Wyrok sądu: 150 tys. zł zadośćuczynienia za śmierć gdańszczanina w pracy

Inżynier Zbigniew Gorczyński od ponad pięciu lat nie chce się pogodzić z myślą o okolicznościach, w jakich stracił 32-letniego syna. - Wypadek w pracy, za który nikt nie ponosi winy? Po co są te wszystkie przepisy bhp? - zastanawiał się ojciec. Gdy prokuratura umyła ręce, Zbigniew Gorczyński wytoczył proces cywilny. Właśnie zapadł wyrok: pracodawca ma zapłacić 150 tys. zł zadośćuczynienia za śmierć Krzysztofa.

Wyrok sądu: 150 tys. zł zadośćuczynienia za śmierć gdańszczanina w pracy
A
A
data publikacji: 24 listopada 2017 r.

Zbigniew Gorczyński z przyjacielem tragicznie zmarłego syna - Krzysztofem Banachem, który mówi: - Jeśli chodzi o odszkodowanie to uważam, że jest ono niskie i niewspółmierne wobec tego co się stało
Zbigniew Gorczyński z przyjacielem tragicznie zmarłego syna - Krzysztofem Banachem, który mówi: - Jeśli chodzi o odszkodowanie to uważam, że jest ono niskie i niewspółmierne wobec tego co się stało
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

- Gdyby Krzysztof w czasie wolnym wziął wędkę, poszedł na ryby i się utopił, można by było mówić o nieszczęśliwym wypadku - przekonuje ojciec. - Ale przecież tutaj była zupełnie inna sytuacja. Wykonywali zespołowo pomiary zbiornika wodnego jako pracownicy poważnej firmy, Instytutu Morskiego w Gdańsku. Praca ryzykowna, więc obwarowana przepisami bhp. Ktoś musiał tym wszystkim kierować, ktoś musiał odpowiadać za sprzęt. Jeśli żyjemy w cywilizowanym kraju, nie może to wszystko skończyć się wzruszeniem ramion i komentarzem, że zdarzył się “nieszczęśliwy wypadek”.

Do tragedii doszło 7 marca 2012 r. Robili pomiary Kanału Goczałkowickiego na Śląsku. Krzysiek - na pontonie, z jeszcze jednym kolegą. Na brzegu asekurowali ich dwaj inni pracownicy Instytutu. Nagle zerwała się rozpięta między brzegami stalowa linka, dzięki której ponton trzymał się w miejscu, mimo prądu rzeki.

Wszystko rozgrywało się błyskawicznie. Ponton zaniosło na stopień wodny, wywróciło. Obaj wpadli do wody. Kolega wydostał się na brzeg, ale Krzysztof nie dał rady. Prawdopodobnie zachłysnął się wodą. Musiało trochę trwać, zanim go wyciągnęli. Kwadrans? 20 minut? 40? Pod tym nieszczęsnym progiem wodnym dostał się w tak zwany odwój - miejsce, gdzie kotłuje się spadająca woda. Zaledwie półtora metra głębokości.

Pracownicy Instytutu, którzy byli przy wypadku, zeznali przed prokuratorem, że wyłowili Krzysztofa po trzech minutach - mimo że do szpitala przewieziono go w stanie głębokiej hipotermii, jakby w lodowatej wodzie spędził pół godziny.

- Bzdura - mówi ojciec, który rozmawiał prywatnie z jednym ze świadków tragedii. - Krzysztof stał przez długie minuty w wodzie, machał rękami i krztusił się. Rzucili mu kilka razy lotkę ratunkową, ale jej nie złapał. Potem zniknął im w wodzie.

Prokurator nie widzi związku

Ojciec całą noc jechał do szpitala w Pszczynie. Lekarz wytłumaczył mu, że jest bardzo źle. Że Krzysztof nie wróci do zdrowia i jego funkcje życiowe jeszcze trwają tylko dlatego, że jest podłączony do aparatury.

Nie dało się go uratować.

To nie była zwykła żałoba. Zbigniew Gorczyński zastanawiał się, dlaczego Krzysztof nie miał kapoka. Jak w ogóle mogło dojść do zerwania linki, która utrzymywała ponton? Chodził, pytał, był nieustępliwy. Niektórzy zaczęli traktować go jak natręta.

Chwila ogłoszenia wyroku. Sąd Okręgowy w Gdańsku, Wydział I Cywilny, 23 listopada 2017 r.
Chwila ogłoszenia wyroku. Sąd Okręgowy w Gdańsku, Wydział I Cywilny, 23 listopada 2017 r.
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl


Śledztwo prowadziła prokuratura w Pszczynie, ale jakoś niemrawo i bez przekonania. “Nieszczęśliwy wypadek. Cóż poradzić? Nie da się już tego cofnąć. Tak, wiemy, że to jest bolesna sprawa”. Zbigniew Gorczyński na własną rękę próbował zbierać materiał dowodowy, by przekonać prokuratora, że jego syn zginął, bo ktoś nie przestrzegał przepisów i miał za mało wyobraźni.

Po 16 miesiącach prokurator umorzył śledztwo, bowiem nie dopatrzył się związku przyczynowo-skutkowego między śmiercią Krzysztofa Gorczyńskiego a działalnością innych osób. I Sąd Rejonowy w Pszczynie podtrzymał tę decyzję - mimo, że ojciec składał zażalenia.

Zbigniew Gorczyński mówi, że kilkakrotnie chodził do Instytutu Morskiego, by rozmawiać o śmierci syna.

- Zaproponowali mi 10 tys. zł w zamian za podpisanie oświadczenia, że zrzekam się dalszych roszczeń - opowiada. - Po jakimś czasie podnieśli kwotę do 30 tys. Oburzyło mnie to, bo mnie chodzi o prawdę o śmierci mojego syna, a nie pieniądze. Złośliwie zapytałem, dlaczego akurat tyle, skoro krewni ofiar katastrofy smoleńskiej dostali 250 tys. Prawnik, który ze mną rozmawiał, żachnął się: "No wie pan? Co tutaj porównywać? W przypadku pana syna mamy nieszczęśliwy wypadek w pracy, a tam była narodowa katastrofa, gdzie zginęły VIP-y".

Minimum sprawiedliwości

I być może kilkuletnia walka Zbigniewa Gorczyńskiego zakończyłaby się niczym, gdyby o jego sprawie nie dowiedział się gdyński radca prawny Piotr Sławek. Zaproponował, żeby ojciec tragicznie zmarłego złożył pozew cywilny przeciwko Instytutowi Morskiemu w Gdańsku. Wystąpili o zadośćuczynienie finansowe w wysokości 350 tys. zł.

Wyrok pierwszej instancji zapadł przed Sądem Okręgowym w Gdańsku w czwartek, 23 listopada 2017 r. Sąd orzekł, że Instytut Morski ma zapłacić Zbigniewowi Gorczyńskiemu za śmierć syna 100 tys. zł zadośćuczynienia, a także 50 tys. zł na rzecz drugiego syna Zbigniewa Gorczyńskiego - starszego brata tragicznie zmarłego Krzysztofa. Obie kwoty mają być powiększone o ustawowe odsetki, liczone od kwietnia 2014 r.

Według Sądu Okręgowego w Gdańsku odpowiedzialność za skutki wypadku, w którym zginął Krzysztof Gorczyński, w pełni ponosi Instytut Morski w Gdańsku, bowiem nie dopełnił szeregu obowiązków w tym:

  • nie zapewnił asekuracji pontonu na którym poruszał się Krzysztof Gorczyński
  • nie przeprowadził szkolenia stanowiskowego w miejscu prowadzenia pomiarów
  • nie wyznaczył kierownika odpowiedzialnego za przeprowadzenie czynności pomiarowych
  • nie zapewnił koordynacji udzielania pomocy w miejscu wypadku
  • nie zadbał o ograniczenie zrzutu wody w rejonie progu wodnego przy którym doszło do wypadku - choć było to możliwe i celowe

Zbigniew Gorczyński po ogłoszeniu wyroku powiedział portalowi gdańsk.pl: - Po raz pierwszy od ponad pięciu lat poczułem, że istnieje jakieś minimum sprawiedliwości.

Czy będzie odwoływał się od wyroku, skoro żądał kwoty 350 tys. zł, a sąd zasądził kwotę sporo niższą?

- Będę musiał to przemyśleć z moim mecenasem - kończy Zbigniew Gorczyński.

Zbigniew Gorczyński w sali rozpraw, z mec. Piotrem Sławkiem
Zbigniew Gorczyński w sali rozpraw, z mec. Piotrem Sławkiem
Dominik Paszliński/www.gdansk.pl

Instytut czeka na uzasadnienie

Od wyroku może się odwołać także druga strona - Instytut Morski w Gdańsku, który przed sądem reprezentowany był przez mec. Marka Kaszewskiego. Jakie będą dalsze decyzje?

- Poczekamy na pisemne uzasadnienie wyroku i już teraz bardzo ciekawi mnie jego treść, bowiem sąd wskazał na szereg uchybień, o których nie ma mowy w materiale dowodowym - mówi mec. Kaszewski. - Jest tam natomiast opinia biegłego bhp, że Instytut nie dopuścił się uchybień, a jeśli nawet, to były one drobne i bez związku z wypadkiem. W ogóle ta sprawa jest bardzo słaba pod względem dowodowym, ale niewątpliwie mamy do czynienia z ludzką tragedią. Nic więcej nie mam do powiedzenia. Poczekamy na pisemne uzasadnienie i zastanowimy się co dalej.

Roman Daszczyński (0)
www.gdansk.pl
roman.daszczynski@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Roman Daszczyński (0)
www.gdansk.pl
roman.daszczynski@gdansk.pl
więcej tekstów autora