Mieszkanka Wrzeszcza: prawie mnie okradli, udając córkę

Rozmowa z Ludwiką Sikorską, emerytowaną nauczycielką, którą w grudniu już dwa razy wzięli na celownik oszuści. Za każdym razem dzwoniła kobieta, która próbowała się podszyć za kogoś bliskiego. Dlaczego Ludwika Sikorska nie dała się oszukać? Co robić, by nie paść ofiarą takich oszustów?

Mieszkanka Wrzeszcza: prawie mnie okradli, udając córkę
A
A
data publikacji: 18 grudnia 2015 r.

Ludwika Sikorska w czasie posiedzenia Rady ds. Seniorów przy Prezydencie Miasta Gdańska. Środa, 16 grudnia 2015 r.
Ludwika Sikorska w czasie posiedzenia Rady ds. Seniorów przy Prezydencie Miasta Gdańska. Środa, 16 grudnia 2015 r.
Jerzy Pinkas

Roman Daszczyński: Jest Pani członkiem Rady ds. Seniorów przy Prezydencie Miasta Gdańska. Słyszałem jak ostatnio - na posiedzeniu rady - mówiła Pani, że o mały włos nie padła ofiarą oszustów, którzy podszywali się za Pani córkę.

Ludwika Sikorska: - To było dwa razy w ciągu kilku dni, przy czy ten drugi przypadek był tak sugestywny, że uwierzyłam i nie od razu oprzytomniałam. Najpierw 11 grudnia, to był piątek, mniej więcej o godz. 14.20. Dzwoni telefon w domu, ale nie komórka tylko stacjonarny. Głos kobiety w średnim wieku. Dosłownie brzmiało to tak: „Co u Ciebie? Bo ja mam katar i grypę i u mnie jest sajgon. Przegapiłam ważną sprawę i muszę zapłacić duże pieniądze”. Ja na to: „Ale ile?”. Odpowiedź tej kobiety: „Ile możesz. Mówię cicho, bo nie chcę żeby on się dowiedział o moich kłopotach”. Niby, że mąż. Ja mówię na to: „Przecież wiesz, że nie mam dużych pieniędzy”. Znowu odpowiedź: „Ile możesz. Do poniedziałku”.

Jak Pani się zorientowała, że coś jest nie tak?

- Czerwona żarówka zapaliła mi się właśnie po tym „Ile możesz. Do poniedziałku”. Córka, którą skojarzyłam z sytuacją, mieszka za granicą. Był piątek, przed godziną 15-ą, przelew bankowy doszedłby najwcześniej w poniedziałek. Po co by miała pożyczać do poniedziałku. Nonsens. Zaczęłam odpowiadać „No i...”. Po kilku takich zniecierpliwionych „No i...” ta osoba rozłączyła się.

Szczęśliwie domyśliła się Pani, że to musi być oszustka.

- Tak, ale muszę powiedzieć, że nie wiem, czy byłoby to tak szybko i łatwo, gdyby nie moja aktywność społeczna. Mam 64 lata, przez całe życie zawodowe byłam nauczycielką. Przejście na emeryturę nie odebrało mi potrzeby działania, aktywności. Działam nie tylko w Radzie ds. Seniorów, ale też w Zespole ds. Gdańskiego Programu Bezpieczeństwa Ekonomicznego i Wsparcia Osób Zadłużonych. Nasłuchałam się, jak ludzie wpadają w sidła oszustów. Dlatego szybko zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Wyobrażam sobie, że ktoś starszy, kto niewiele wie o pomysłowości oszustów, wpadłby jak śliwka w kompot.

O tym można dowiedzieć się z mediów. Słynna „metoda na wnuczka”. Panią najwyraźniej chcieli wziąć metodą „na córkę”.

- Sama się zastanawiam, jak chcieli mnie oszukać. Ja rzeczywiście mam trzy córki, dwie mieszkają za granicą, jedna w kraju. Czy wiedzieli o moich córkach? Myślę, że niekoniecznie. To ja sobie dokleiłam w głowie, że rozmawiam z którąś z córek. Równie dobrze mogłam pomyśleć, że dzwoni do mnie przyjaciółka. Bardzo charakterystyczne było to, że ta oszustka mówiła bezosobowo, żadnego „mamo” czy „ciociu”. Bardzo sprytna metoda, bo jak rozmawiasz z osobą w potrzebie, głupio jest zapytać „Ale z kim rozmawiam”. Starasz się nie urazić rozmówcy czy rozmówczyni, bo jak to: przyznać się, że nie poznaję głosu bliskiej osoby?

Upewniła się Pani, że to nie córka dzwoniła?

- Tak, zaraz się z nią skontaktowałam przez Internet: „Dzwoniłaś do mnie przed chwilą. Wszystko w porządku?”. Odpowiedź: „Ja dzwoniłam?! Nie wiem o czym mówisz”.

Ten drugi przypadek kiedy miał miejsce?

- 15-ego grudnia, też po godzinie czternastej. Było to dużo bardziej sugestywne. Przez pierwsze sekundy byłam święcie przekonana, że rozmawiam z moim dzieckiem, oprzytomniałam dopiero po pół minuty. Mocno zagrali na emocjach... Głos w takim szoku, szlochu, płaczu. „Pomóż, musisz mi pomóc w tej chwili, miałam wypadek, czołówka. W samochodzie było starsze małżeństwo, ta kobieta chyba nie żyje. Grozi mi 8 lat. Co teraz będzie? Musisz mi pomóc”. Zastanawiałam się która z córek. Przez pół minuty mózg mi pracował, ile pieniędzy mogę zebrać na już. To było tak wiarygodne, że byłam gotowa pół domu dać, żeby dziecko ratować. Szczęśliwie zaczęłam analizować i oświeciło mnie: kobieta nie żyje, jak można się z tego pieniędzmi wywinąć? Nie, to nie mogła być żadna z moich córek. Żadna z nich nie próbowałaby się zachować w tak podły sposób.

Jak Pani zakończyła tę rozmowę?

- Gdy po raz kolejny ten płaczliwy głos powiedział: „O boże, o boże, co teraz ze mną będzie”, odparłam: „No trudno, trzeba będzie pójść do więzienia". Odpowiedzią od razu było zerwanie połączenia.

Zastanawiam się skąd mieli Pani numer telefonu.

- A to akurat bardzo proste, wzięli z jakiejś starej książki telefonicznej. Ja ten numer mam od ćwierć wieku.

Sądzi Pani, że gdańszczanie mogliby się jakoś zorganizować przeciwko oszustom żerującym na oddaniu seniorów i gotowości niesienia pomocy osobom bliskim? Myślę na przykład o szkoleniach.

- Coś takiego organizowałam kilka lat temu, jako pełnomocnik rektora Uniwersytetu Gdańskiego ds. Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Mieliśmy spotkania z fachowcami, którzy nam tłumaczyli co i jak. Wszystko odbywało się na zasadzie prelekcji. Wtedy plagą były oszustwa konsumenckie: zgłaszał się jakiś rzekomy przedstawiciel handlowy, który namawiał do zmiany umowy na dostawy prądu czy operatora telefonu. Ludzie, głównie emeryci, tracili naprawdę spore pieniądze. Odporności na takie sztuczki uczyła nas Alina Rocka, ówczesna Miejska Rzeczniczka Praw Konsumentów. Były też spotkania z podinspektorem Zbigniewem Jagielskim z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Żeby opowiedzieć nam o fałszywych banknotach przyjechał specjalnie fachowiec z Olsztyna. Były też spotkania w NBP, organizowane przez panią Bożenę Wis.

Ile osób wysłuchało tych prelekcji?

- Kilkaset.

Mało, jak na dziesiątki tysięcy gdańskich seniorów.

- To prawda, dlatego w ramach Rady ds. Seniorów przy Prezydencie Miasta Gdańska chcemy teraz stworzyć mechanizm, który umożliwi dotarcie do dużo większej grupy. Tylko część emerytów korzysta z Internetu, więc przyda się specjalna ulotka. Spodziewamy się, że dobre owoce powinna przynieść współpraca z Kościołem. Proboszczowie mogą pomóc w docieraniu z taką ulotką do parafian. Sami też mogą ostrzec z ambony, w ramach ogłoszeń parafialnych. Nasza gdańska społeczność nie musi być bezbronna.

Jakie są Pani rady dla czytelników i czytelniczek tego wywiadu?

- Żeby się nie szczypać, nie bawić w delikatność z takim niespodziewanym rozmówcą. Zapytać kto dzwoni. Bo człowiek jest taki głupi, chce być taki delikatny, że nie pyta. Myśli, że to w trakcie rozmowy wyjdzie. Dopytywać o szczegóły, wyrzucić z głowy, że tak nie wypada. Nawet skłamać: a kto mówi, bo nie dosłyszałam, przerywa mi. A młodzi, którzy czytają ten wywiad, niech go wydrukują i zaniosą swoim rodzicom, babciom czy dziadkom.

Co by Pani zrobiła, gdyby w słuchawce odezwał się męski głos?

- Ktoś inny może też mógłby mieć problem, ale ja - nie. Tak się akurat składa, że wśród moich najbliższych nie ma żadnego mężczyzny. Co najwyżej mogłabym zapytać takiego pana, czy chce mi złożyć propozycję kolacji ze śniadaniem, hahahahaha!

A co by było, gdyby złożył taką propozycję?

- Ups! To chyba miałabym problem i musiałabym kombinować, jak się z tego wymigać.

Roman Daszczyński (0)
www.gdansk.pl
roman.daszczynski@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Roman Daszczyński (0)
www.gdansk.pl
roman.daszczynski@gdansk.pl
więcej tekstów autora