W polityce ważna jest etyka i moralność

Z Bogdanem Borusewiczem, działaczem opozycji demokratycznej w PRL, marszałkiem Senatu RP (2005-2015), wicemarszałkiem w kadencji 2015-2019 rozmawia Maria Mrozińska.

A
A
Bogdan Borusewicz na konferencji prasowa po nadzwyczajnym posiedzeniu Rady ECS; 2 lutego 2019
Bogdan Borusewicz na konferencji prasowej po nadzwyczajnym posiedzeniu Rady ECS; 2 lutego 2019
Fot. Grzegorz Mehring / www.gdansk.pl

Maria Mrozińska: – Przeciwko opresji komunistycznego systemu  buntowałeś się od wczesnej młodości. Już jako licealista wystąpiłeś zdecydowanie, do tego samotnie, bez jakiegokolwiek wsparcia, przeciw pacyfikacji studenckich protestów w 1968 roku. Skąd ta determinacja, przecież wiadomo było, czym to może grozić?

Bogdan Borusewicz: – Naiwnie wierzyłem, że mi się uda, chociaż  wiedziałem, że system oparty był na kłamstwie i przemocy. Wysłano za mną list gończy, w którym zostałem określony jako groźny przestępca. Gdyby znalazło się tam sformułowanie, że jestem poszukiwany za akcję ulotkową, ludzie byliby skłonni mi pomagać, ale groźnemu przestępcy oczywiście nie. Okazało się, że można dziewiętnastolatka skazać na trzy lata więzienia za 110 ulotek. W więzieniu spotkałem zresztą  młodszych ode mnie politycznych więźniów z grupy Jakuba Szadaja. Leszek Wróblewski, Jerzy Wolszczak – to byli siedemnastolatkowie.

– Dlaczego zdecydowałeś się podjąć tę akcję ulotkową?

– Interesowałem się najnowszą historią Polski. Dużo czytałem o powstaniu warszawskim, II wojnie światowej, Armii Krajowej, powojennym podziemiu, o okupacji i oporze na Wileńszczyźnie, skąd pochodzi moja rodzina.  W rodzinnych przekazach znalazła się opowieść zarówno o okupacji niemieckiej jak i rosyjskiej, wcale nie mniej represyjnej. W szkole, oczywiście, o tym nie mówiono, ale cały czas przewijała się sprawa zbrodni katyńskiej. Liceum Plastyczne w Gdyni, do którego uczęszczałem, było bardzo rozdyskutowaną szkołą. Na lekcjach języka polskiego zdarzało się dyskutować przez całe dwie lekcyjne godziny. Udawało mi się często inicjować te dyskusje. Tak było na przykład w 1965 roku z dyskusją nad listem biskupów polskich do niemieckich. Byłem już wtedy świadomy zasad peerelowskiej polityki. To była bardzo ciekawa i ostra dyskusja. Pozwoliła na nią polonistka, Maria Morawska. Niestety, na czterdzieści osób w klasie tylko ja i jeszcze jeden kolega popieraliśmy inicjatywę biskupów, która podważała ówczesną antyniemiecką narrację polskich władz partyjnych. Rok później wraz z kolegą Pawłem Kondrakiewiczem urwaliśmy się z jakiejś imprezy organizowanej dla młodzieży, by odciągnąć ją od uczestnictwa w kościelnych obchodach tysiąclecia chrztu Polski, na które przybyli do Gdańska kardynał Wyszyński i arcybiskup Wojtyła. Pojechaliśmy do katedry w Oliwie. Chcieliśmy wykorzystać liczne religijne zgromadzenie. W pewnym momencie zaczęliśmy głośno krzyczeć: „Precz z Gomułką!”. Po trzecim okrzyku zrobiło się wokół nas pusto. Nieukontentowani tym brakiem odzewu przyłożyliśmy się jeszcze do zniszczenia propagandowych tablic z hasłami antykościelnymi i antyniemieckimi, wykorzystujących wizerunek biskupa Karola Marii Spletta, umieszczonych przy oliwskiej pętli tramwajowej. Zresztą całe Trójmiasto było nimi obwieszone. W te na oliwskiej pętli solidnie przyłożyliśmy kamieniami. Tym razem przyłączyło się do nas sporo chętnych. Okazało się później, że w Gdańsku doszło do poważniejszych zajść, także związanych z niszczeniem tych prowokacyjnych tablic. Interweniowała milicja, w nowo otwartym przejściu podziemnym do dworca PKP zatrzymano ponad dwadzieścia osób.

– Jednym słowem, przed 1968 miałeś już doświadczenie młodzieńczego czynnego oporu.

– Nawet sporo wcześniej, ale to była dziecinada. Gdzieś z tyłu głowy funkcjonujące wzorce partyzanckiej walki podziemnej skłoniły mnie i Pawła do budowy bunkra w lasach sopockich. Mieliśmy wtedy po piętnaście lat. To była ciężka praca. Zajmowaliśmy się tym głownie w nocy i wczesnym rankiem. Któregoś dnia ogromnie wystraszyliśmy jakiegoś grzybiarza, bo dla ochrony przed sypiącą się na głowy ziemią używaliśmy znalezionych poniemieckich hełmów. Bardzo się przeraził, kiedy z bunkra wyłoniła się głowa w tym niemieckim hełmie.

Założyłem też organizację oporu, należały do niej cztery osoby. Skupiliśmy się właśnie na tej budowie bunkra.

– Skąd czerpałeś tę jeszcze dziecinną chęć walki, później przeradzającą się  w konkretne działania przeciw opresyjnej władzy?

– Przede wszystkim z rodzinnych tradycji. Ojciec był w AK. Na Wileńszczyźnie  sytuacja była skomplikowana. Pod koniec wojny nadal działały polskie zgrupowania akowskie, ale była też partyzantka litewska, rosyjska i, oczywiście, okupacyjne siły niemieckie, które podsycały wzajemną niechęć tego różnorodnego zbrojnego podziemia. Walka była bezwzględna, w partyzantce nie bierze się jeńców. Ojciec został postrzelony przez Litwinów i aresztowany przez policję litewską Saugumo.

W 1944 roku dochodziło do starć partyzanckich oddziałów polskich i litewskich oraz wzajemnego demonstrowania praw do ziemi wileńskiej. Ojciec zachował się bardzo nierozsądnie. Wraz z kolegą udali się na posterunek litewskiej policji we wsi Pawłowo pod Turgielami. Rozbroili dwóch policjantów i zrzucili „kobyłkę” (tak mówili o litewskim godle Pogoń). Odpowiedzią była nocna akcja  policji litewskiej, postrzelenie, aresztowanie i wyrok śmierci. Mamie udało się ojca uratować właśnie dzięki skomplikowanej sytuacji na Litwie. W ciągu dnia rządziły okupacyjne władze niemieckie, nocą partyzanci różnej maści, a przede wszystkim litewska policja. Interwencja u niemieckiego sędziego śledczego  przyniosła uwolnienie ojca.

Pierwszym powojennym transportem rodzice ruszyli na tzw. ziemie odzyskane. Osiedlili się w Lidzbarku Warmińskim, którego powojenna ludność w ogromnej większości pochodziła właśnie z Wileńszczyzny. Tam się urodziłem i wzrastałem w środowisku, które nosiło w sobie świadomość narzuconej, nieakceptowanej władzy. Jako dziewięciolatek zamieszkałem w Trójmieście.

– Jak zareagowałeś, jako bardziej dojrzały młodzieniec, na wieść o marcowych protestach studenckich, które zaczęły się w Warszawie i przeniosły także do Gdańska. Zwołany na 15 marca 1968 roku wiec przerodził się w wielotysięczną demonstrację a w konsekwencji w walki uliczne demonstrantów z milicją i ORMO.

– Brałem w nich udział. Byłem w najgorętszym miejscu, na skrzyżowaniu Karola Marksa (dziś Hallera) i alei Zwycięstwa. Tam były najostrzejsze walki. Waliłem brukowcami. Tej przydatnej kostki brukowej było tam pełno z racji robót drogowych. Byłem tam od piętnastej, walki trwały gdzieś do dwudziestej.  Aresztowano wiele osób, mnie udało się uciec. Miałem poczucie, że muszę coś zrobić, żeby niejako odciążyć tych aresztowanych, udowodnić, że to nie oni byli organizatorami demonstracji, nie oni przygotowywali ulotki, a o to ich oskarżano.

W liceum byłem w klasie fotograficznej, udało mi się w szkolnej ciemni zrobić 110  fotograficznych odbitek tekstu, który napisałem. Rozrzucaliśmy je w wagonach kolejki SKM. Było nas trzech: Krzysiek Włodarski, Paweł Kondrakiewicz i ja. Widziałem twarze zdezorientowanych, zaskoczonych ludzi. Trochę pozostałych ulotek rozłożyliśmy w budynku Politechniki.

– Jak wpadłeś?

– Przez mojego ulubionego nauczyciela chemii, Benedykta Szumilewicza. W czasie lekcji podałem mu książkę z włożoną do niej ulotką i powiedziałem: „Proszę zobaczyć, tu jest takie interesujące zadanie”. Spojrzał, uśmiechnął się, oddał książkę.

– I doniósł gdzie trzeba.

– Wtedy go nie podejrzewałem, myślałem, że to jakoś inaczej się wydało. To był mój największy błąd. W stanie wojennym doniósł na mnie po raz kolejny, kiedy zorientował się, że ukrywam się u Marii Morawskiej, mojej szkolnej polonistki. Wtedy już się domyśliłem. Zdołałem w porę uciec.

– Jaki wpływ wywarło na Ciebie więzienie? Byłeś wtedy licealistą, jeszcze przed maturą.

– Ugruntowało moje poglądy, z więzienia wyszedłem jako dojrzały opozycjonista, wiedziałem, że z tym systemem trzeba walczyć, osłabiać go i byłem zdecydowany to robić wszelkimi sposobami. Nauczyciele w moim liceum podeszli do mnie życzliwie. Kiedy siedziałem, otrzymałem promocję do następnej klasy, a po wyjściu zostałem bez problemu przyjęty do szkoły. Jak na standardy PRL było to wydarzenie wyjątkowe.

Wyszedłem w lipcu 1969 na podstawie amnestii. W październiku, już w okresie zajęć szkolnych, okazało się, że za wcześnie mnie wypuścili i zostało jeszcze dwa tygodnie do odsiadki. Nie spowodowało to jednak kłopotów w szkole. Zdałem maturę i postanowiłem studiować historię. Zdecydowałem się podjąć studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, który polecił mi ksiądz Stanisław Bogdanowicz, świadomy, że raczej nie będę miał szans studiować na innej uczelni.

 

Bogdan Borusewicz z Mariuszem Muskatem i Błażejem Wyszkowskim; składanie wieńca w grudniu 1978 roku
Bogdan Borusewicz z Mariuszem Muskatem i Błażejem Wyszkowskim; składanie wieńca w grudniu 1978 roku
Fot. Z archiwum SB


– Zniknąłeś z oczu gdańskiej bezpieki, ale znalazłeś się w nowym środowisku bez zaprzyjaźnionych od lat kolegów, gotowych angażować się w ryzykowne przedsięwzięcia, bez kontaktów…

– …ale od początku studiów zacząłem się rozglądać za możliwością jakiegoś działania. Dość szybko dogadaliśmy się w trójkę z Januszem Krupskim i Piotrem Jeglińskim. Postanowiliśmy rozpowszechniać książki niedostępne w Polsce z racji cenzury. Piotr zdobył gdzieś „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna. Kupił powiększalnik i postanowił skopiować książkę metodą fotograficzną. Nocami pracowaliśmy nad tym i ostatecznie sześćset  sfotografowanych stron zmieściło się w ciężkiej walizce. To nie był dobry pomysł, metoda rozpowszechniania nielegalnej literatury w walizkach raczej nie zapowiadała sukcesu. Z czasem udało się zdobyć książki zatrzymywane przez cenzurę i oddawane do biblioteki Związeku Bojowników o Wolność i Demokrację, organizacji kombatanckiej politycznie i administracyjnie podporządkowanej PZPR.  Piotr po prostu wypożyczył trzy, jako służące do pracy naukowej, a kilkanaście zwyczajnie ukradł. I tak zaczęły krążyć na uczelni.

Potem udało się nawiązać kontakt ze środowiskiem warszawskim. W 1972 roku pisałem pracę seminaryjną poświęconą odrodzeniu ZHP. Od prowadzącego seminarium otrzymałem kontakt do Jacka Kuronia i Aleksandra Kamińskiego. Staraliśmy się też działać legalnie, wykorzystywaliśmy do tego Koło Historyków na wydziale. Podjęliśmy działania przeciwko powołaniu Socjalistycznego Związku Studentów Polskich na KUL-u . Istniejące Zrzeszenie Studentów Polskich, bez przymiotnika socjalistyczne, zorganizowało wiece w sprawie przekształcenia tej organizacji w socjalistyczną. Udało się naszej grupie przejąć te wiece. Mieliśmy trochę kłopotów, ponieważ rektor, ksiądz Mieczysław Krąpiec, popierał powołanie SZSP. SB przekazała rektorowi nazwiska dziewięciu osób z sugestią ich relegowania. Nasza trójka była na tej liście. Nie zostaliśmy jednak relegowani i ostatecznie udało nam się wygrać tę batalię dzięki spotkaniu z kardynałem Wyszyńskim, któremu przedstawiliśmy nasze stanowisko. Episkopat zablokował powołanie socjalistycznego związku na KUL-u. Uznaliśmy to za sukces, ponieważ to właśnie naszej grupie rektor zaproponował stworzenie organizacji, która reprezentowałaby studentów. Udało się powołać samorząd studencki. Przewodniczącym został Janusz Krupski.

Szukaliśmy też kontaktów poza KUL-em poprzez duszpasterstwo akademickie. Tu trafiliśmy na dominikanina ojca Ludwika Wiśniewskiego. To od niego  uzyskałem namiary na gdańską młodzież, Olka Halla i innych z grupy, która potem stworzyła Ruch Młodej Polski. Był to też czas ciekawych spotkań z ludźmi klubu „Więzi”: Władysławem Bartoszewskim, Zdzisławem Szpakowskim. Dla nas było szczególnie ważne, że były to osoby, które miały za sobą doświadczenie konspiracji.

– Sytuacja była zasadniczo odmienna od okupacyjnej. Spora część społeczeństwa identyfikowała się z władzą, a ogromna większość była bierna.

– Szukaliśmy możliwości dojrzałego, nie młodzieńczo-romantycznego, działania w ówczesnej sytuacji. Oczekiwaliśmy rady doświadczonych osób. Bardzo ważne były działania samokształceniowe, z czasem obejmujące coraz szerszy krąg osób. Udało się solidnie rozkręcić akcję rozpowszechniania nielegalnych książek dzięki uruchomieniu kanału przerzutowego z Paryża do Berlina wschodniego, skąd je odbieraliśmy.

Wtedy bezpieka miała już nas na oku. Kiedy jeden z kolegów, Staszek Kruszyński, został aresztowany, zorganizowaliśmy zbiórkę na rzecz jego rodziny. To był już 1975 rok, skończyłem studia, ale jeszcze pracowałem nad  magisterką. Jeździłem miedzy Gdańskiem, Warszawą i Lublinem. Utrzymywałem kontakty z Jackiem Kuroniem, który  bardziej się zainteresował współpracą ze mną, kiedy dowiedział się, że mam za sobą doświadczenie politycznego więźnia.

Tak trafiłem do opozycji. Zaangażowałem się w zbieranie podpisów pod protestem przeciwko wprowadzeniu zmian w konstytucji PRL zapewniających  przewodnią rolę PZPR i  nierozerwalną przyjaźń polsko-radziecką. Ten protest skonsolidował inteligenckie środowisko opozycyjne. W Gdańsku udało się zebrać około trzystu podpisów, w Lublinie trochę mniej. Mieliśmy już doświadczenie w zbiórce pieniędzy na rzecz aresztowanych. Kiedy dotarły informacje o poważnych represjach, które dotknęły uczestników robotniczego protestu w Radomiu i Ursusie, było już łatwiej ze zbiórką. Udało się zebrać sporą sumę. Mieliśmy pieniądze, ale nie wiedzieliśmy, komu je przekazać. Było to w lipcu 1976, jeszcze przed powstaniem Komitetu Obrony Robotników, bo KOR został powołany we wrześniu 1976. Dwukrotnie jechałem „na pałę” do  Radomia z pieniędzmi, godzinami krążyłem po ulicach, szukałem kontaktów.

– Udało się? Ludzie byli zastraszeni, nieufni, a tu jakiś nieznajomy młody człowiek dopytuje się o represjonowanych.

– Złapałem kilka kontaktów, ale takich, które nie rokowały rozszerzenia działalności. Poszedłem na procesy radomskich robotników. Spotkałem tam grupę z Warszawy. Był Antoni Macierewicz, Zofia Winawer, Jan Tomaszewski, którego znałem. Tę całą grupę warszawską esbecy zgarnęli, kiedy zauważyli, że wchodzą do kolejnej sali, w której odbywa się proces przeciwko uczestnikom radomskich zajść. Udało mi się stamtąd wydostać. Potem u jednego z represjonowanych, którego już znałem, spotkałem Mirka Chojeckiego. Potraktował mnie podejrzliwie, kiedy dowiedział się, że w sądzie zatrzymano ludzi z Warszawy, a mnie udało się wyjść. Pojechaliśmy razem do Warszawy, gdzie zweryfikował mnie Jacek Kuroń. Wtedy dowiedziałem się, że jest pomysł powołania KOR i zaczęła się tworzyć struktura opozycyjna. Także poza Warszawą. Zaproponowano mi wstąpienie i zostałem przedstawicielem KOR w Gdańsku. Występowałem oficjalnie pod własnym nazwiskiem z podanym adresem kontaktowym.

– Decyzja determinująca twoją przyszłość i miejsce w życiu: zawód opozycjonista pod stałym nadzorem SB.

– Zatrzymania na 48 godzin, czasem na dłużej i rewizje to chleb powszedni. Zdarzyło się to chyba ponad dwadzieścia razy. Rewizja, 48, rewizja, 48… Gdańskie środowisko opozycyjne było nieliczne. Mimo różnic w poglądach staraliśmy się zachowywać wspólnotę w działaniu. Było nas kilkadziesiąt osób, później rozszerzyło się najwyżej do kilkuset. Gdybyśmy dopuścili do podziałów, sparaliżowałoby to nasze działania.

Najpierw starałem się organizować wiece pod stocznią, by przywrócić pamięć o tragicznym Grudniu ‘70. Uważałem, że trudno je będzie pacyfikować tej władzy, która objęła swoje stanowiska właśnie w wyniku wydarzeń grudniowych. Nie było tak do końca. Po wiecach zatrzymywano po kilkadziesiąt osób. Mimo to każdego roku ludzi było coraz więcej. W 1977 roku zgromadzili się pod stocznią przede wszystkim studenci, a gdzieś jedna trzecia to byli bezpieczniacy, ale rok później przyszli głównie robotnicy. Było ich dwa tysiące, w 1979 już cztery tysiące, mimo blokady dojścia i wielu zatrzymań prewencyjnych. Informacja docierała dzięki ulotkom, rozklejonym klepsydrom. Natomiast  Ruch  Młodej Polski specjalizował się w obchodach święta 11 Listopada, ale się wspieraliśmy i uczestniczyliśmy wspólnie.

– RMP organizowała też trzeciomajowe wiece pod pomnikiem Jana III Sobieskiego.

– Moim zdaniem to był błąd. Uważałem, że nie powinniśmy rozpraszać sił i dawać bezpiece większego pola do działania. Z czasem kontakty miałem coraz szersze: z Warszawą przez Jacka Kuronia, naturalnie z Lublinem. W Gdańsku znaleźliśmy oparcie przy kościele  jezuitów we Wrzeszczu. Proboszcz, ksiądz Bronisław Sroka, udostępniał nam salę na spotkania. Zbierała się tam młodzież z RMP plus ja. Tu właśnie doznaliśmy ustawicznej „opieki” SB, dość agresywnej.

– Od końca 1978 mieliście swojego człowieka w SB, Adama Hodysza, który zdecydował się współpracować z opozycją.

– Z propozycją współpracy wystąpił do Olka Halla, który mnie o tym poinformował. Oczywiście, trzeba było sprawdzić, czy nie jest to prowokacja.  Ważna okazała się informacja Hodysza, że Edwin Myszk, działający w naszym środowisku jest agentem. Wprowadził go do naszego środowiska Krzysztof Wyszkowski, który wykazał zbytnią łatwowierność Zdarzyło mu się wykazać tą łatwowiernością jeszcze dwa razy, kiedy uwierzył nasłanym agentom ze Szczecina. Jeden z nich dopytywał się o boje szpiegowskie. Prymitywne zagranie.

Jeśli chodzi o Myszka, to informacja Hodysza potwierdziła moje wcześniejsze wątpliwości co do jego osoby, wynikające z opowieści oszukanej przez niego młodej kobiety z Wrocławia. Po analizie różnych wydarzeń, zrozumiałem, że wpadka bibuły przechowywanej w piwnicy mojej sąsiadki musiała wynikać z jego donosu.

Współpraca z Hodyszem była dla nas bardzo cenna. Informował nas o sposobie pracy bezpieki, co pomagało dzięki analizie wpadek, rewizji, eliminować agenturę. Każdy atak bezpieki powodował naszą mobilizację do obrony. Kiedy po aresztowaniu Błażeja Wyszkowskiego, członka Wolnych Związków Zawodowych, zorganizowaliśmy głodówkę w prywatnym mieszkaniu jego brata i informowała o tym tylko zwykła kartka wystawiona w oknie, bardzo to esbeków zdenerwowało i ostro wkroczyli.

Powołanie Wolnych Związków Zawodowych w Gdańsku było wynikiem akcji samokształceniowej w środowisku robotniczym. Tematy czerpałem z doświadczeń KUL-owskich, a grono zainteresowanych robotników wciąż się poszerzało, chociaż część po opuszczeniu hoteli robotniczych znikała z naszej optyki.

 

Głodówka protestacyjna w obronie Błażeja Wyszkowskiego; po lewej Andrzej Gwiazda, po prawej Joanna Gwiazda, w głębi pośrodku m.in. Krzysztof Wyszkowski
Głodówka protestacyjna w obronie Błażeja Wyszkowskiego; po lewej Andrzej Gwiazda, po prawej Joanna Gwiazda, w głębi pośrodku m.in. Krzysztof Wyszkowski
Fot. archiwum prywatne B. Borusewicza


– Dwa lata pracy w środowisku robotniczym nakierowane były głownie na stoczniowców. Czy pielęgnowana pamięć o dramacie Grudnia ’70 utwierdzała w przekonaniu, że właśnie tu w Gdańsku jest potencjał do wywołania poważnej akcji strajkowej?

– Oczywiście. Do Stoczni Gdańskiej, wtedy im. Lenina, przekazywałem większość wydrukowanych egzemplarzy „Robotnika” (pismo wydawane poza cenzurą przez KSS KOR). Każdy kontakt z pracownikiem stoczni był dla mnie bardzo cenny. Był to kontakt najpierw z Anną Walentynowicz, potem z Andrzejem Kołodziejem i Aliną Pieńkowską (później została moją żoną), która jako pielęgniarka miała dostęp do całej stoczni. Przez te kontakty wchodziło do stoczni ponad tysiąc egzemplarzy „Robotnika”, później też „Robotnika Wybrzeża”.

– Już od drugiego numeru w redakcyjnej stopce „Robotnika” pojawia się Twoje nazwisko z adresem i numerem telefonu.

– To była potrzebna jawność, ośmielająca i zapewniająca rozszerzanie kontaktów. Nieco mniej jawnie prowadziliśmy grupy samokształceniowe. Spotkania odbywały się w prywatnym mieszkaniu Anny Walentynowicz. Najpierw prowadziłem je sam, później włączył się Andrzej Gwiazda i Lech Kaczyński. Wcześniej, w 1977 roku prowadziłem we własnym mieszkaniu samokształceniowe grupy studenckie. Wkroczyli bezpieczniacy, zrobiła się straszna awantura, zdemolowali mi mieszkanie. Dostałem trzy tygodnie aresztu, a uczestnicy spotkania – niektórzy dwa tygodnie, inni tydzień.

Studenci po skończeniu studiów wrócili do swoich środowisk i tam prowadzili działalność opozycyjną. Byli wśród nich Staszek Śmigiel i Antek Mężydło. Od czasu do czasu organizowałem akcję ulotową, przeważnie w okolicach stoczni w Gdańsku i w Gdyni. Były też akcje półlegalne. Wchodziliśmy dość dużą grupą na różne oficjalne spotkania, na przykład na zebrania przed wyborami do rad narodowych. Swoimi pytaniami zakłócaliśmy przewidywany standardowy przebieg takich spotkań.

– Jak udało się przygotować strajk w sierpniu 1980 roku?

– Najważniejsza była  ustawiczna praca z robotnikami. Udało mi się stworzyć grupę  robotniczo-inteligencką, takie jądro opozycji. Mieliśmy też kontakt z pisarzem, Lechem Bądkowskim, który prezentował własny styl działania, opozycyjny, ale w dużej mierze legalistyczny.

W marcu 1980 odbywały się wybory do Sejmu PRL. Akcją ulotkową zachęcaliśmy do bojkotu. Ulotki rozdawaliśmy przeważnie przed kościołami. Miałem przy tej okazji dziwną przygodę. Kiedy podawałem ulotki wychodzącym z kościoła, skoczył na mnie jakiś facet – nie wiem czy bezpieczniak, może obywatel zdecydowanie popierający ówczesna władzę.  Zarzuciłem go na plecy i wniosłem do kościelnej kruchty. Stamtąd już uciekł.

– Okazało się, że zdecydowany opozycjonista powinien mieć także odpowiednie przygotowanie fizyczne.

– Miałem. Ćwiczyłem judo. Wtedy po tej akcji nawołującej do bojkotu wyborów po raz pierwszy zauważyłem, że mamy wpływ na społeczeństwo. W Gdańsku frekwencja była niższa niż gdzie indziej. To zachęcało do dalszego działania, szczególnie w środowisku robotniczym.

Coraz szersze i bardziej widoczne zaangażowanie robotników stało się bardzo niewygodne dla władzy. Przez rok jakoś to cierpieli, zatrzymywali i utrudniali życie nam, ludziom opozycji, ale robotników raczej nie ruszali, chyba, że kogoś przyłapali na rozdawaniu ulotek. W końcu zaczęli wyrzucać z pracy. W styczniu 1980 został wyrzucony Andrzej Kołodziej. To jeszcze nie wywołało wzburzenia: młody, nieostrożny, rozdawał „Robotnika” w stołówce, gdzie było z tysiąc osób, ale kiedy została zwolniona członkini WZZ, Anna Walentynowicz, do tego kilka miesięcy przed emeryturą, wiedziałem, że jeżeli jej nie obronimy, to na nic cała moja dwuletnia praca w środowisku robotniczym. Wtedy podjąłem decyzję o strajku.

Żeby uniknąć przejęcia informacji przez bezpiekę, robiłem wszystko sam. Jeśli kogoś włączałem, to ta osoba wiedziała tylko o tym konkretnym wycinku. Tak było z ulotkami (nie nawoływały do strajku, dotyczyły konkretnych żądań) i z transparentami podobnej treści. Zorganizowałem pięć grup, ich członkowie wiedzieli tylko, że mają rozdać ulotki. Najtrudniejsze było przygotowanie, a przede wszystkim przekonanie osób, które miały rozpocząć strajk. Zdawałem sobie sprawę, że szanse są niewielkie. Ich obawy były zrozumiałe. To byli dwudziestoletni chłopcy: Jerzy Borowczak, Bogdan Felski, Ludwik Prądzyński. W końcu mówią: „No dobrze, ale potrzebny jest ktoś starszy”. I patrzą na mnie.

Wiedziałem, że moje wejście do stoczni przed rozpoczęciem strajku oznaczałoby natychmiastową interwencję SB i cała praca przygotowawcza poszłaby na marne. Strajkowi musi przewodzić robotnik, a nie „siła antysocjalistyczna”. Wałęsę przekonałem w rozmowie w obecności Borowczaka i Felskiego. Wiedziałem, że jest ambitny i w ich obecności nie odmówi. Było to w czasie spotkania w mieszkaniu Dyków po uwolnieniu z więzienia uczestników trzeciomajowej manifestacji. Oczywiście, rozmawialiśmy na wewnętrznym podwórzu między blokami, gdzie nie mogły zarejestrować rozmowy żadne podsłuchy.

No i się udało. Nic nie dotarło do czujnych uszu bezpieki. Ostatnio sprawą było rozrzucenie ulotek w kolejce SKM wczesnym porankiem 14 sierpnia. Zorganizowałem dwuosobowe grupy ulotkowe składające się głównie z młodych stoczniowców wyrzuconych ze stoczni w Gdyni. Ulotek było siedem i pół tysiąca, wydrukował je w tajnej drukarni Piotr Kapczyński.

 

Bogdan Borusewicz z Gajką i Jackiem Kuroniami, 1977
Bogdan Borusewicz z Gajką i Jackiem Kuroniami, 1977
Fot. Z archiwum SB


– Mimo solidnego przygotowania chyba się nie spodziewałeś takiego efektu, jaki przyniósł Sierpień ’80.

– Oczywiście, że nie, ale kiedy przyłączyły się inne tocznie, wiedziałem, że będzie to coś poważnego. Kiedy władze zdecydowały się podjąć rozmowy z komitetem strajkowym, oznaczało to jego uznanie. Pierwsze wstępne rozmowy Jagielskiego z trzyosobową delegacją strajkową zaczęły się od pytania: „Czy jest w komitecie ktoś z KOR-u?”.

Byłem w stoczni, był to dla mnie czas bardzo ciężkiej, nieustającej pracy, starałem się wszystkiego pilnować: kogo wpuścić, kogo nie wpuścić, jak podzielić pracę itd. Oczywiście, nie wchodziłem w żadne struktury strajkowe ani doradcze. Zasadnicze znaczenie miało uznanie strajku za masowy protest robotniczy.  Równocześnie trzeba było opracować postulaty wychodzące poza proste żądania płacowe. To był trudny okres. Docierały informacje o wylądowaniu na lotnisku w Pruszczu Gdańskim specjalnych jednostek milicji i wojska. Zrozumiałe były obawy strajkujących i ich rodzin. Stąd pomysł na mszę. Nie było entuzjazmu ze strony biskupa Kaczmarka, ale ostatecznie nakazał księdzu Jankowskiemu, jako proboszczowi parafii obejmującej stocznię, odprawienie mszy dla strajkujących.

– W stoczni pojawił się duchowny, którego kontrowersyjną rolę, niezależnie od spraw natury moralnej, które ostatnio wypłynęły, warto wyjaśnić.

– Ksiądz Jankowski był agentem prowadzonym przez oficera SB.

– Tak zdecydowanie? W dokumentalnym opracowaniu Grzegorza Majchrzaka z Instytutu Pamięci Narodowej określa się księdza Jankowskiego, pseudonimy „Delegat” i „Libella”, jako kontakt operacyjny (KO) a nie tajnego współpracownika (TW).

– Jak przejrzy się dokumenty zamieszczone w tej publikacji – zresztą nieliczne, większość została zniszczona, a w spisie dotyczącym konieczności ich zniszczenia w długim rejestrze TW znajduje się też wyjątkowo KO „Delegat” i „Libella”, co też mówi samo za siebie – widać wyraźnie jego rolę, choćby w czasie I Zjazdu „Solidarności”. Napuszczał jednych na drugich, informował o wszystkim SB i realizował zlecone przez nią zadania. Kontakt operacyjny? Przecież w dokumentach SB jest określony nie tylko jako źródło informacji, ale również tzw. źródło inspirujące. Bezpieka nawet wewnątrz własnych służb kamuflowała ważnych agentów. Reperkusje tamtej skutecznej działalności SB zmierzającej do odcięcia ruchowi związkowemu głowy, jaką stanowili ludzie opozycji przedsierpniowej, sięgają dnia dzisiejszego. Zdarza mi się słyszeć, że do władzy dopchałem się na plecach robotników. Jankowski wykonał dla SB potężną i skuteczną robotę. Nie wiem, kiedy został pozyskany. Sądzę, że w latach siedemdziesiątych.

– Autor publikacji twierdzi, że niechlubny okres w życiorysie księdza Jankowskiego dotyczy tylko czasu legalnej działalności „Solidarnośći”. W stanie wojennym skutecznie pomagał działającym w podziemiu i na nikogo nie donosił.

– To, niestety, nieprawda. Doniósł na mnie w listopadzie 1984 roku. Kobieta, u której się ukrywałem, poszła do niego w sprawie jakichś lekarstw i powiedziała, że są potrzebne dla mnie. Skutkiem był nalot bezpieki, przed którym zdołałem uciec.

– Jak oceniasz okres legalnej działalności „Solidarności”?

– Każdy chciał zrobić jak najwięcej. Miałem świadomość, że to długo nie potrwa. Ile wydrukujemy poza cenzurą, ilu ludzi wykształcimy, to będzie nasze… Wmontowanie demokratycznego związku w system autorytarny musiało spowodować atak obrońców tego systemu. Staraliśmy się, by nie nastąpiło to, co zdarzyło się w 1971 roku, tzn. przejęcie ruchu przez władzę. Była taka obawa, eliminowano działaczy opozycji, tu w Gdańsku. Na tym tle doszło do konfliktu z Wałęsą, a do władz związku trafiło sporo przypadkowych ludzi.

– Niemniej, ograniczanie postępującej radykalizacji związku, co starał się robić Wałęsa, służyło wydłużaniu okresu legalnej działalności.

– Zgoda. To było pozytywne działanie. W sytuacji ataku nie mieliśmy przecież szans, bo nie udało się przerzucić tej rewolucji na kraje sąsiednie. Byliśmy izolowani. Pod koniec 1981 roku sytuacja była na tyle napięta, że przygotowałem ulotki na wypadek wprowadzenia stanu wyjątkowego – wojennego nie przewidziałem.

W sierpniu 1980
W sierpniu 1980
Fot. Józef Borusewicz


– Udało Ci się uniknąć internowania, a potem aresztowania, o obławach na Ciebie i twoich ucieczkach krążyły legendy. Nie chodziło przecież tylko o przetrwanie i uniknięcie więzienia. Z ukrycia kierowałeś działaniami podziemnymi.

– Ukrywałem się ponad cztery lata. Angażowałem się także w kierowanie podziemiem na poziomie krajowym. Oczywiście, funkcjonowałem dzięki poparciu ludzi, który chcieli, żebym się ukrywał, miał wszystko co potrzebne i mógł pracować dla podtrzymania społecznego oporu. Alina, moja żona, organizowała kolejne bezpieczne mieszkania dla mnie. Udawało jej się, mimo, że przecież była obserwowana z nadzieją, że doprowadzi do mnie.

– Udawało wam się konspiracyjnie spotykać?

– Owszem. Konspiracyjnie braliśmy ślub. Udzielił go ksiądz Bogdanowicz. Jakoś esbecja za nami nie trafiła, a już dowodem kompletnej ich klęski były narodziny naszej córki. Liczyli, że złapią mnie przy okazji jej narodzin czy też chrztu. Kiedy Kinga miała miesiąc wpadli świtem do mieszkania Aliny. Mnie  nie znaleźli, za to dość długo wpatrywali się w dziecko, wyraźnie do mnie podobne. Było dla nich namacalnym dowodem nieudolności i bezskuteczności podejmowanych działań, by mnie dopaść. Spotkania z Aliną to były poważne przedsięwzięcia logistyczne. Kiedy Jankowski wskazał miejsce mojego ukrywania się, byłem właśnie z Aliną i musieliśmy uciekać nocą z dwumiesięcznym dzieckiem.

Byłem poszukiwany, tak jak i pozostali członkowie Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej w tzw. trybie nadzwyczajnym, co oznaczało, że każda jednostka milicji i służb specjalnych powinna założyć specjalną teczkę poświęconą takiej osobie i ścigać ją.

Za Aliną nie trafili, przestrzegała ściśle zasad konspiracji. Wpadłem w 1986 roku w drukarni na Stogach. Niestety, wystawił mnie właściciel lokalu. Dla SB był to poważny sukces. Bardzo się cieszyli, kilku mnie obezwładniło, a potem związali sznurem. Nie siedziałem długo. Wyszedłem na podstawie amnestii właściwie po ponad pół roku wraz z tzw. jedenastką z kierownictwa podziemia. Był to sygnał, że władza raczej rezygnuje z polityki represji, bo przecież wiadomo było, że nie zaprzestaniemy działalności.

Zorganizowaliśmy  się w tzw. TERESIE (Tymczasowa Rada Solidarności). Podjęte zostały próby rejestrowania organizacji zakładowych związku „Soldarność”, gdyż taką możliwość dopuszczała obowiązująca ustawa o związkach zawodowych.

– Jak oceniałeś wtedy ideę „okrągłego stołu”?

– Po strajkach ’88 uważałem, że potrzebny jest kolejny, by wzmocnić naszą kartę przetargową w rozmowach z władzą. Zgodę na „okrągły stół” uważałem wówczas za przedwczesną, byliśmy, moim zdaniem, zbyt słabi. Po ustaleniach, które zapadły podczas tych rozmów, nie zdecydowałem się kandydować do Sejmu kontraktowego. Potem się okazało, że się myliłem w ocenie rozkładu sił. Władza też była słaba i ostatecznie dała się ograć słynną przewrotką w Sejmie. Posłowie zależnych od PZPR tzw. partii sojuszniczych: Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, weszli w koalicję z posłami klubu „Solidarności”, co umożliwiło powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego.

– Od pierwszych w pełni wolnych wyborów w 1991 roku, z przerwą w latach 2001-2005, zasiadasz w parlamencie (w Sejmie, potem w Senacie). Pełniłeś też ważne funkcje: w pierwszej kadencji Sejmu byłeś  przewodniczącym klubu poselskiego „Solidarności”, później  przewodniczącym komisji ds. służb specjalnych, w rządzie Jerzego Buzka byłeś sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Jak to jest: z opozycjonisty stać się państwowcem?

– Całe moje funkcjonowanie w opozycji wynikało z potrzeby działania na rzecz   przekształcenia Polski z kraju autokratycznego w demokratyczny. Kiedy pojawiła się taka szansa, trzeba było zmienić stary aparat państwowy, nie tylko ludzi, ale przede wszystkim funkcjonowanie systemu, konstytucję. To trzeba było robić krok po kroku. Rozumiałem, jak wielką wartością jest demokratyczne państwo, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że trzeba wspierać tę młodą demokrację.

– A jak oceniasz zmiany po 1989 roku?

Pozytywnie, chociaż było trudno, szczególnie z koniecznymi zmianami gospodarczymi. Były strajki, protesty, bo ludzie z trudem znosili konieczne zaciskanie pasa. Niektóre gałęzie gospodarki całkowicie się załamały, jak choćby przemysł stoczniowy, co budziło ogromne rozżalenie zatrudnionych tam robotników. Jak to? Upadająca kolebka „Solidarności”?  Produkcja stoczniowa nastawiona była przede wszystkim na eksport do ZSRR. Poza wszystkim, stocznie były fatalnie zarządzane, jest tu także odpowiedzialność konkretnych ludzi.

Po kilku latach Polska zaczęła się podnosić i zrobiła ogromny krok zarówno w   dziedzinie gospodarki rynkowej jak i zasadniczych przemian politycznych. Znaczącą rolę odegrała reforma samorządowa.

– W latach 2001-2005 byłeś członkiem Zarządu Województwa Pomorskiego.

– Moje doświadczenie w samorządzie wskazuje, że to właśnie samorządy ratują przed złymi decyzjami władzy centralnej. Samorządy po prostu się udały. Na szczęście reforma samorządowa została wprowadzona na samym początku demokratycznych przemian, w 1990 roku. Było to przełamaniem monopolu władzy centralnej. Każda władza o centralistycznych zapędach zmierza do przejęcia kompetencji samorządów. Niestety, obecnie mamy z tym do czynienia. Rządzącym chodzi np. o przejęcie tych środków unijnych, które obecnie są dzielone przez samorządy wojewódzkie.

– Brałeś aktywny udział w życiu politycznym, należałeś do Unii Wolności, ale do Partii Demokratycznej demokraci.pl nie chciałeś wstąpić ze względu na udział w niej ludzi z SLD. Później wstąpiłeś do Platformy Obywatelskiej. Dziś jesteś znaczącą twarzą Koalicji Europejskiej, a przecież do tej szerokiej koalicji przystąpił także Sojusz Lewicy Demokratycznej z jego prominentnymi przedstawicielami.

– Sytuacja jest radykalnie odmienna niż wtedy, w 2005 roku. Kiedy PiS niszczy partię i ludzi wywodzących się z głównego nurtu „Solidarności”, niszczy praworządność, co grozi wyprowadzeniem Polski z Unii Europejskiej, trzeba to bezwzględnie zablokować. Jest więc konieczność jak najszerszej koalicji i taka koalicja powstała. Jest bardzo różnorodna, ale w obecnej sytuacji stanowi to właśnie o jej sile. Moje obecne zaangażowanie wypływa z tych samych pobudek, dla których działałem w opozycji. Chodzi o demokrację i praworządność, bardzo obecnie zagrożone.

– Jak oceniasz swoją polityczną drogę?

– W polityce bardzo ważna jest etyka i moralność. Różne są sytuacje, z pewnością nie tylko czarno-białe i trzeba kierować się właśnie tymi zasadami. Mój sprzeciw wobec  tamtego systemu wynikał raczej nie z politycznych przekonań, bo przecież polityka jest walką o władzę, a wtedy nie można było nawet marzyć, że przejmiemy władzę. Jaką realną motywacją mogłem się kierować? Tylko etyczną. System był oparty na kłamstwie i przemocy, więc trzeba było z tym walczyć. Zawsze będę walczył z każdym systemem opartym na kłamstwie i przemocy.

 

Kwiecień 2019

 

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia