PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Z jasełkami w Piekle

Z jasełkami w Piekle
Jednym z przedsięwzięć, które miało służyć krzewieniu polskiej kultury i polskiego słowa w Wolnym Mieście, był teatrzyk lalkowy „Skrzat”. Ze swoją misją docierał do najdalszych zakątków Wolnego Miasta.
Alojzy Bartz i Brunon Mionskowski przy scence ‘Skrzata’, styczeń 1936
Alojzy Bartz i Brunon Mionskowski przy scence ‘Skrzata’, styczeń 1936
Fot. Roman Wyrobek, ze zbiorów Andrzeja Bartza

Informacje o występach przekazywano najczęściej pocztą „pantoflową”, by uniknąć zaczepek ze strony gdańszczan niemieckiej narodowości.

Część Polaków mieszkających w la­tach trzydziestych w Wolnym Mieś­cie słabo mówiła po polsku, a zda­rzało się, że w ogóle nie władała naszym językiem. Szczególnie silnie obserwowano to na peryferiach i w wioskach, skąd daleko było do nielicznych w Wolnym Mieście pols­kich placówek oświatowych i kulturalnych. Z taką sytuacją próbowali walczyć działacze gdańskiej Polonii. W świetlicach Związku Polaków urządzano kursy językowe, czynne były biblioteki z polską literaturą i prasą, działały harcówki. Tu spotykano się na patriotycznych akademiach, zabawach choin­kowych i rozmaitych imprezach towa­rzyskich i artystycznych. Rozmawiano tylko po polsku, śpiewano polskie piosenki i pieśni, deklamowano polskie wiersze.

Jedną z atrakcyjniejszych form krzewie­nia polskości była działalność amatorskich zespołów teatralnych. Najbardziej mobilny wśród nich był teatrzyk kukiełkowy „Skrzat”. Świadczy o tym proste zestawie­nie liczb: w latach 1936-1939 inne polonijne trupy zdołały wystawić łącznie 56 spektakli, a „Skrzat” dał taką samą liczbę przedsta­wień w okresie o rok krótszym, tzn. do 1938 roku. I obejrzało je prawie dziesięć tysięcy widzów. W najtrudniejszym 1939 roku wystąpił w Gdańsku aż dwadzieścia jeden razy, dwa razy w Tczewie i raz w Skępem. Jego repertuar był adresowany głównie do dzieci, ale wzru­szali się przy nim i bawili również dorośli i młodzież.

Teatrzyk korzystał najczęściej ze świetlic Związku Polaków. Łącznie było ich bodaj osiemnaście: najwięcej w dzielnicach Gdań­ska oraz w Sopocie, a także we wsiach, w których występowały większe skupiska Polaków (między innymi w Trąbkach Wielkich, Ełganowie, Piekle). Występy w in­nych miejscach mogły spotkać się z oporem władz gdańskich, które z zasady okazywały nieprzychylność „polskiej mniejszości”. Tymczasem świetlice Związku posiadały dużą autonomię, którą zawdzięczały specjal­nym zapisom umowy gdańsko-polskiej z 1932 roku. Swojej niezależności nie utra­ciły nawet wówczas, kiedy władzę zdobyła NSDAP.

Twórcą i reżyserem „Skrzata” był Alojzy Bartz (ur. 1909 w Gnieźnie, zm. 1992 w Gdań­sku). W latach 1933-1935 był nauczycielem w wielkopolskim Gostyniu. W 1934 roku przeszedł kurs bibliotekarski i oświatowo-teatralny. Kiedy w marcu 1935 roku otrzymał propozycję pracy w Wolnym Mieście w cha­rakterze instruktora świetlicowego przy Związku Polaków, nie zastanawiał się długo.

Bartz stworzył amatorski teatrzyk, który dysponował przenośną sceną z własnym elektrycznym oświetleniem (prawie cały Gdańsk był zelektryfikowany i niemal wszystkie świetlice miały dostęp do prądu). Z takim sprzętem nie musiał czekać na pub­liczność, ale sam jeździł do skupisk Polonii, niosąc ojczyste słowo do najdalszych zakąt­ków Wolnego Miasta. Dość szybko, bo już w październiku 1935 roku, pozyskał pierw­szych członków zespołu technicznego. Byli to: Jerzy Piotrowski (ur. 1912-?, pracował na kolei) i Juliusz Izaak Schwarzbard (1907-1979, absolwent zakopiańskiej Szkoły Przemysłu Drzewnego; był też mężem za­ufania w Związku Polaków). Piotrowski już wcześniej dał się poznać jako dekorator i scenograf teatru Związku. Zgodził się nie tylko zaprojektować i wykonać lalki, ale również je animował i służył pomocą przy budowie sceny, którą zaprojektował i wyko­nał Schwarzbard.

Andrzej Bartz, 1935
Andrzej Bartz, 1935
Fot. zbiory Andrzeja Bartza

Budowa przenośnej sceny (składała się z kilku segmentów) i kompletowanie zespołu trwało kilka tygodni. W wyszukiwaniu akto­rów dużą pomoc okazała kierowniczka świe­tlicy „Stare Miasto” Maria Krzyżowska. Próby odbywały się w budynku byłej Dyrekcji Kolei. Aktorzy mieli kłopoty nie tylko z dyk­cją, ale też twardą pomorską polszczyzną.

***

Pierwsze widowisko oparte było na kanwie „Szopki Krakowskiej” Jędrzeja Cierniaka. Temat miał uniwersalne przesłanie i nie przemycał żadnej agitacji politycznej, co miało wtedy istotne znaczenie. Trwał przecież antagonizm między członkami Gmi­ny Polskiej i Związku Polaków. Bartz zainte­resowany był łączeniem Polaków, a nie lanso­waniem programu jednego, czy drugiego ugrupowania.

Szefem zespołu, reżyserem i głównym głosem aktorskim był Bartz. Piotrowski tworzył lalki i je animował, a zespół przede wszystkim użyczał głosu postaciom, śpiewał i w trudniejszych scenach (np. bardzo rozbudowanych scenach zbiorowych) wspomagał głównego animatora, nazywanego tu „ruszaczem”.

Na dzień publicznego debiutu wybrano niedzielę, 12 stycznia 1936 roku. By oszczę­dzić sobie i zespołowi tremy przed publicz­nością w śródmieściu, która mogła być bar­dziej wymagająca, Bartz zdecydował, że premiera odbędzie się w niedużej świetlicy Związku w Brzeźnie, która działała na za­pleczu budynku przy Neufahrwasserweg 1 (Krasickiego). Emocje były niemałe po obu stronach kurtyny, bowiem dla wielu zebra­nych na widowni było to pierwsze zetknięcie z polskim teatrem (a być może w ogóle z te­atrem).

Kiedy wygasły światła i kolorowo zajarzyły reflektory sceniczne, trema nie krępowała długo artystów. „Już w parę chwil po rozsunięciu kurtyny, po pierwszej nastrojowej kolędzie przy stłumionych światłach, po (...) trochę niepewnych ru­chach lalek, gdy odezwały się na początek dość nieśmiałe szmery na widowni, a potem śmiechy i głośne okrzyki podziwu, odetchnę­liśmy z ulgą i już do końca wszyscy wykonywali swoje role jak w transie” – wspomina Bartz w spisanej osobiście monografii „Skrzata”. Publiczność żywo reagowała na bieg akcji, śpiewała kolędy z aktorami, spontanicznie biła owacje i wznosiła okrzyki. Sukces był całkowity. Potem okazało się, że podczas jedenastu pierwszych przedstawień szopkę obejrzało ponad 1600 osób.

Nadeszły kolejne spektakle i kolejne utwory, które adaptowano na potrzeby teatrzyku (jako drugi „Bajowe bajeczki i świerszczowe skrzypeczki – czyli o straszli­wym smoku i dzielnym szewczyku, prze­ślicznej Królewnie i królu Gwoździku” Marii Kownackiej). Zespół intensywnie objeżdżał świetlice w Gdańsku i Sopocie. Bywały okresy, że występował cztery razy w tygodniu: we wtorki, w czwartki i dwukrotnie w niedziele.

Te częste wyjazdy ujawniły wszystkie niedoskonałości sprzętu. Zbudowano zatem nową scenę i zmieniono instalację oświetle­niową. Nowy teatrzyk dał się spakować do kilku brezentowych pokrowców i jednej skrzyni. Sześć osób mogło go swobodnie przenieść nawet na dużą odległość. Nadawał się do przewożenia tramwajem albo autobusem. Jednak najczęściej korzy­stano z ambulansów polskich pocztowców, które nie podlegały kontroli gdańskich władz, również kontroli granicznej. Montaż nowej sceny zajmował niespełna kwadrans, a demontaż ze zniesieniem wszystkiego do samochodu – zaledwie pięć minut.

Przy przygotowywaniu jednej z kolej­nych premier, Bartz zaproponował, by te­atrzyk nazywał się „Skrzat”. Rozumiał to tak: „mieliśmy działać w »ciemności« i jak skrzaty wyrządzać psoty »złym«, a pomagać i umilać życie »dobrym«. Nazwa trudna do wymówienia – to dobrze. Polskie dzieci ją wymówią, a Niemcy niech sobie języki ła­mią” (napisał w monografii). Z tą misją te­atrzyku, która polegała na podtrzymywaniu znajomości języka polskiego, zdarzały się nieporozumienia. Bywało, że w salach, gdzie lada chwila miał się rozpocząć spektakl, do osób pilnujących porządku podbiegały dzieci i – pokazując na rówieśników – wo­łały: „Tych nie wpuszczać! To Niemcy! Cho­dzą do niemieckiej szkoły!”. Tymczasem obecność takich widzów najbardziej cieszyła Bartza. Dla nich przede wszystkim powstał ten teatrzyk, bo oni najbardziej potrzebo­wali kontaktu z żywym polskim słowem.

1 września 1936 roku Bartz przeszedł na etat instruktora oświaty pozaszkolnej Macierzy Szkolnej, a w listopadzie ożenił się z Pelagią z domu Pawuła (1917-1998). Te zmiany zmusiły go do zaniechania pracy ze „Skrzatem” w sezonie 1936-1937.

Ale na jesieni 1937 roku ruszyły próby do nowej szopki z tekstami Cierniaka i Or-Ota („Szopka Polska”). Bartzowi udało się pozy­skać nowych aktorów oraz harmonistę. W większym zespole przygotowania prze­biegały sprawniej. Premiera odbyła się na początku stycznia. Po okresie gwiazdkowym zespół objeżdżał Gdańsk z „Bajowymi ba­jeczkami”.

Latem 1938 roku Polska Rada Kultury przekazała „Skrzatowi” jeden z pokoi w domu mieszkalnym przy Hansagasse 2, naprzeciw budynku byłej Dyrekcji Kolei. Powstała tam pracownia, sala prób i magazyn. Tam Leon Żynda (drugi obok Piotrowskiego scenograf) kierował pracami zespołu, który wykonywał zaprojektowane przez niego kukiełki do bajki „O Kasi, co gąski zgubiła”. Piotrowski zapro­jektował i wykonał dekoracje.

***

Do sezonu 1938-1939 zespół przygoto­wywał się starannie, jakby przeczuwał, że może być ostatni. Nasilały się anty­polskie wystąpienia, a brutalność Niemców stawała się coraz bardziej bezwzględna i ostentacyjna. Każdy wyjazd wymagał dużej odwagi. Ale zespół czuł swoją misję i do końca sezonu nie zszedł ze „sceny”.

Jednak obawy przed niemieckimi zaczep­kami wpływały na zachowanie części Po­laków. Pierwszy raz zespół „Skrzata” ze­tknął się z taką sytuacją w grudniu 1938 roku, w Ełganowie. Mieszkało tu wielu Polaków, jednak na umówioną z dużym wy­przedzeniem „Szopkę” przyszło zaledwie kilkanaście osób. Stało się tak, gdyż organi­zatorzy przestraszyli się niemieckich pogró­żek o pobiciach i nie zawiadomili wszystkich zainteresowanych.

Na szczęście skończyło się tylko na po­gróżkach i kuglarze Bartza nie poddali się presji strachu. Ruszyli z Ełganowa prosto do Trąbek Wielkich, „gdzie kierownik szkoły Macierzy Szkolnej Zygmunt Kurek i kie­rowniczka ochronki M.S., Kunegunda Paw­łowska, zgromadzili dosłownie wszystkie polskie dzieci z okolicy, całą młodzież, a tak­że starszych, na miarę pojemności sali”. Widzowie żywo reagowali na bieg akcji i wspierali aktorów głośnym śpiewem kolęd. W tej eskapadzie brała udział Pelagia Bartz.

Polonijny zespół nie przesadzał z bra­wurą i nie parł do konfrontacji z Niemcami. Dał tego dowód 5 lutego 1939 roku. W śnież­nej wichurze jechali ambulansem poczto­wym do Bielkowa, gdzie mieli umówiony występ w świetlicy Związku w budynku sta­cyjnym PKP. Zawrócili jednak natych­miast, kiedy spotkany na drodze miejscowy Polak ostrzegł ich o hitlerowskiej bojówce czekającej na polski „Kasperle”.

Mimo rosnącego napięcia teatrzyk jesz­cze raz pojechał do Ełganowa (26 lutego 1939). Tym razem organizatorzy nie zawie­dli. W tym ostatnim przed wojną sezonie ze­spół odwiedził też po raz pierwszy Polaków w Szymankowie i Piekle. Szymankowo, jak wiemy, leży przy linii kolejowej do Mal­borka i jest dużą stacją kolejową. Natomiast Piekło było wsią wysuniętą najdalej na połu­dnie terytorium Wolnego Miasta, położoną na cyplu, który oblewają wody Nogatu i Wis­ły, gdzie stykały się trzy granice: gdańska, Polski i Prus Wschodnich. Na tym „końcu świata” utrzymywała się duża polska kolonia, która miała swoją szkolę, Dom Polski i wielki głód spotkań z rodakami spoza wła­snej wsi.

Obfitujący w niemałe emocje był właśnie wyjazd do Piekła, 5 marca 1939 roku. Był już wprawdzie Wielki Post, ale zespół jechał tam... z jasełkami. Posłuchajmy relacji Bartza:

„Była to już w założeniu iście wariacka impreza. Umawiany we wcześniejszych ter­minach wyjazd nie mógł dojść do skutku, głównie z braku możliwości przewiezienia zespołu i sprzętu. Użycie samochodu Poczty Polskiej w tym przypadku było wykluczone, przekonał nas o tym pierwszy wyjazd [w końcu 1938 roku]. Fatalny stan dróg na od­cinku od Tczewa do Piekła i kosztowna, długa trasa nie pozwalały również na zary­zykowanie jazdy wynajętym ciężarowym samochodem.

Pozostało więc jechać koleją do Szyman­kowa i stamtąd spróbować dostać się fur­manką drogą i wałem [przeciwpowodziowym, dostosowanym do ruchu kołowego] do Piekła (w jedną stronę około 20 kilometrów). Po kil­kakrotnych rozmowach z Janem Hinzem, kierownikiem szkoły w Piekle, stanęło na tym, że ze stacji przewiezie nas furmanką Sylwester Domański, jedyny polski gospo­darz z Piekła, posiadający konie, bardzo ak­tywny członek miejscowej filii Gminy Pols­kiej – Związku Polaków, a po przedstawieniu odwiezie nas z powrotem do Szymankowa.

Tego dnia już od rana zaczęło się fatalnie. Jeszcze przed terminem zbiórki, paręnaście minut po szóstej, zjawiłem się w siedzibie PRK przy Hansagasse 2. W oznaczonym czasie zamiast umówionych ośmiu zasta­łem tylko cztery osoby (B. Mionskowski, Fr. Krzyżewski, Jan Masa, H. Szymański). Sami mężczyźni. Jeszcze jeden, Jerzy Pio­trowski, ruszacz, ożywiający większość la­lek, miał oczekiwać nas po nocnej służbie jako dyżurny ruchu na stacji w Pszczółkach. Czas ruszać na dworzec. Nikt więcej nie nad­chodzi. Czy w tym składzie damy radę? (...) Zawodu tym z Piekła zrobić nie można. Byli chyba najbardziej pozbawieni kontaktów z polskością, choć Polska była tak blisko, tuż za Wisłą. (...) Piekło było najbardziej polską miejscowością w W. Mieście Gdańsku – 85% mieszkańców stanowili z krwi i kości Polacy, choć duża część zależna od niemieckich pracodawców zmuszona była posyłać dzieci do przedszkola i szkoły niemieckiej. (...)

Zatem jedziemy! Nie można było od razu w piątkę przenieść całego bagażu. Jedna para musiała biegać dwa razy. Ledwo zdążyli, bo gdy za drugim razem wpadli na peron, pociąg już ruszał. (...) Na stacji w Pszczółkach druga niespodzianka: Piotrowski czeka na peronie, ale z obandażowaną połową twarzy. Kawał to, czy co? A kawały trzymały się go często. Może więc nic takiego? Okazuje się, że ma paskudnie zaprószone oko. Boli okropnie, a próby znalezienia przyczyny nie dały wyniku. Ładna perspektywa: po nieprze­spanej nocy cały dzień w drodze, dwa przedstawienia i znowu odpowiedzialna służba nocna na stacji, w tym stanie, bez należytego odpoczynku.

Zbliżamy się do Szymankowa. Pociąg wjeżdża na stację. Bierzemy się do wy ładunku bagażu, a tu tymczasem przybiega dyżurny krzycząc z daleka: »nie wysiadać, nie wysiadać« i tłumaczy dlaczego. Domań­ski nie mógł przyjechać bo mu zachorował koń, więc musimy jechać do Kałdowa i stamtąd pojechać autobusem do Piekła.

Jedziemy więc do Kałdowa. Schodzimy z bardzo wysokiego nasypu z trudem mocu­jąc się z bagażem, i idziemy drogą ni to do wsi, ni miasteczka. Naprzeciw wybiega gromadka małych dzieciaków, szwargocąc po niemiecku. Maluchy w wieku 5-10 lat. Podskakują wokół nas, klaszczą w ręce i wy­krzykują: „Kasperle, Kasperle”. Zastana­wiające, jak one odgadły, że jesteśmy teatrem lalek? Czy to jakaś dziecięca in­tuicja, czy spostrzegawczość?

Zbliżamy się do pierwszych zabudowań krzyżówki. Wychodzi nam naprzeciw umundurowany młodzian z puszką w ręku. Potrząsa nią i podtyka każdemu pod nos. »WHW« (niemiecka akcja pomocy zimo­wej). Nikt nie wrzuca ani feniga. Łamiemy więc podstawową zasadę solidarności wpa­janą przez hitlerowców i ujawniamy w ich pojęciu niewybaczalną do nich wrogość. Działo się to niespełna trzy miesiące przed znaną prowokacją Niemców na stacji PKP w Kałdowie (20.05.39). Spalono wówczas barak, siedzibę Polskiej Straży Celnej.

Na rogu placyku przy stole siedzą jacyś umundurowani partyjni dygnitarze. Tradycyjnie zapewne miejscowy »Ortsgrupenleiter« z komitetem zbiórkowym. Miny po­nure, jakieś wrogie spojrzenia. Mijamy ich obojętnie i kierujemy się do miejsca po­stoju autobusu. Jest na przystanku, niektó­rzy pasażerowie już wsiadają, kilkanaście osób stoi jeszcze w kolejce.

Daję pieniądze i proszę Mionskowskiego o kupno biletów. Ten za chwilę wraca: »szkoda Niemcom dawać tyle pieniędzy« (chodziło o kilkanaście guldenów). Popiera go Piotrowski i mówi: »my to urządzimy le­piej i taniej, znajdziemy jakiegoś gbura (gospodarza), który nas podwiezie – na pewno taki się znajdzie«. Rzecz wydawała się niegłupia. Tym bardziej, że sam dojazd do Piekła nie rozwiązywał sprawy. Trzeba było jeszcze po południu dojechać do Szyman­kowa, bo tam o siedemnastej mieliśmy mieć następne przedstawienie, a w ogóle zabranie nas do autobusu nie było pewne.

Odpowiedziałem im więc: »róbcie, jak chcecie, ale pamiętajcie, że odpowiadacie za zorganizowanie przejazdu«. Poszło więc dwu naszych w jedną i drugą stronę i wró­cili z niczym. Nikt nie chciał z nami jechać za żadne pieniądze. Dopiero któryś gospo­darz, mieszkający najdalej na peryferiach, wyjaśnił przyczynę odmowy: »chętnie bym pojechał, ale Ortsgrupenleiter posłał do wszystkich gospodarzy gońca na rowerze z poleceniem, by nikt nie ważył się jechać z polskim Kasperle, jeżeli ktokolwiek ten polski teatr podwiezie, spotka się z naj­ostrzejszymi konsekwencjami władz«. Sy­tuacja stała się zupełnie jasna. Niemcy byli uprzedzeni o naszej wyprawie i robili wszystko, by nasze zamiary pokrzyżować. Jak niepyszni wróciliśmy tą samą drogą obok stolika z szyderczo uśmiechniętymi gębami hitlerowców i rozłożyliśmy bagaże w pustej poczekalni dworcowej.

Byłem zły, bo zbliżała się dwunasta, ter­min rozpoczęcia przedstawienia w Piekle, a my, w sytuacji bez wyjścia, jeszcze w Kałdowie. Pozostawało czekać na pociąg z Malborka i pojechać prosto do Szyman­kowa, z pominięciem Piekła. Tymczasem Piotrowski zdążył już się ułożyć do snu na ławce. Mionskowski też szukał miejsca, żeby odpocząć. Zwracam się do nich: »wzięliście odpowiedzialność za zorganizowanie przejazdu do Piekła, tam już ludzie na nas czekają, więc organizujcie«. Ciągnie jeden drugiego za rękę: »chodź – mówi – musimy coś poradzić«. I poszli.

Sytuacja wydawała się naprawdę bezna­dziejna, więc nie wierzyłem oczom, gdy za kilkanaście minut ujrzałem nadjeżdżające duże, czterodrzwiowe, czarne auto i wysia­dających z niego obu naszych bohaterów. »Mamy taksówkę. Pojedzie z nami, gdzie tylko zechcemy. To Niemiec, ale antyhitlerowiec, często jeździ z naszymi inspekto­rami celnymi«. Byliśmy uratowani.

Przytroczyliśmy z lewej strony auta po­krowiec z konstrukcją, na dachu umocowa­liśmy dekoracje, w niedomkniętym bagaż­niku umieściliśmy jedną skrzynię, na sie­dzeniach z tylu ulokowały się cztery osoby z drugą skrzynią na kolanach i drobnymi akcesoriami, ja obok kierowcy, a po mojej prawej stronie, ale na zewnątrz, za drzwia­mi, na stopniu stanął Mionskowski. Ruszyliśmy znowu przez Kałdowo.

Obawiając się dalszych wstrętów ze stro­ny »dygnitarzy« przy stoliku, poleciłem, by kierowca w tym miejscu przyspieszył. »Nie« – powiada stanowczo Mionskowski – »wolniej jechać«. Kierowca zwolnił, a on, trzymając się lewą ręką klamki, zwrócił do stolika twarz z okropnym grymasem i dło­nią z rozczapierzonymi palcami »zagrał na nosie«. Był tylko aktorem-amatorem, ale tę scenę odegrał po mistrzowsku. Przy stoliku zrobił się ruch, jakieś wygrażanie pię­ściami. Ktoś zerwał się z krzesła, ale kie­rowca dodał gazu i tyleśmy ich widzieli.

Do Piekła dojechaliśmy dopiero o trzyna­stej. Byliśmy zziębnięci i głodni ale zadowo­leni. Gospodarze sami zaproponowali prze­sunięcie spektaklu na godzinę czternastą byśmy mogli nieco odsapnąć, napić się i coś tam przekąsić. »Widzowie mieszkający bliżej Domu Polskiego poszli do domów i czekają na przywołanie, a ci z daleka czekają już przeszło godzinę, to poczekają i dłużej«.

Zebraliśmy się wreszcie do ustawienia scenki i rozmieszczenia dekoracji, rekwizy­tów i lalek. Sprawiło to nieco trudności, gdyż na skutek braku prawie połowy aktorów musiały pozmieniać się nieco czynności każ­dego z nas. Dom Polski nie był podłączony do sieci elektrycznej, a więc trzeba też było zaimprowizować oświetlenie, bo choć zaled­wie minęło południe, scena umieszczona w głębi sali na malej estradzie kryła się w cieniu. Użyliśmy do tego karbidówek dos­tarczonych na wyścigi z najbliższych domów.

Minęło napięcie wywałane przedpołu­dniowymi przejściami, czuliśmy się swobod­nie i praca postępowała dość składnie. Potem gong, powitanie obecnych, sala wypełniona, 260 może 300 osób, wytłumaczenie powodu opóźnienia (»my do was jak trzej Królowie do Betlejem, a tu na drodze Herody«) i przepro­siny za tak duże spóźnienie. (...)

Byłem kolejno: aniołem, jednym z paste­rzy, babą, znów jakimś bohaterem płci mę­skiej, potem królową, hetmanem i jeszcze kimś tam. Mówiłem grubszym głosem, to falsetem, znów normalnie, to trzymając się za nos, a wszystko w różnych pociesznych pozach. Podobno wyglądałem przekomicznie. Za scenką zaczęty się jakieś poszturchi­wania, wskazywanie na mnie i śmiechy. Na widowni też było coraz weselej i głośniej. Dojrzał mnie wreszcie ruszacz, Piotrowski, i też zaczął się śmiać. Ale jak! Zaczęły mu podskakiwać barki, potem ramiona, wreszcie ruchy te przeszły na lalki, które zaczęły dziwnie podrygiwać i kiwać się na wszystkie strony, a w końcu na moment ułożyły się na podłodze. Wtedy ogólna wesołość doszła do szczytu, cała sala aż huczała i oklaskom nie było końca. Opanowaliśmy się wreszcie i ja­koś szczęśliwie dobrnęliśmy do końca.

Po zasłonięciu kurtyny i pokazaniu się widzom słyszymy głosy: »co, już koniec?«. Gdy to potwierdzam, znów głos: „no to graj­cie co innego«. A gdy mówię, że nie jeste­śmy na to przygotowani, nie mamy lalek, dekoracji, pada znów głos: »inaczej was nie wypuścimy«.

»Kochani« – odpowiadam. „Wiecie, że pora spóźniona, a w Szymankowie już na nas czekają tak jak wy tu przedtem, więc chyba jednak nas puścicie«. »Puścimy, ale musicie przyrzec, że tu do nas prędko z nową sztuką przyjedziecie«. »Przyrzekamy!«. Los zdarzył jednak inaczej”.

Duże wrażenia na aktorach „Skrzata” po­zostawił wyjazd do Trzepowa, w niedzielę 2 kwietnia 1939 roku. W kancelarii pol­skiego dworu dali przedstawienie dla sie­demnastu widzów w wieku od trzech do dziewięćdziesięciu lat. Część dotarła z miej­scowości oddalonych nieraz o kilkanaście kilometrów – jedni przyszli piechotą, inni dojechali furmankami. Wielu z nich pierw­szy raz słyszało z „estrady” polskie słowo i polskie pieśni. Podziękowania były długie, serdeczne i mocno skropione łzami.

***

‘Skrzat’ w Skępem, 1939
‘Skrzat’ w Skępem, 1939
Fot. zbiory Andrzeja Bartza

Ostatnie przedstawienie w pełnym składzie „Skrzat” dał 18 czerwca, w Tczewie, na zakończenie roku szkolnego w szkole powszechnej nr 2. By uniknąć pytań urzędników granicznych o zawartość bagaży i cel podróży, zespół wjechał do Polski przez „zieloną granicę” (zresztą nie pierwszy raz), ukryty w pozbawionym okien pocztowym ambulansie. „Skrzatowcy” często w ten sposób unikali konfron­tacji z granicznymi urzędnikami. Zawsze się udawało. Ryzyko było jednak ogromne, bo czasem nadgorliwi urzędnicy zaglądali do środka.

Ostatnia próba w pełnym składzie odbyła się 22 czerwca 1939 roku. W lipcu był jeszcze krótki wyjazd do Skępego (obecnie w województwie kujawsko-pomorskim), gdzie w niepełnym składzie dali jeden występ w auli liceum pedagogicznego. Krótko później mężczyźni zaczęli masowo otrzymywać wezwania na ćwiczenia wojskowe.

W przewidywaniu wybuchu wojny prawie całe wyposażenie „Skrzata” (scena, dekoracje, lalki i rekwizyty) pozostawiono w Skępem, bo wydawało się tam bezpieczniejszej niż w Gdańsku. Na niewiele to się zdało. Według Bartza wszystkie lalki zostały stamtąd wynie­sione przez żołnierzy niemieckich, którzy ustroili nimi swoje czołgi i samochody, a reszta sprzętu uległa stopniowemu zniszczeniu.

Alojzy Bartz brał udział w kampanii wrześniowej. Osadzony w oflagu w Murnau prowadził tam obozowy teatr lalek wspólnie z Henrykiem Rytlem, nauczycielem z Pole­sia, który po wojnie był dyrektorem teatrów lalkowych w Krakowie i Łodzi. Po wojnie Bartz już nie zajmował się teatrem, wrócił do Gdańska, gdzie podjął pracę w resorcie oświaty.

Trochę szkoda, że w opracowaniach i pu­blikacjach, które dotyczą Polaków w Wol­nym Mieście Gdańsku, wzmianki o „Skrza­cie” pojawiają się niezmiernie rzadko.

 

Tymoteusz Jankowski

 

WYKORZYSTANO:

Bartz Alojzy, „Teatr Kukiełkowy »Skrzat« w W. M. Gdańsku 1935-1939 (wspomnienia, dokumenty, materiały). Na prawach rękopisu” (jeden egzemplarz w Bibliotece Gdańskiej PAN, drugi w bibliotece Wyższego Semi­narium Duchownego w Gdańsku-Oliwie);

Jedliński Wiesław, „Dzieje oświaty i kul­tury w Wolnym Mieście Gdańsku i na Po­wiślu”, Malbork 1998;

Szwentner Stanisław K., „Polacy z Piekła rodem”, Gdynia 1966;

Waszkiel Marek, „Dzieje teatru lalek w Pols­ce”, Warszawa 1990.

 

Pierwodruk: „30 Dni” 2/2009