Opowieść o Adamie Vay de Vaya

W kościele św. Elżbiety przez niemal dwa wieki spoczywały doczesne szczątki węgierskiego barona Adama Vay de Vaya.

A
A

W kościele św. Elżbiety na Starym Mieście znajduje się, tuż obok drzwi bocznych, piękne epitafium z czarnego kamienia. Ozdabiają je liczne symbole wojennego rzemiosła: tarcze i hełmy rycerskie, szable i kołczany. Napis łaciński głosi, że pochowany tu został „Egues Ungarus”, co przewodniki tłumaczą rzetelnie – „szlachcic węgierski”. Niewielu jednak wie, że w miejscu tym spoczywały doczesne szczątki osoby znakomitej, wielkiego marszałka Konfederacji Królestwa Węgier, Adama Vay de Vaya. Na początku XX wieku przewieziono je do ojczyzny. Pozostało epitafium (kopia z 1900 roku), będące jedynym śladem pobytu wygnańca w naszym mieście.

Urodzony w 1656 roku baron Adam Vay de Vaya był potomkiem wielkiego rodu, do którego należała ogromna posiadłość Vaye, w komitacie Szaboles na północnym wschodzie dzisiejszych Węgier. Jako młody człowiek związał się z rodziną Rakoczych, która od wieków była dla Węgrów ostoją narodowych nadziei na odzyskanie własnego państwa. Walczył przeciw Austriakom w powstańczych szeregach Thökölego, za co przez długi czas był szykanowany. Dopiero w 1700 roku uzyskał pełną amnestię.

Portret Adama Vay de Vaya
Portret Adama Vay de Vaya
Fot. materiały Węgierskiego Instytutu Kultury

Od tego czasu przebywał w otoczeniu księcia Siedmiogrodu Franciszka II Rakoczego, który zaczął skupiać przy sobie opozycyjnych magnatów i szlachtę. Kiedy w 1701 roku, w wyniku prowokacji wiedeńskiego dworu, książę został aresztowany i osadzony najpierw w Epejres, a potem w Koszycach, Adam Vay de Vaja podzielił jego los. Wkrótce obaj więźniowie, osobnymi karocami pod silną eskortą, zostali przewiezieni do niezwykle surowego więzienia Wiener Neustadt. Uznany za niebezpiecznego buntownika Franciszek II Rakoczy został skazany na karę śmierci, uniknął jej tylko dzięki awanturniczej ucieczce. Powrócił do kraju w 1703 roku na czele wiernych mu oddziałów. Wybuchło powstanie, które nabrało charakteru ogólnonarodowego, dowodzone przez jego generałów wojska odnosiły liczne sukcesy, węgierskie zagony docierały do przedmieść samego Wiednia.

Po uwolnieniu z więzienia, Adam Vay de Vaya stanął u boku księcia, który powierzył mu bardzo wysokie i intratne stanowiska: żupanat w komitacie Békès, urząd senatora kuruckiego, a wreszcie stanowisko wielkiego marszałka. W swoich „Wyznaniach” Rakoczy wystawił wspaniałe świadectwo baronowi z Vaye: „to osobowość wielce szanowana z racji swego urodzenia, roztropności, bogactwa oraz popularności wśród szlachty”.

Wkrótce, po przegranej bitwie pod Romhany, Rakoczy zdecydował się szukać pomocy poza granicami kraju. 21 lutego 1711 roku przyjechał do Polski, aby spotkać się z przebywającym w okolicach Jarosławia carem Piotrem. Dowództwo nad wojskiem przekazał hrabiemu Sándorowi Károlyiemu. Nie spodziewał się, że Károlyi zdecyduje się na kapitulację i przekaże Austriakom pozostające jeszcze w rękach powstańców liczne twierdze. Podpisany w Szatmár pokój gwarantował szlachcie węgierskiej przywileje narodowe i religijne oraz amnestię dla uczestników powstania. Tak oto zakończył się, trwający od 1703 roku, potężny narodowy zryw, który wstrząsnął monarchią Habsburgów i objął swoim zasięgiem nie tylko cały Siedmiogród, ale również Słowację, Morawy, Ruś Podkarpacką, Spisz, Wojwodinę, Styrię i Chorwację.

Grono związanych z Rakoczym wielmożów, podobnie jak on sam, nigdy nie zaakceptowało podpisanego w Szátmar traktatu i wybrało emigrację. Adam Vay de Vaya, który w przeddzień kapitulacji powstania otrzymał nominację na komendanta kluczowej twierdzy w Munkaczu, został pośpiesznie odwołany. Rakoczy tak uzasadnił swój rozkaz: „Zważywszy jednak, iż był on towarzyszem mej więziennej niedoli i że zwolniono go na bardzo ciężkich warunkach, miałem dla niego zbyt wiele szacunku, aby świadomie wystawić go na ryzyko dostania się w łapy Austriaków”. Adam Vay de Vaya podążył śladem księcia wygnańca.

W Jarosławiu, jak wspomniałem, Rakoczy spotkał się z Piotrem Wielkim, u boku którego postanowił odbyć podróż najpierw Sanem, potem zaś Wisłą aż do Elbląga. Okrętowi rosyjskiego imperatora towarzyszyła cała flotylla, żołnierze z carskich regimentów zatrudnieni byli w charakterze wioślarzy. W toku rozmów z carem Rakoczy zaczął wątpić w jego pomoc. Napisał potem: „Uważałem wszakże, że bardziej mogę liczyć na obietnice króla Francji niż na oferty władcy, którego sposób życia i działania, obyczaje i zachowanie całkowicie różniły się od moich”. Kiedy po trzech tygodniach okręty dopłynęły do Torunia, car Piotr oddał się z lubością tańcom, sutemu jedzeniu, piciu w publicznych gospodach, zmienił też swoje plany. Nagle postanowił nie płynąć już do Elbląga. Żonę i Węgrów pozostawił w Toruniu, a sam. w towarzystwie garstki sług i dworzan ruszył do wód w Karlsbadzie.

W tej sytuacji Rakoczy zdecydował się odwiedzić Gdańsk, skąd zamierzał pojechać do Berlina. Naiwnie sądził, że może liczyć na przychylność króla Prus. Dysponując carskim okrętem, bez kłopotów dotarł ze swą świta do Gdańska. Z obawy przed agentami austriackimi porzucił węgierski strój i zaczął ubierać się po francusku. Przyjął nazwisko i tytuł rosyjskiego oficera i podobnie zrobili jego dworzanie. Przy wjeździe do miasta wszyscy zostali przesłuchani. W Gdańsku książę skontaktował się z baronem Jeanem Victorem Besenvalem, ambasadorem francuskim, z pochodzenia Szwajcarem. Liczył przede wszystkim na jego serdeczność. Ambasador, za przyzwoleniem dworu Ludwika, wspomagał finansowo księcia wygnańca przez cały okres jego pobytu w mieście.

Rakoczy wreszcie odetchnął z ulga: „Ciągle narażony na podstępy dworu wiedeńskiego, czułem się w Gdańsku zupełnie bezpieczny. (...) Jest to wolne miasto pod ochroną króla i Rzeczpospolitej, które samo dysponuje siłą obronną i które okazuje wiele względów i szacunku królowi Francji z racji jego morskiego handlu”. Książę Siedmiogrodu, starając się o wyjazd do Berlina (podróż ta nigdy nie doszła do skutku), prosił władze miasta o wydanie odpowiednich paszportów. Otrzymał je na nazwisko hrabiego Sáros, którym odtąd się posługiwał. Zachowując to swoiste incognito, unikał wielu wydatków przypisanych do tytułu książęcego, na które nie było go obecnie stać i mógł pozwolić sobie na więcej swobody.

Prócz spotkań z polskimi wielmożami interesowały go przede wszystkim miłostki. Wiele lat potem tak opisał swoje gdańskie przygody: „szukałem rozrywki w zajęciach i zabawach światowych”. I dalej: „unikałem skandalu, lecz nie grzechu. Moje otoczenie stwarzało mi okazje do nowych afektów, które prowadziły do nowych amorów”.

Po dwumiesięcznym pobycie w Gdańsku Franciszek II Rakoczy dowiedział się o przybyciu Piotra Wielkiego do Elbląga. Postanowił ponownie się z nim spotkać. Czekała go jednak przykra niespodzianka. Monarcha, wcześniej bardzo przyjazny, tym razem unikał rozmów, z obojętnością słuchał jego propozycji. Choć zaproszony do Petersburga, książę postanowił raz na zawsze porzucić nadzieje związane z carem. Być może właśnie wtedy podjął decyzję o wyjeździe na zachód Europy, do zaprzyjaźnionej Francji lub Anglii. W kilka dni po powrocie do Gdańska Rakoczy zwolnił część służby i odesłał większość ludzi ze swojej świty. Pozostawił przy sobie jedynie nieliczną grupkę dworzan, których mógł utrzymać. Napisał: „Było to jednak bardzo przykre posunięcie, zarówno dla mnie, jak i odprawionych przeze mnie ludzi. Wielu z nich wychowało się na mym dworze i traktowało mnie jak ojca; wstępując do mnie na służbę porzucili swoje włości i rodziny, a kiedy znaleźli się daleko od ojczyzny, ja zmuszony byłem ich odesłać do domu, bez żadnej nagrody ani renty, nie mogąc ich wyposażyć ani też dać odszkodowania za to, co utracili”. Książę miał nadzieję, że im wcześniej powrócą do kraju, tym łatwiej uzyskają amnestię.

Liczył na poparcie zachodnich monarchów. Dlatego w listopadzie 1712 roku potajemnie opuścił Gdańsk i po pełnej niebezpieczeństw podróży, 7 grudnia, dopłynął do Anglii. Jego wygnanie trwało dwadzieścia pięć lat. Gdziekolwiek rzucił go los, snuł plany powstańcze, które nigdy nie zostały zrealizowane. Na pełną niepodległość Węgry musiały poczekać aż do 1918 roku, kiedy to proklamowano Republikę Węgierską.

Zachowana kopia epitafium z 1900 roku w kościele św. Elżbiety
Zachowana kopia epitafium z 1900 roku w kościele św. Elżbiety
Fot. Sławomir Pultyn

Franciszek II Rakoczy zmarł w roku 1735, mając 59 lat. Ostatnie lata swego życia spędził nad Morzem Czarnym w miejscowości tureckiej Rodosto, „w zamku urządzonym dlań przez sułtana z wielką wspaniałością”. Tam dzielił niemal cały swój czas między polowania i modlitwę.

Adam Vay cle Vaya nie towarzyszył mu w tych wędrówkach. Osiadł w Gdańsku i tu zmarł w 1719 roku. Został pochowany w kalwińskim wówczas kościele pod wezwaniem św. Elżbiety.

 

Waldemar Borzestowski

 

Pierwodruk: „30 Dni” 5/2001

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia