady z władzami, wśród biskupów dość powszechnie znana była nieufność prymasa Stefana Wyszyńskiego do buntów, które mogłyby pociągnąć za sobą rozlew krwi. Był to skutek tragedii jakie kolejno nawiedzały polskie społeczeństwo, począwszy od wybuchu wojny, poprzez powstanie warszawskie, czasy stalinizmu i Grudzień. Prymas Wyszyński znał brutalność komunistów od ćwierćwiecza, nie chciał kolejnych ofiar.

Do biskupa Lecha Kaczmarka, ordynariusza diecezji gdańskiej, w sobotę wieczorem udała się delegacja z Anną Walentynowicz na czele. Usłyszeli, że tego nie da się zrobić bez zgody Tadeusza Fiszbacha, I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR. 

Gdy dotarli do Fiszbacha, ten umył ręce: „Ja mam o tym decydować? Ludzie, ja jestem pierwszym sekretarzem partii, a nie biskupem! Idźcie do wojewody”.

Wojewoda Jerzy Kołodziejski po chwili wahania zgodził się. W tej sytuacji, późno w nocy biskup wydał polecenie odprawienia mszy mało komu znanemu ks. Henrykowi Jankowskiemu, proboszczowi parafii, której teren przylegał do stoczni.

W niedzielnej mszy uczestniczyło kilkuset robotników ze Stoczni Gdańskiej i około tysiąca z sąsiedniej, Remontowej. Przyszło też kilka tysięcy gdańszczan - w tym część stoczniowców, którzy dzień wcześniej zakończyli strajk. Rozmawiali między sobą. Po mszy św. w miasto poszedł nie do końca zgodny z prawdą komunikat, że Kościół popiera strajkujących przeciwko "komuchom".

Zaraz potem na miejscu, gdzie dziś stoi pomnik ofiar Grudnia, stoczniowcy wkopali drewniany krzyż.

 

 
Małgorzata Lewandowska/Archiwum ECS

 

  • 18 sierpnia, poniedziałek

To był poniedziałek. Do Stoczni Gdańskiej wcześnie rano stawiło się prawie 17 tysięcy pracowników, z których zdecydowana większość strajkowała w pierwszych dniach i niekoniecznie chciała dalej protestować, była bowiem zadowolona ze spełnienia przez władze wszystkich dotychczasowych żądań. Tymczasem Międzyzakładowy Komitet Strajkowy na wejściu do stoczni wywiesił nowe 21 postulatów, które dotyczyły spraw podstawowych dla całej Polski.

Nastąpiła decydująca próba sił. Kierownictwo stoczni próbowało namówić przybyłych do stoczni robotników do podjęcia normalnej pracy, zaś członkowie MKS przekonywali ich do strajku. Rano wcale nie było jeszcze oczywiste, czym się to skończy - ludzie byli niezdecydowani, co dalej robić. Na trzech wydziałach Stoczni Gdańskiej podjęto normalną pracę.

- Przemawiałem, wyłączaliśmy im maszyny, jak nie było już innego sposobu, zaczynałem śpiewać „Boże, coś Polskę...” - wspominał po latach Lech Wałęsa. - W końcu wygraliśmy.

Pod wieczór sytuacja była już zupełnie inna: Stocznia Gdańska stała w całości, a do MKS przyłączyło się kilkanaście zakładów pracy. Rozpoczęto zbiórkę pieniędzy na budowę pomnika stoczniowców, którzy zginęli w grudniu 1970 r., podczas tłumienia protestu przez wojsko i milicję.

Tym razem w Warszawie, na szczytach władz PZPR, użycie metod siłowych do zdławienia strajku w Stoczni uznano za wykluczone. 18 sierpnia towarzysz Stanisław Kania, szef zespołu, który miał przygotować strategię rozwiązania narastającego konfliktu społecznego, stwierdził podczas wewnętrznej partyjnej narady: „nie mamy żadnych realnych szans, jeśliby doszło do starcia.(...) Przeciwnik zazębiony jest z anarchią, a anarchia z tysiącami nieprzychylnymi nam”. 

Podstawą do rozmów strajkujących z władzą stały się żądania Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Lista 21 postulatów była owocem gorącej dyskusji w gronie liderów strajku, w tym: Lecha Wałęsy, Bogdana Borusewicza, Andrzeja i Joanny Gwiazdów, Aliny Pienkowskiej, Bogdana Lisa. Ich treść spisano w niedzielę, 17 sierpnia, ale do publicznej wiadomości podane zostały w poniedziałek, 18 sierpnia. Ich treść w ostatecznym brzmieniu zredagował Bogdan Borusewicz. 

Dziś jest to jeden z najważniejszych dokumentów XX w. - 21 postulatów MKS w 2003 r. wpisano na listę najważniejszych dokumentów historii ludzkości: Światowa Lista Dziedzictwa Kulturowego UNESCO - Pamięć Świata. 

W dniach strajku w Stoczni wielkie znaczenie miało to, że cała lista 21 postulatów została spisana na wielkich sklejkowych tablicach. Zrobili to Arkadiusz Rybicki i Maciej Grzywaczewski, związani z Ruchem Młodej Polski. Tablice wywiesili na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej w poniedziałek, 18 sierpnia 1980 roku. 

Ciekawe są dalsze losy tego dokumentu i świadka historii. W pierwszą rocznicę podpisania porozumień - w 1981 r. - tablice zostały wypożyczone na wystawę do Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku. Znajdowały się tam do 14 grudnia 1981 r.

Dzień po wprowadzeniu stanu wojennego dwaj pracownicy muzeum - Wiesław Urbański, przewodniczący zakładowej „Solidarności”, i Dariusz Chełkowski, kierowca w muzeum i także członek związku, wywieźli tablice. Urbański ukrył je w ściance działowej na strychu swojego domu we Wrzeszczu. Znajdowały się tam do 1996 r., kiedy to wróciły do Centralnego Muzeum Morskiego. 

 

TREŚĆ 21 POSTULATÓW MIĘDZYZAKŁADOWEGO KOMITETU STRAJKOWEGO:

 

    1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych wynikających z ratyfikowanych przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, dotyczących wolności związków zawodowych.
    2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
    3. Przestrzegać zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
    4. Przywrócić do poprzednich praw: a) ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 r., studentów wydalonych z uczelni za przekonannia; b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego); c) znieść represje za przekonania
    5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.
    6. Podać realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez: a) podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej; b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform
    7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku - jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu CRZZ
    8. Podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen
    9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza
    10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki
    11. Znieść ceny komercyjne oraz sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym
    12. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnych sprzedaży itp.
    13. Wprowadzić na mięso i jego przetwory kartki - bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)
    14. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 55 lat, a dla mężczyzn do lat 60 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek
    15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych
    16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym
    17. Zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących
    18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka
    19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkania
    20. Podnieść diety z 40 zł na 100 złotych i dodatek za rozłąkę
    21. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie czterobrygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy

 

  • 19 sierpnia, wtorek

Warszawa wysłała do Trójmiasta wicepremiera Tadeusza Pykę, by osobiście dopilnował rozwiązania kryzysowej sytuacji w Gdańsku. Ten zaczął grać na rozbijanie solidarności między strajkującymi zakładami, a kierownictwem MKS. Pyka przekonywał, że dla niego wszystkie postulaty są w zasadzie do załatwienia “od ręki”. W praktyce nie było to takie proste.

Wicepremier Tadeusz Pyka na Wybrzeżu przebywał już od piątku, 15 sierpnia. Pozostawał jednak w cieniu, osobiście do akcji wkroczył w poniedziałek, 18 sierpnia. Wyraźnie grał na rozbicie solidarności strajkujących zakładów, jednocześnie udając równego chłopa, który dużo może. 

Pyka najpierw przez sekretarzy zakładowych PZPR wysyłał sygnały do komitetów strajkowych w poszczególnych zakładach, że oferuje korzystne porozumienie pod warunkiem odcięcia się od MKS, KOR i Ruchu Młodej Polski.

To swoiste „dziel i rządź” przyniosło efekty we wtorek, 19 sierpnia. Rano do rozmów z Pyką przystąpiły delegacje Stoczni Remontowej i Zarządu Portu Gdańsk.

Według relacji Wojciecha Giełżyńskiego i Lecha Stefańskiego, ówczesnych dziennikarzy „Polityki”, Pyka miał oczarować przedstawicieli strajkujących zakładów: „Panowie, ja tu przyjechałem nie dlatego, że mi kazano, ale na ochotnika, bo lubię Gdańsk. Zależy mi na tym, żeby sprawę rozwiązać jak należy, bo mnie boli, że doszło do strajków, do konfliktu. Chcę wszystko załatwić, i to szybko, ale będę siedział tak długo, póki nie załatwię wszystkiego do końca, choćby do grudnia albo do przyszłego roku”.

Potem Pyka przeleciał po liście 21 postulatów MKZ i stwierdził, że wszystkie są „w zasadzie do załatwienia”. 

- Chcecie trzyletnich urlopów macierzyńskich? A może lepiej wybudować więcej żłobków? Policzymy, co wypadnie taniej” - mówił ze swadą.

Robotnicy wyszli z porannego spotkania uskrzydleni. Kolejną turę rozmów wyznaczono na godz. 21. Delegaci obiecali poinformować inne zakłady o efektach tego spotkania i nakłonić je do udziału w rozmowach z wicepremierem.

Wieczorem w Urzędzie Wojewódzkim na negocjacje z wicepremierem Pyką przyszło 16 delegacji (m.in. ze Stoczni Remontowej i Stoczni Północnej, zakładów rybnych i Portu Gdańsk). Nie tak wiele, bowiem do MKS w tym czasie należało już ok. 250 zakładów.

Wicepremier zaproponował, że skoro wszystko da się załatwić, to należy przerwać strajk i dopiero potem „omówić szczegóły”. Delegatom nie spodobał się ten pomysł. Zaczęli tłumaczyć, że i tak nie mogą wznowić pracy, póki strajkuje zrzeszona w MKS komunikacja miejska.

Pyka zaczął się przechwalać: „Wy nie wiecie, kto ja jestem. W Warszawie by wam powiedzieli, że Pyka to taka kosa, że jak się weźmie, wszystko załatwi. Mam upoważnienie od najwyższych władz”.

I dla potwierdzenia swojej wielkości, wicepremier postanowił pokazać, jaki ma gest. 

- Ja wiem, że u was w Gdańsku jest szczególnie ciężka sytuacja mieszkaniowa, że 120 tys. ludzi czeka na mieszkania - stwierdził Tadeusz Pyka. - Dobrze, damy wam dwie fabryki domów. Jedną normalną, na wielką płytę, a drugą francuską, na domki jednorodzinne, bardzo ładne domki. To was urządza?

Mówił też o zaopatrzeniu sklepów w mięso: „No tak, wiem, że u was jest źle. No, ale jest już decyzja o imporcie 60 tys. ton. Załatwione”.

Nie zapomniał również o wolnych sobotach: „Oczywiście. Nie ma sprawy. Będą. W sytuacji, gdy zaopatrzenia, surowców, energii brakuje, to będzie nawet gospodarczo korzystne”.

Pyka punkt po punkcie, przez całą noc, omówił z delegatami zakładów wszystkie postulaty. Skończyli o godz. 6 nad ranem. Wówczas dopisał jeszcze jedno zdanie: „Niniejsze porozumienie zostanie przedstawione do zatwierdzenia Radzie Ministrów”.

To wywołało protest delegatów. Zapowiedzieli, że nie przystąpią do pracy, póki nie dostaną na piśmie zgody rządu na obietnice wicepremiera. Pyka wysłał porozumienie do Warszawy. Zaczynała się środa, 20 sierpnia. Od odpowiedzi z Warszawy zależało, czy będzie to dzień pracy, czy dalszego strajku.

 

  • 20 sierpnia, środa

Wicepremier Tadeusz Pyka przebywał w Gdańsku już od sześciu dni. Robił, co mógł, by rozbić solidarność między załogami, skupionymi w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym. Jednak wynik negocjacji był tak marny, że Pyka stracił w oczach robotników autorytet. Tymczasem młody grafik Jerzy Janiszewski namalował i przyniósł do Stoczni znak “Solidarności”.

Kiedy po raz pierwszy namalowany został znak "Solidarności"? Nawet jego autor Jerzy Janiszewski nie pamięta dokładnie. Najpewniej 19 lub 20 sierpnia. W środę, 20 sierpnia, pierwsze odbitki rozeszły się w Stoczni Gdańskiej jak przysłowiowe ciepłe bułeczki.

Od kilku dni pod bramy strajkującej stoczni przychodził tłum. Robotnicy wspierani byli na różne sposoby. Najczęściej dostawali jedzenie i kwiaty. Janiszewski, artysta grafik, był w tym tłumie, uległ entuzjazmowi zebranych ludzi. Postanowił, że da stoczniowcom coś wyjątkowego - znak, z którym będą mogli się identyfikować.

- Najpierw chciałem wykorzystać motyw stoczniowej bramy, ale okazało się, że nie wygląda to najlepiej - wspominał artysta.

Dlaczego nie wpadł od razu na oczywiste z dzisiejszej perspektywy hasło "Solidarność"? Bo rodzący się dopiero związek nie miał jeszcze żadnej nazwy. Janiszewski próbował więc najpierw z napisem MKS (Międzyzakładowy Komitet Strajkowy). Jego żona Krystyna zaproponowała, by z litery K wyprowadzić biało-czerwoną flagę. Taki projekt robił już niezłe wrażenie, ale nie był wystarczająco dobry.

Janiszewski przyjaźnił się wtedy z grupą gdańskich poetów. Spacerowali, dyskutowali, oglądali napisy na murach. To jeden z poetów zwrócił uwagę, że najczęściej powtarzającym się i odmienianym na różne sposoby słowem jest solidarność: "Jesteśmy solidarni", "solidarnie zwyciężymy" i podobne. Ponadto "Solidarność" to był tytuł biuletynu wydawanego w strajkującej stoczni.

Olśnienie przyszło w nocy, w mieszkaniu artysty na gdańskim osiedlu Morena, przy ulicy Marusarzówny. Janiszewski klęcząc nad białą kartką formatu A5, wymalował przy pomocy pędzla czerwoną farbą "Solidarność" - tak by to wyglądało na jeden, ciągły, ruch ręki. Następnie z litery "N" wyprowadził biało-czerwoną flagę. Uzyskany efekt był niesamowity - jakby idący tłum manifestantów z flagą.

Przed południem Janiszewski popędził z tą kartką do Stoczni Gdańskiej. Ludzie wzięli ten znak, jakby od dawna na niego czekali. Janiszewski przynosił w następnych dniach po 50-100 odbitek. Wszystkie rozchodziły się w mgnieniu oka. Artysta nawet się nie obejrzał, a znak żył już swoim życiem. Można go było zobaczyć wszędzie. Rozlepiany na ulicznych słupach, widniał dumnie w klapie marynarki Lecha Wałęsy. 

20 sierpnia był także dniem fiaska misji wicepremiera Tadeusza Pyki. Próbował odciągnąć kilkanaście dużych zakładów od uczestnictwa w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym. Przechwalał się swoimi wpływami na szczytach władzy, obiecał przedstawicielom robotników załatwienie przez rząd dwunastu punktów, uzgodnionych w trakcie negocjacji. Gdy o godz 14. przyszła odpowiedź z Warszawy, okazało się, że rząd spośród tych 12 punktów gotów jest zaakceptować zaledwie trzy: o fabrykach domów, o imporcie mięsa i o tym, że komitety mogą działać po zakończeniu strajku.

Delegaci zakładów zrozumieli, że ten napuszony wicepremier niewiele może. Poczuli się oszukani, postanowili wrócić do struktur MKS - tym bardziej, że coraz mocniej domagali się tego członkowie załóg. 

- Wojna nerwów trwała. Podchodziliśmy pod bramę stoczni Remontowej i Północnej, przekonywaliśmy robotników, żeby się do nas przyłączyli - wspominał Wałęsa. - Niektórzy ich prosili, inni wyzywali od łamistrajków.

To był już koniec misji Tadeusza Pyki. Ostatnie spotkanie odbył w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Otrzymał polecenie powrotu do Warszawy.

Wyjazd Pyki nie oznaczał jednak końca próby sił między władzami PRL, a strajkującymi zakładami. Ruszył aparat propagandy: kontrolowana w całości przez komunistów telewizja przedstawiała informacje o stratach gospodarczych wywołanych strajkami. Lider prorządowych związków zawodowych Jan Szydlak określił strajk jako przejaw działań wrogich sił. 

MO i SB przystąpiły do szykanowania delegatów komitetów strajkowych - rozpoznawano ich po biało-czerwonych flagach na samochodach. SB aresztowała ponad dwudziestu członków i współpracowników KOR.

Jednak z każdą godziną bunt się rozszerzał. Do strajków dołączyły Politechnika Gdańska, Uniwersytet Gdański oraz Opera Bałtycka i Filharmonia Bałtycka. MKS reprezentował już 304 zakłady. 

Jan Paweł II w depeszy do prymasa Polski Stefana kard. Wyszyńskiego zapewnił o modlitwie, "aby Episkopat Polski ze swym Prymasem na czele (...) mógł również i tym razem dopomóc temu Narodowi w ciężkim zmaganiu się o chleb powszedni, o sprawiedliwość i zabezpieczenie jego nienaruszalnych praw do własnego życia i rozwoju".

 

  • 21 sierpnia, czwartek

Pod bramy Stoczni Gdańskiej - przede wszystkim pod Bramę nr 2 - od poniedziałku zaczął przychodzić coraz większy tłum. Najpierw byli to głównie członkowie rodzin stoczniowców, ale z każdym dniem przybywało tych, którzy mieli wystarczająco dużo odwagi, by „dotknąć” dziejącej się na ich oczach historii. Chcieli też wesprzeć nowych bohaterów. W tłumie była jeszcze jedna kategoria ludzi, niezbyt liczna, ale niezwykle ważna z punktu widzenia peerelowskich władz - pracownicy operacyjni komunistycznej policji politycznej SB (Służba Bezpieczeństwa). Stali, chodzili, podsłuchiwali przypadkowe rozmowy, robili zdjęcia. Następnie składali raporty. To, co trafiało do towarzyszy z PZPR było przerażające: poparcie gdańszczan dla strajkującej Stoczni Gdańskiej rosło z każdą godziną.

Wicepremier Mieczysław Jagielski został przysłany z Warszawy do Gdańska w czwartek, 21 sierpnia - w miejsce wicepremiera Tadeusza Pyki, którego wcześniejsza misja gaszenia strajków zakończyła się fiaskiem. Jagielski, który doskonale znał raporty napływające z Gdańska, zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji.

Już w pierwszych dniach stoczniowcy zaapelowali o dostarczanie żywności. Sklepy z powodu pogłębiającego się od miesięcy kryzysu gospodarczego były słabo zaopatrzone, ludzie przynosili więc stoczniowcom w darze niemal wszystko, co można było kupić: chleb, masło, dżem, papierosy, konserwy. Dawali też kwiaty - tak, jak się je daje wyzwolicielom.

Opublikowana po latach przez Gdańskie Towarzystwo Naukowe praca „Sierpień ’80 we wspomnieniach” przytacza historię Bohdana Rawicza. Człowiek poważny i stateczny, rencista, tak dał się porwać entuzjazmowi, że w sklepie potraktowano go jak czarnorynkowego spekulanta chcącego wykupić towar. Sam zaznał głodu w hitlerowskim obozie w czasach wojny. Słysząc apel o żywność, poszedł więc najszybciej, jak umiał, do spożywczego, wyjął wszystkie pieniądze, jakie miał, i poprosił o trzy kilogramy masła.

- Nie dostanie pan tyle na jedną osobę - odpowiedziała oburzona ekspedientka.

- To dla głodnych.

- Jakich znów głodnych?

- Dla strajkujących w stoczni.

Od tej chwili rozmowa była zupełnie inna. Ekspedientka sprzedała Rawiczowi tyle masła, ile poprosił. Dał je stoczniowcom. Słysząc od nich podziękowania, zamknął oczy, ale i tak nie zdołał powstrzymać łez.

21 sierpnia o godz. 14 w gdańskiej rozgłośni radiowej (obecnie Radio Gdańsk) wicepremier Mieczysław Jagielski obiecał, że będzie rozmawiać z każdym. Podał numer telefonu, pod którym czekał na chętnych. Radiowe przemówienie Jagielskiego miało na celu złamanie solidarności strajkujących z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym (MKS). Wicepremier zaproponował tzw. rozmowy branżowe przedstawicieli załóg poszczególnych zakładów z reprezentującymi władze "trójkami" (dyrekcja, podstawowa organizacja partyjna i rada zakładowa). Oczywiście z pominięciem MKS.

Jednak sytuacja coraz bardziej wymykała się władzom spod kontroli. O godz. 18 doszło do zjednoczenia się wszystkich strajkujących zakładów w MKS. W Stoczni zaczął formować się sztab doradców - dołączył m.in. Lech Bądkowski, literat.

Tego dnia przyjechała delegacja z Elbląga: „Zamech stoi, komunikacja miejska też”.

Strajkował już Szczecin. Także 21 sierpnia zaczął się strajk w krakowskiej Hucie im. Lenina. “Czerwoni” do Szczecina wysłali innego wicepremiera - Kazimierza Barcikowskiego.  

MO i SB kontynuowały represje, konfiskując m.in. kilka tysięcy ulotek MKS na pokładzie holownika m/t Wilk.

Aparat rządowej propagandy też próbował robić, co mógł. Rozbawienie członków MKS wywołał czwartkowy (21 sierpnia) artykuł w „Dzienniku Bałtyckim”: „Rozmowy Komisji Rządowej pod przewodnictwem T. Pyki z zakładowymi komitetami strajkowymi trwają. Rozważane i negocjowane są postulaty zgłoszone przez załogi. Komisja, której prace trwają, stale przyjmuje kolejne komitety strajkowe. Uczestniczący w rozmowach przedstawiciele zakładowych komitetów strajkowych zdecydowanie odcięli się od działań jakichkolwiek nielegalnych organizacji typu KOR, Ruch Młodej Polski i innych. Równolegle z toczącymi się rozmowami kilka zakładów dotychczas strajkujących przystępuje do pracy”.

Komentarz z tego samego dnia w „Trybunie Ludu”: „Naszym partyjnym obowiązkiem jest wyjaśnienie istoty haseł, które antysocjalistyczne koła usiłują narzucać środowiskom robot-

niczym, dążąc do przeciwstawienia ich partii, do antagonizowania społeczeństwa, do wprowadzenia zamętu”.

Jak pisze historyk Andrzej Friszke, badacz Sierpnia: „Biuro Polityczne optowao za politycznymi środkami rozwiązania konfliktu, ale uwagę koncentrowano na działaniach bardzo tradycyjnych: liście do aktywu PZPR, przemówieniach przywódców partii do społeczeństwa, linii propagandy radiowo-telewizyjnej, nadziejach na skonsolidowanie aktywu partii, wreszcie - zmianach personalnych.

Podejmowano wprawdzie rozmowy z poszczególnymi strajkującymi zakładami (komisja T. Pyki), ale najżywsze obawy budziła zarówno myśl o istotnych ustępstwach politycznych, jak ekonomicznych”.

 

  • 22 sierpnia, piątek

W piątek, 22 sierpnia, peerelowskie władze miały już świadomość utraty kontroli nad sytuacją w Gdańsku. Rządowa prasa, radio i telewizja kłamały jak najęte, ale ludzie przekazywali sobie prawdziwe wiadomości w prywatnych rozmowach, również telefonicznych. “Czerwoni” wpadli więc na pomysł odcięcia Gdańskowi międzymiastowych połączeń telefonicznych, po to, by utrudnić przepływ informacji do innych części kraju.

Jeśli spojrzeć dzisiaj na któreś z kalendariów Sierpnia, piątek 22 sierpnia wydaje się po prostu jednym z dni o mniejszym znaczeniu dla rozwoju wypadków. Oczywiście przyjazd do stoczni Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka, jako istotnych figur krystalizującego się wokół Wałęsy zespołu doradców - był bardzo ważny, ale nastąpiło to dopiero w późnych godzinach, praktycznie w nocy. 

  • Rano Wałęsa przemawiał przy bramie nr 2: "Mamy 600 tys. zł. W miarę możliwości możemy wypłacać zasiłek potrzebującym. Trzeba zrobić listę." Przemówienie przyjęte jest z entuzjazmem. Stoczniowcy odśpiewują hymn i "Boże coś Polskę"
  • W MKS zarejestrowanych było 350 zakładów, a poszczególni liderzy strajkujących załóg nie mieli już zamiaru podejmować na własną rozmów z przedstawicielami władz PRL. Wydali więc stosowny komunikat: "MKS jest jedyną władzą, instancją mogącą podjąć decyzję o zakończeniu strajku po przeprowadzeniu rokowań z przedstawicielem rządu PRL.[...] MKS jeszcze raz wyraża nadzieję, że przedstawiciele rządu jak najrychlej odpowiedzą na propozycję MKS i przystąpią do rozmów."
  • Delegacja ze świdnickich zakładów ofiarowała 175 tys. zł na potrzeby strajkujących (oczywiście wartość pieniądza była zupełnie inna, nie ma sensu przeliczać na dzisiejsze - ale liczył się gest).
  • Wieczorem MKS złożył wicepremierowi Jagielskiemu pisemne oświadczenie o gotowości do podjęcia rozmów na temat listy postulatów. Jagielski zaproponował, że następnego dnia wstępne rozmowy z MKS w stoczni rozpocznie wojewoda gdański.
  • Późno w nocy w stoczniowej sali BHP po raz pierwszy pojawiają się eksperci MKS: Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Wałęsa omówił z nimi taktykę rozmów z wojewodą, które zaplanowane były na następny dzień.

Tak naprawdę najważniejsze sprawy w piątek, 22 sierpnia 1980 r., wiązały się z walką władz PRL o utrzymanie monopolu informacyjnego, który od ponad trzydziestu lat pozwalał “czerwonym” na skuteczne manipulowanie polską opinią publiczną. Tradycyjnie więc w gazetach, radiu i telewizji były tylko takie treści, jakie akceptowano na szczytach władzy. W Sierpniu okazało się jednak, że to za mało. Strajkujący wydawali swoje ulotki i biuletyny, które rozchodziły się błyskawicznie i traktowane były przez ludzi jako jedyne wiarygodne źródło informacji. Akcja ulotkowa od początku protestów prowadzona była m.in. w pociągach SKM i przybierała na intensywności. “Czerwoni” próbowali temu przeciwdziałać przy użyciu sił SB i milicji - poprzez tropienie i wyłapywanie kolporterów, konfiskatę druków. Gdy to nie wystarczyło, władze próbowały rozprowadzać… własne ulotki. 

“Czerwoni” mieli jeszcze jeden interesujący pomysł, który dziś - w dobie internetu i telefonii komórkowej - trudno sobie wyobrazić. Postanowili odciąć Gdańsk od telefonicznych połączeń międzymiastowych, aby “strajkowa zaraza” nie roznosiła się na inne regiony. Było to możliwe, bowiem w PRL ówczesna sieć telefoniczna była własnością państwa, a do tego słabo rozwinięta (zdecydowana większość Polaków w ogóle nie miała telefonu w domu, musiała korzystać z ulicznych budek telefonicznych lub telefonów w miejscu pracy). Dzięki temu peerelowska policja polityczna (SB) miała system telekomunikacyjny w rękach i postanowiła z tego skorzystać - rano, 22 sierpnia, gdańszczanie ze zdumieniem stwierdzili, że nie mogą się nigdzie dodzwonić.

W wydanej po latach przez Gdańskie Towarzystwo Naukowe pracy „Sierpień ’80 we wspomnieniach” można przeczytać związaną z tymi wydarzeniami relację rencistki-emerytki Marianny Waliszewskiej. 

Pani Marianna próbowała skontaktować się z rodziną na Śląsku, by opowiedzieć o tym, co dzieje się w Trójmieście. I było to niemożliwe. Taka sytuacja utrzymywała się od 22 do 26 sierpnia. Potem zdarzyło się, że telefonistka centrali międzymiastowej pomyłkowo połączyła do pani Waliszewskiej jakiegoś rozmówcę z Wrocławia. Gdańszczanka wyjaśniła, że to pomyłka, ale nie umiała odmówić sobie wymiany choćby kilku zdań z nieznajomym.

-  Czy Wrocław strajkuje?

- Połowa, proszę pani. Czy was w Gdańsku mordują?

- Nie, a was?

- Nie, niechby tylko spróbowali.

Po latach, już w wolnej Polsce, Marianna Waliszewska tak komentowała tamtą rozmowę: „Nigdy na pewno nie dowie się ten człowiek, z kim on wtedy rozmawiał, ani ja tego się nie dowiem. Chciałabym jednak, by wiedział, że te kilka słów znaczyło wtedy dla mnie bardzo dużo. Rozpłakałam się ze szczęścia, że nie jesteśmy chociaż teraz sami”.

 

SKUTKI STRAJKU W STOCZNI GDAŃSKIEJ DLA POLSKI

31 sierpnia 1980 r. strajk zakończono podpisaniem porozumienia z rządem, w sali bhp Stoczni Gdańskiej. Na mocy tego dokumentu rząd wprowadził podwyżki płac, do pracy przywrócono osoby zwolnione wcześniej z przyczyn politycznych, umożliwiono działalność niezależnych związków zawodowych. Nazwa i znak Solidarności stały się symbolem ruchu społecznego i związku zawodowego, który w szczytowym momencie liczył 10 milionów członków. Wkrótce dała o sobie znać pogłębiająca się niewydolność systemu gospodarczego i politycznego PRL - sytuacja ekonomiczna pogarszała się, co wywoływało dalsze konflikty między władzami PRL a NSZZ "Solidarność".

13 grudnia 1981 roku komuniści, łamiąc ówczesną konstytucję, wprowadzili w kraju stan wojenny, którego celem było zdławienie "Solidarności". W Polsce nastały rządy autorytarne, firmowane przez generała Wojciecha Jaruzelskiego. Po kolejnych siedmiu latach sytuacja gospodarcza była tak zła, że Polska stanęła na skraju bankructwa. Komuniści zgodzili się na rozmowy z działaczami zdelegalizowanej opozycji, bowiem była to jedyna szansa na uratowanie kraju przed całkowitą zapaścią. Następstwem tego były rozmowy okrągłego stołu i częściowo wolne wybory 4 czerwca 1989 r. - te ostatnie otworzyły drzwi do wolnej Polski.

Roman Daszczyńskiwww.gdansk.plroman.daszczynski@gdansk.pl
Roman Daszczyński - najnowsze
Roman Daszczyńskiwww.gdansk.plroman.daszczynski@gdansk.pl
Roman Daszczyński - najnowsze