PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE
Jestem emerytką, której udało się przebić
Jestem emerytką, której udało się przebić
W piątek, 28 sierpnia, na targu Węglowym w Gdańsku odbył się V Dzień Niepokonanych – Dzień Niszczenia Złych Wspomnień. To impreza dedykowana seniorom i osobom niepełnosprawnym. Obie grupy miały swoich przedstawicieli – najstarszą w Polsce, a może i na świecie didżejkę Wikę oraz Monikę Kuszyńską, poruszającą się na wózku byłą wokalistkę Varius Manx. Z didżejką Wiką rozmawiamy o muzyce, czasie, młodych i starych oraz urodzie Gdańska i ziemi pomorskiej.

Didżej Wika – niepokonana Wirginia Szmyt.
Didżej Wika – niepokonana Wirginia Szmyt.
Łukasz Ogrodziński

Didżej Wika w Gdańsku. Przyjechała Pani na Dzień Niepokonanych.

– Niepokonani to coś dla mnie, bo sama należę do tego towarzystwa. Uważam, że większość seniorów, ludzi starszych, można zaliczyć do tej grupy. Zaczyna być głośno o seniorach, a więc niepokonani są już na topie.

Pani też jest cały czas na topie.

– Jakoś muszę się do tego przyzwyczaić... Ale jednocześnie ciągnę za sobą to nasze pokolenie, staram się, żeby też było na topie. To jest piękne, że mamy w naszym życiu piękną młodość, cudownych młodych mężczyzn, cudowne dziewczyny, piękne, młode pokolenie, ale również piękne dojrzałe pokolenie.

Jak to się stało, że piękna dojrzała kobieta rozpoczęła karierę didżejki?

– To wyszło jakoś naturalnie. Ani takiej kariery nie planowałam, ani nie marzyłam, żeby coś takiego robić. Powiem tak: czasami warto robić coś dla innych, chociażby dlatego, że wcześniej czy później zostanie to zauważone. Gram już bardzo długo, prawie 18 lat, a od pięciu lat gram na zabawach pokoleniowych i to zostało zauważone, początkowo ku memu przerażeniu. Ale zaczęłam się z tym oswajać i dziś uważam, że to piękna robota na rzecz innych. Jestem tu dzisiaj, w tym cudownym Gdańsku, jednym z najpiękniejszych miast polskich, na imprezie z wielkim cudownym przesłaniem dobroci, miłości, akceptacji, a jednocześnie wiary, że można. Można żyć, będąc niepełnosprawnym, niewidomym, mając cały szereg uchybień natury fizycznej, ale jeżeli się ma bardzo silną wolę, to można pokonać wiele rzeczy.

Na co dzień pokonuje Pani swoich konkurentów muzycznych. Jest Pani dla nich konkurencją? Dla innych didżejów?

– Nie jestem żadną konkurencją. Bardzo szanuję i kocham didżejów i muzyków, a młodzi muzycy są dla mnie nauczycielami, wzorcem. Dzięki nim poznaję różne rodzaje muzyki, to oni przecierają szlaki muzyczne w różnych rytmach. Ja mogę się od nich tylko uczyć. Czy mogę nazywać siebie didżejem? Didżej to jest dla mnie słowo niosące wiele znaczeń. Didżej to człowiek, który potrafi nie tylko rozbawić publiczność, porwać tysiące, ale też komponuje muzykę, wydaje płyty – to jest prawdziwy didżej. Oprócz tego są jeszcze prezenterzy muzyki, którzy też dają dużo radości innym. Ja jestem właśnie w tym szeregu, ale na pewno gdzieś tam na szarym końcu.

Skąd określenie didżej Wika?

– Nazywam się Wirginia. Wirginia Szmyt. A to jest skrót – Wika.

Jak Pani odbiera dzisiejsze młodsze i starsze pokolenie, środowisko, w którym się Pani obraca?

– Obserwuję Facebooka i się cieszę, że inni odbierają mnie tak, jak ja ich odbieram, to znaczy z pełną empatią. Może nie z podziwem, ale z serdecznością. Na pewno odbiegam od wzorca tradycyjnej babci, tradycyjnego seniora, ale dzięki temu jestem dowodem, że nie można wszystkich starszych ludzi wkładać do jednego worka. Wśród nas są właśnie tacy jak ja, kolorowe ptaki, które rozwiewają stereotyp, że człowiek stary musi być gderliwy, narzekający. Ze mną jest odwrotnie – cieszę się ze wszystkiego, nawet z tego, że dzisiaj pada deszcz, bo nie będę musiała grać... Cieszę się po prostu z tego, że żyję. Szukam radości i pozytywów w życiu, nie szukam negatywnej strony. Nie muszę się wszystkim podobać, nie wszyscy muszą mnie kochać, bo także dla mnie nie wszystko jest piękne. Ale to nie znaczy, że mogę kogoś lekceważyć. Mogę z nim nie rozmawiać, jeżeli widzę, że mnie nie akceptuje, ale cieszę się, że w ogóle jest, bo jednak zaludnia tę naszą planetę.

Zaciekawił mnie ten Facebook. Ślęczy Pani w internecie?

– Czasami się nawet boję, że się uzależniam! To taka, powiedziałabym, machina, która powoduje, że człowiek nie kontroluje czasu. Ten czas na Facebooku jakoś bardzo szybko nam mija. Wciągają nas obrazy, korespondencja, różne ciekawostki... To jest po prostu złodziej czasu, ale bardzo potrzebny.

No właśnie, potrzebny. Inni seniorzy, z którymi się Pani spotyka, też korzystają z nowinek technicznych, tak jak Pani?

– Korzystają. Staje się to coraz bardziej popularne, dlatego że osoby samotne, dzięki temu, że mogą wejść w internet, już nie są samotne, bo wychodzą do świata. Mam bardzo dużo znajomych, z którymi rozmawiam jak nie na Skypie, to na czacie. Piszemy o różnych sprawach, na temat i wydarzeń politycznych, i innych wydarzeń w kraju, ale też o bardzo osobistych sprawach, i to jest cudowne. Człowiek, który ma możliwość poznania internetu, nie jest sam. Ma swój świat, który go czegoś uczy, daje mu przyjemność. Słucha muzyki, ogląda, wędruje, podróżuje – to jest cudowna rzecz.

Tak patrzę na panią... Nie chcę zaglądać w kalendarz, no ale jest już ponad 70, prawda?

– Mam lat 76 i pół. 77 skończę w grudniu.

Skąd Pani czerpie tyle siły, energii, żeby być właściwie wiecznie młodą? Jest Pani żywiołowa, na podeście nie tylko stoi Pani przy konsolecie, ale tańczy...

– Kiedy gram, to nie zwracam uwagi, że może wyglądam śmiesznie. Po prostu nie umiem grać, siedząc. Kiedy gram, to ta muzyka jest we mnie. Te rytmy mnie po prostu napędzają. Wtedy ja jestem muzyką. Z konsoletą jestem za pan brat, to jak małżeństwo. Zawsze zresztą byłam energiczna. Nie znoszę takich posuwistych, żółwiowych ludzi. Zawsze bym ich popchnęła do przodu. To się chyba wiąże z temperamentem, spojrzeniem na życie. Taka już jestem, taka się zakodowałam.

Pewnie są jakieś rankingi najlepszych didżejów na świecie. A są – przepraszam, że znowu przywołam wiek – rankingi najstarszych didżejów na świecie?

– A tego to nie wiem. Jestem uznawana za najstarszą. Gram z kolegą, który skończy 67 lat, i stanowimy taki duet najstarszych chyba didżejów w Polsce. To bardzo przyjemne. Uważam, że starość nie może wzbudzać litości. Jeżeli zarażam ludzi ekspresją, życiem, radością, energią – jest to w porządku. Gdyby to miało być pokazywanie swojej słabości, niemocy, choroby, pokazywanie, że jestem taka biedna, nieszczęśliwa – wtedy trzeba by się było schować w domu, pisać wiersze, czytać książki i w ogóle zająć się czymś innym. Ale skoro to, co robię, daje mi jeszcze dużo radości, napędza mnie i ładuje we mnie siłę, skoro ludzie tańczą, skoro przychodzą, skoro nie odczuwają jakiegoś dyskomfortu, to mogę to robić dalej. Kiedy będę wiedziała, że powinnam już zejść ze sceny, to przestanę grać.

Powiedziała Pani, że konsoletę traktuje jak małżeństwo. Ile czasu spędza Pani z konsoletą? Dzień, dwa dni w tygodniu?

– Bardzo dużo gram. Wracam nieraz o piątej rano, o czwartej, szóstej rano, o ósmej rano... Zależy, gdzie gram.

Czyli z imprezy na imprezę?

– Z imprezy na imprezę. Teraz na przykład jadę do domu. Sobotę mam wolną, ale w niedzielę gram w Warszawie na placu przed teatrem Komedia. Będę tam z Michałem Foggiem, młodym didżejem, na zabawie dla warszawiaków. A potem wsiadam w samochód i pierwszego września jadę do Łopuszna, gram tam dla seniorów.

Ma Pani swój fanklub i swoich fanów. Jest pani gwiazdą?

– Nie, proszę pana. Ja bardzo twardo chodzę po ziemi. Gwiazdy to są ci, którzy faktycznie tylko świecą. Jestem po prostu jedną z emerytek z tego pokolenia, któremu udało się przebić. A przebijałam się bardzo świadomie, żeby pokazać, że emeryci nie leżą zasypani pod dywanem. Emeryt może jeszcze uczestniczyć w życiu publicznym i być. Dziękuję wszystkim dziennikarzom młodego pokolenia, którzy przeprowadzali ze mną wywiady, którzy podkreślali, że o emerytach się zapomniało, którzy pokazywali, że są emeryci tacy jak ja. Proszę zobaczyć, jaki się zrobił ruch wokół emerytów. Zwrócono na nas uwagę. W zeszłym roku, dzięki temu, że poznałam Fundację Zaczyn, mogłam zrealizować swoje marzenie. A marzyłam o paradzie seniorów. No i odbyła się Pierwsza Ogólnopolska Parada Seniorów w Warszawie. Fundacja wzięła na siebie całą logistykę. Przyjechało siedem tysięcy seniorów z całej Polski! W tym roku była druga parada. To o czymś mówi, prawda? Powstała polityka senioralna, powstał projekt Senior-WIGOR, seniorzy stali się zauważalni. Jest nas w końcu prawie 10 milionów, to ogrom ludzi! Medycyna co prawda poszła do przodu, żyjemy dłużej, ale to nie znaczy, że żyjemy lepiej.

Szanowna didżejko, jesteśmy w Gdańsku. Pierwszy raz w tym mieście?

– Nie. W Gdańsku już parę razy grałam, między innymi w takim pięknym hotelu nad samym morzem, na zaproszenie seniorów, nie pamiętam, jak się nazywał. Poza tym, z 70... nie, chyba 65 lat temu leżałam w szpitalu we Wrzeszczu. Na oddziale cudownego profesora Kieturakisa. Nazwisko chyba znane w Gdańsku.

A jakieś sympatyczne wspomnienie z naszego miasta?

– Gdańsk to jedno z najpiękniejszych miast Polski, leżące nad morzem, mające ciekawą historię, ciekawą architekturę. Nocowałam w Oliwie nad samym morzem, nocą poszłam sobie na plażę. Przecież morze w mieście to jest cudo! Mówią, że Gdańsk to stolica Kaszub, prawda? A przynajmniej ma nią być. Znam Kaszuby. Jeżdżę tutaj od 15 lat, bo organizuję wycieczki dla seniorów. Powoli poznaję tę trudną historię kaszubską po II wojnie światowej, ale poznaję też piękne miejsca nadmorskie, takie jak Karwia, Jastrzębia Góra, Jastarnia, Hel. Kilka razy byliśmy z seniorami w Oliwie na pięknych koncertach organowych w katedrze.

Jak tak Pani słucham, to wydaje mi się, że była Pani wszędzie i może mi Pani opowiedzieć jakąś historię o każdym miejscu.

– Jestem tymi miejscami zafascynowana. Wcześniej nie znałam punktu widzenia Kaszubów i ich przeżyć w czasie wojny i po wojnie. Żeby się więcej dowiedzieć, warto pojechać do Szymbarku, gdzie jeździłam z seniorami. I do innych ciekawych miejsc. Nie do muzeów, ale do tych miejsc, które są związane z przeszłością nas wszystkich, z naszą wspólną historią. A jednocześnie chodzi mi o pokazanie seniorom cudownego położenia geograficznego Gdańska, Trójmiasta, na tych pięknych wzgórzach morenowych. Przecież to jest cudo! Zresztą, w ogóle jak tak jeżdżę teraz po naszym kraju, to jestem zachwycona. Wszędzie jest tak pięknie! Mam tylko jedno zastrzeżenie: te niedomyte krowy na łąkach! To jest okropne. Przecież mógłby już ten gospodarz, który ma taką piękną willę, taki piękny dom, umyć tę swoją krowę!

Czego życzyć najstarszej didżejce w Polsce, albo i na świecie?

– Przede wszystkim radości z życia. Każdemu człowiekowi trzeba tego życzyć. Trzeba cenić to, co się ma. Jeśli człowieka cieszy promyk słońca, zielone drzewo, to znaczy, że potrafi żyć. Ale jeżeli patrzy na to inaczej, przez swoje roszczenia, niespełnienie oczekiwań, zawiść, złość, to nigdy nie zobaczy radości w życiu. Najważniejsze jest zdrowie, powinniśmy je cenić. I szacunek do drugiego człowieka. Ludziom pełnym empatii jest łatwiej żyć. Z muzyką w uszach, z miłością do ludzi, do zwierząt, do przyrody, do świata łatwiej żyć...



Piotr Mirowiczwww.gdansk.plpiotr.mirowicz@gdansk.pl
Piotr Mirowicz - najnowsze
Piotr Mirowiczwww.gdansk.plpiotr.mirowicz@gdansk.pl
Piotr Mirowicz - najnowsze