PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Śląsk – Lechia 1:1. Nogi z galarety

Po raz kolejny piłkarzom Lechii zadrżały łydki w ostatnich minutach meczu ligowego. Prowadzili 1:0 we Wrocławiu ze Śląskiem do 88. minuty, ale bramkarz Bartosz Kaniecki puścił między nogami łatwy do obrony strzał głową Piotra Ćwielonga. W ośmiu spotkaniach rundy wiosennej biało-zieloni zdobyli 7 punktów. Mniej mają tylko Pogoń Szczecin – 2, Polonia Warszawa - 5 i Górnik Zabrze – 6.

A
A

Po raz kolejny piłkarzom Lechii zadrżały łydki w ostatnich minutach meczu ligowego. Prowadzili 1:0 we Wrocławiu ze Śląskiem do 88. minuty, ale bramkarz Bartosz Kaniecki puścił między nogami łatwy do obrony strzał głową Piotra Ćwielonga. W ośmiu spotkaniach rundy wiosennej biało-zieloni zdobyli 7 punktów. Mniej mają tylko Pogoń Szczecin – 2, Polonia Warszawa - 5 i Górnik Zabrze – 6.

Na trybunach stadionu odbywał się festiwal przyjaźni wrocławsko – gdańskiej. Na boisku też długo trwała towarzyska zabawa w futbol, którą przyszło oglądać prawie 18 tysięcy kibiców. Śląsk ani przez chwilę nie zamierzał robić krzywdy Lechii. Pod drugą bramką częściej dochodziło do spięć. Większość z nich kończyła się nieporadnymi zagraniami napastnika Adama Dudy. Ten zawodnik, który za tydzień skończy 22 lata, ma wyjątkowy dar ustawiania się tam, gdzie za chwilę znajdzie się piłka. Ma też jednak wyjątkową łatwość strzelania obok bramki oraz w nogi obrońców lub niecelnego podawania piłki do kolegów. Z Dudy pożytku na razie wielkiego nie ma, ale z pustego i Salomon nie naleje, skoro w klubie nie ma innych napastników spełniających minimum umiejętności wymaganych w meczach Ekstraklasy.

W drugiej połowie coś drgnęło, za sprawą Marijana Kelemena. Bramkarz Śląska tak długo ociągał się z wybiciem piłki ze swojego pola karnego, aż znalazł się przed nim Piotr Wiśniewski. Piłka trafiła w wykonującego wślizg Wiśniewskiego, dostał ją Paweł Buzała i podał z powrotem do Wiśniewskiego, który zdążył wstać. Sytuacja sam na sam z Kelemenem i 1:0 dla Lechii.

Śląsk zaczął na poważnie myśleć o remisie od 75. minuty, gdy wreszcie wszedł na boisko pierwszy napastnik, Łukasz Gikiewicz. Lechia rzadko opuszczała swoją połowę, czas płynął, a im bliżej końca, tym nogi gdańskich piłkarzy coraz bardziej przypominały galarety, a serca kibiców biły coraz szybciej. W 88. minucie Sebastian Mila po raz kolejny wykonywał rzut wolny, mocne podanie trafiło na głowę Ćwielonga, a Kaniecki nie zdążył złączyć nóg.

Dobrym humorem trysnął na konferencji trener Bogusław Kaczmarek, gdy powiedział: „Zremisowaliśmy wygrany mecz. Mieliśmy wszystko pod kontrolą, nasza organizacja gry była wzorowa, była dyscyplina i odpowiedzialność, udało nam się odciąć rywali od piłki. Skrzydłowi Śląska nie byli w stanie wiele zrobić, byliśmy zespołem lepszym i powinniśmy wygrać dwiema lub trzema bramki.”

Wszyscy kibice biało-zielonych woleliby, żeby wszystko było pod kontrolą, wzorowe, zdyscyplinowane i odpowiedzialne, lepsze i zwycięskie. Trener Kaczmarek nie jest jednak kibicem, lecz człowiekiem, którzy musi patrzeć na boisko chłodnym okiem. Po raz kolejny to, co mówi, nie zgadza się z tym, co pokazali jego piłkarze. Rzeczywistość skrzeczy, Lechia oddaje punkty, a kibicom tętno rośnie do 200, gdy zbliża się koniec meczu.

Śląsk Wrocław - Lechia Gdańsk 1:1 (0:0)

Bramki: P. Ćwielong (88) – P. Wiśniewski (53). Żółte kartki: M. Kowalczyk, T. Socha (Śląsk). Sędziował P. Pskit (Łódź). Widzów: 17 832.

Śląsk: Kelemen - Socha, Kowalczyk, Kokoszka, Pawelec - Sobota, Kaźmierczak, Mila, Stevanović (46, Elsner), Patejuk (75, Gikiewicz) - Moulongui (57, Ćwielong).

Lechia: Kaniecki - Deleu, Janicki, Bieniuk, Brożek – Ricardinho, Bąk, Pietrowski, Wiśniewski, Buzała – Duda.

Krzysztof Guzowski