Nowy Port: co dalej z tym smrodem?

Na spotkanie w sprawie spalarni odpadów niebezpiecznych Port Service przyszło ponad 150 mieszkańców. Usłyszeli, że zakład przestanie istnieć w 2024 r. lub nawet wcześniej, prezydent Gdańska bowiem stanowczo odmawia przedłużenia obowiązującej od 21 lat umowy.

Nowy Port: co dalej z tym smrodem?
A
A
data publikacji: 09 września 2015 r.

Uczestnicy wtorkowego spotkania wypełnili salę gimnastyczną Szkoły Podstawowej nr 55 w Nowym Porcie. Wśród nich był fotograf z Nowego Portu, Piotr Połoczański.

– Nie jestem francuskim pieskiem, ale to często jest nie do wytrzymania – mówi Połoczański. – Smród w naszej dzielnicy jest gorszy od odoru gnojowicy. To, co dolatuje do nas ze spalarni Port Service, podrażnia i wysusza gardło, szczególnie latem jest nie do wytrzymania. Mieszkam w samym centrum Nowego Portu, przy Marynarki Polskiej. Latem bywały sytuacje, że musiałem uciekać z domu, bo były dwie możliwości: albo siedzieć w tym smrodzie, albo pozamykać okna i dusić się od upału. W tym sezonie jakoś sobie radziłem, bo kupiłem klimatyzator, ale wielu moich sąsiadów nie stać na takie urządzenie. Co oni mają zrobić?!

Oko w oko z problemami

Po przeszło godzinie dyskusji Piotr Połoczański wstał, wziął do ręki mikrofon i zabrał głos. Jego słowa były skierowane do mieszkańców, ale przede wszystkim do obecnych w sali przedstawicieli zakładu.

– Pytanie do przacowników Port Service, którzy, jak widać, są w świetnym humorze – zaczął Połoczański. – My też chcielibyśmy w takim być. Wiem, że pan będzie się dalej uśmiechał, bo pan tu nie mieszka. Zapraszam, niech pan zostanie moim sąsiadem... Być może wyziewy z waszego zakładu nie są trujące, ale ten odór jest nie do wytrzymania. Wiem, że tak naprawdę my, mieszkańcy, jesteśmy bezbronni, niewiele możemy zrobić, ale ustalmy, że to jest ten moment: możemy wstać i spojrzeć ludziom z Port Service prosto w oczy... To jest ten moment!

Tłum powstał z krzeseł, skierował wzrok na prezesa Romualda Tykę i jego dwudziestu współpracowników. Goście z Port Service również wstali, zwrócili się twarzami do zebranych w sali. Napięcie sięgnęło zanitu. Połoczański zaczął klaskać, dołączyli do niego sąsiedzi z Nowego Portu – było to tak zaskakujące, że rozładowało atmosferę.

Prezes Tyka pytany później o to, jak się czuł się pod naporem spojrzeń, odparł: – Trudna sytuacja, my też na nich patrzyliśmy, bo przecież chodzi o nasze miejsca pracy. Mieszkańcy mają swoje racje, ale nie jest tak, że nic nie robimy, by było lepiej. Jestem prezesem od trzech lat, poprawiliśmy w tym czasie działanie spalarni, kupiliśmy kosztowny sprzęt pomiarowy, aby mieć pewność, że nic niebezpiecznego nie przedostaje się do powietrza. Chciałbym to wszystko pokazać mieszkańcom: podstawimy autobus, przewieziemy w obie strony. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli z ludźmi się uczciwie rozmawia, to potrafią przyjąć argumenty.

Prezes Port Service Romuald Tyka: Chcemy pokazać mieszkańcom, jak dużo zrobiliśmy w ciągu trzech lat. My też jesteśmy gdańszczanami...
Prezes Port Service Romuald Tyka: Chcemy pokazać mieszkańcom, jak dużo zrobiliśmy w ciągu trzech lat. My też jesteśmy gdańszczanami...
Jerzy Pinkas

Kiedy dym, kiedy mgiełka

W Nowym Porcie ludzie mają powody, by nie wierzyć w uczciwość kierownictwa Port Service. Nie ufają też zanadto państwowym urzędnikom ochrony środowiska.

Wszystko przez sprawę z 2011 r., gdy firma sprowadziła z Ukrainy 22 tys. ton ziemi skażonej m.in. pestycydami. Jak wynika ze śledztwa przeprowadzonego w ostatnich latach przez Prokuraturę Okręgową w Gdańsku, skażona ziemia była przechowywana w niewłaściwy sposób, przez co zagrażała środowisku. Po spaleniu, odpady były wywożone nie do specjalnie przygotowanych do tego celu składowisk, ale... do zwykłej żwirowni w Ełganowie na Kaszubach. Śledztwo zakończyło się skierowaniem aktu oskarżenia przeciwko byłemu już prezesowi Krzysztofowi P. oraz dwóm właścicielom żwirowni w Ełganowie. Sprawa w ogóle nie wyszłaby na jaw, gdyby nie dociekliwość działaczy ekologicznych. Wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska przymykali oko na nieprawidłowości w Port Service.

Spalarnia ma dziś nowego właściciela i nowe kierownictwo, ale też złą sławę, która od kilku lat kładzie się cieniem na jej działania.

Jedna z uczestniczek spotkania mówiła wprost, że nie widzi powodów, by ufać, że firma, która truła ziemię, nie zatruwa powietrza. Pytała, kto zajmuje się kontrolowaniem wyziewów z komina spalarni. Chciała też wiedzieć, jak to jest robione i czy stosowana aparatura potrafi wychwycić wszystkie szkodliwe związki chemiczne.

Inna pani dziwiła się, jak to możliwe, że poprzednie władze miasta i władze wojewódzkie zgodziły się, by taki zakład zlokalizowano na Westerplatte, bo przecież z powodów historycznych jest to jedyne takie miejsce na świecie, powinno więc być chronione i służyć mieszkańcom jako miejsce wypoczynku.

Mieszkaniec falowca w Nowym Porcie przekonywał: – Coś z tym spalaniem odpadów musi być nie tak, ponieważ wiele razy widziałem, że gdy wiatr wieje w stronę miasta, to dym jest biały jak mgiełka. Wystarczy jednak, że wiatr wieje w stronę morza i z komina od razu wysnuwa się gęsta, czarna chmura.

W spotkaniu uczestniczyli szefowie wszystkich instytucji zajmujących się ochroną środowiska. Starali się odpowiadać na pytania w sposób jak najprostszy, zrozumiały nawet dla osób nieobeznanych ze specjalistycznym słownictwem. Zwykle to się udawało. Mieszkańcy dowiedzieli się, że od kilku miesięcy służby ochrony środowiska mają do dyspozycji bardzo nowoczesny sprzęt pomiarowy, który wychwytuje tysiące niebezpiecznych związków chemicznych w powietrzu. Nie tylko nie stwierdzono, by którykolwiek z nich przekroczył dopuszczalne normy – wszystko jest wręcz znacznie poniżej tych parametrów.

Mieszkańcy nie wszystko przyjmowali z zaufaniem. Z sali padały nieprzyjemne komentarze, nawet oskarżenia o tuszowanie prawdy o Port Service. Nie pozostawił tego bez odpowiedzi Jarosław Stańczyk, naczelnik wydziału inspekcji Pomorskiego Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Gdańsku: – Takie stawianie spraw jest nieuczciwe, zupełnie nie na miejscu. Dbamy o środowisko, do tego jesteśmy powołani. Prócz tego też jesteśmy mieszkańcami Gdańska.

Łukasz Hamadyk, radny PiS: Cieszę się, bo mieszkańcy Nowego Portu poczuli, że są poważnie traktowani.
Łukasz Hamadyk, radny PiS: Cieszę się, bo mieszkańcy Nowego Portu poczuli, że są poważnie traktowani.
Jerzy Pinkas

Przy „czerwonym telefonie”

Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska, obiecał to spotkanie mieszkańcom Nowego Portu w czerwcu br. Zgłaszali skargi, monitowali. Prezydent złożył do prokuratury doniesienie przeciwko Port Service, ale śledczy stwierdzili, że uprzykrzanie ludziom życia smrodem to nie jest żadne przestępstwo. W Polsce prawo nie określa norm, jeśli chodzi o wydzielanie odoru.

Sytuacja nie jest łatwa, ponieważ umowę na funkcjonowanie spalarni odpadów niebezpiecznych podpisały poprzednie władze – i to od razu na trzydzieści lat. Jej zerwanie byłoby potężnym obciążeniem finansowym dla całego miasta.

– Nie jest na szczęście tak, że nic się nie da w naszej sytuacji zrobić – wyjaśniał zebranym prezydent Adamowicz. – Spotkałem się z niemieckim właścicielem Port Service i powiedziałem mu jasno: nie ma mowy, żeby po upływie 30 lat gdański samorząd przedłużył z wami umowę. W 2024 roku będzie definitywny koniec waszej działalności. Miasto proponuje wam pomoc w znalezieniu nowej, nieuciążliwej dla mieszkańców lokalizacji, pod warunkiem że wybudujecie nową, opartą na najnowszej technologii, spalarnię plazmową. Proponuję, żebyście dobrze to przemyśleli. Macie obecnie 6 mln zł kar naliczonych przez służby ochrony środowiska, naliczane są kolejne – jeśli marszałek województwa przystąpi do egzekucji tych należności, waszej firmie zagrozi bankructwo. Mam poczucie, że moi rozmówcy traktują te perspektywy poważnie.

Prezydent zachęcił mieszkańców, by wybrali w swoim gronie dwie–trzy osoby, które będą utrzymywać kontakt z wojewódzkimi służbami ochrony środowiska. Najlepiej, żeby odbywało się to na zasadzie „czerwonego telefonu”.

– Któryś z inspektorów zawsze powinien mieć dyżur po zwykłych godzinach pracy – przekonuje Adamowicz. – Załóżmy, że jest sygnał od któregoś z tych dwóch–trzech mieszkańców Nowego Portu w sobotę o godzinie 23. Taki inspektor niezwłocznie rusza w teren, nawet jeśli jest „u cioci na imieninach", i sprawdza, co się dzieje.

Spotkanie trwało dwie godziny. Na koniec sala nagrodziła prezydenta Adamowicza oklaskami.

Dziennikarz portalu Gdańsk.pl zapytał Piotra Połoczańskiego, czy się zgłosi do współpracy w ramach „czerwonego telefonu”.

– Już się zgłosiłem – odpowiedział Połoczański.

Obecny na spotkaniu miejski radny PiS, Łukasz Hamadyk: – To była bardzo dobra dyskusja i padły ważne słowa. Cieszę się, bo mieszkańcy Nowego Portu poczuli, że są poważnie traktowani.

Roman Daszczyński (0)
www.gdansk.pl
roman.daszczynski@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Roman Daszczyński (0)
www.gdansk.pl
roman.daszczynski@gdansk.pl
więcej tekstów autora