PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Wypadek na ratuszowym dziedzińcu

Wypadek na ratuszowym dziedzińcu
Oficjalny akt zgonu stwierdzał, że Aleksander Gryglewski uległ nieszczęśliwemu i tragicznemu w skutkach wypadkowi. Nie podzielała tego zdania przynajmniej część opinii publicznej, a zwłaszcza gdańska Polonia.

Mówiło się, że utalentowany malarz, Aleksander Konstanty Gryglewski, od jakiegoś czasu skrupulatnie dokumentujący w swoich szkicach wygląd wnętrz Ratusza Głównego Miasta, popełnił samobójstwo, rzucając się w przypływie rozpaczy z ratuszowego okna na bruk wewnętrznego dziedzińca. Okoliczności tej śmierci pozostają do dziś nie w pełni rozwikłane. Pewną rolę w dramatycznych wydarzeniach, poprzedzających feralny dzień 29 sierpnia 1879 roku, mógł odegrać mistrz Jan Matejko. Wszystko zaś miało swój początek w namiętności... do mebli.

 
Fot. zbiory ‘Millenium Media’

 

Mistrz nad Motławą

W numerze 271 „Danziger Intelligenz-Blatt” z roku 1877, w specjalnej rubryce towarzyskiej, odnotowującej przybycie do Gdańska różnych gości, znalazła się krótka informacja oznajmiająca, że 5 października w „Hotel du Nord” zatrzymał się sławny polski malarz, Jan Matejko, z żoną i starszą córką. Hotel, dość ekskluzywny, mieścił się w samym centrum Głównego Miasta, w dużej kamienicy przy Długim Targu 19. Korzystało z jego usług wielu szacownych gości, głównie okolicznych ziemian. Dzień wcześniej zatrzymał się tam pan Sierakowski z Waplewa, nazajutrz mieli przybyć Donimirscy z Buchwałdu.

Przyjazd artysty z Krakowa był dużym wydarzeniem dla tutejszej Polonii, która oczekiwała nań od dłuższego czasu. Do hotelu przybyli powitać mistrza jej przedstawiciele. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem, wręczyli gościowi specjalnie na tę okazję przygotowany, skreślony odręcznie, tak zwany adres powitalny, pod którym podpisało się jedenastu organizatorów i działaczy Polonii. Powitanie zaczynało się od słów: „Trudno opisać uczucie, jakie nas ogarnęło na wiadomość, iż mistrz sztuki, chluba narodu polskiego, zawitał do miasta naszego”. Dalej były usprawiedliwienia: „Mała nas garstka przybywa do Ciebie, artysto genialny, by ugiąć czoła przed potęgą Twej twórczości, lecz garstka ta przybywa w imieniu wszystkich Polaków, Gdańska i okolicy, pałających tym samym uczuciem”.

Przed przybyciem nad Motławę Matejko zatrzymał się na kilka dni w majątku Waplewo, gdzie przyjmowany był ze splendorami przez rodzinę Sierakowskich, jedną z najbogatszych na Pomorzu. Stamtąd wybrał się na wycieczkę powozem do pobliskiego Malborka i dalej, na grunwaldzkie pola. Pracował wówczas nad monumentalną „Bitwą pod Grunwaldem” i zależało mu szczególnie na zobaczeniu miejsca, które zamierzał przedstawić na płótnie. Był to główny powód, dla którego przybył w te strony, dalsza wędrówka wzdłuż Wisły na północ miała charakter turystyczny.

Przybysz z Krakowa uznał, że przy okazji warto obejrzeć stary Gdańsk. Na pobyt w mieście przeznaczył jedynie trzy dni. Niewiele wiadomo o tym, co robił w tym czasie. Z całą pewnością, jak każdy przyjezdny, zwiedzał zabytki miasta i dzieła sztuki. Widział ich jednak w swoim życiu tyle, że nie wywarły na nim, jak można sądzić, większego wrażenia. Przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo. Nie zachowały się żadne listy, które dotyczyłyby gdańskich peregrynacji.

mistrza. Wątpliwe, aby sporządził w tak krótkim czasie jakiekolwiek szkice. Jego apodyktyczna żona była na tyle absorbującą osobą, że można przypuszczać – nie miał na to czasu. Z całą pewnością Matejko poznał malarza Wilhelma Stryowskiego, postać wybitną i ciekawą, z lubością oddającą się portretowaniu przybywających do Gdańska flisaków i polskich szlachciców, paradujących po mieście w czerwonych kozaczkach. Nazwisko Stryowskiego świadczy o jego polskim pochodzeniu, ale nie posługiwał się językiem przodków, więc obaj artyści rozmawiali po niemiecku. Urokliwa pracownia Stryowskiego mieściła się w pofranciszkańskim gmachu przy ulicy Rzeźnickiej.

Wśród wielu cennych i ciekawych sprzętów, jakimi otaczał się gdańszczanin, Matejko dostrzegł zabytkowe siodło z rzędem, które w sam raz pasowało mu do wizji uzbrojenia rycerzy, zmagających się na grunwaldzkim polu. Nie krył zainteresowania obiektem, a ponieważ zdawał sobie sprawę z faktu, że na miejscu nie zdoła wykonać odpowiednich szkiców, był nieco zmartwiony. Na szczęście uprzejmość gospodarza okazała się nadzwyczajna. Stryowski chętnie wypożyczył eksponat, szczęśliwy, że ożyje na historycznym płótnie.

Podczas pobytu na Pomorzu Matejkę szczególnie zainteresowały stare, ciężkie i bogato zdobione gdańskie meble. Już podczas wizyty w waplewskim dworze u Sierakowskich uległ ich czarowi. Jedna z sal dworu, nazwana gdańską, w całości wyposażona była w takie sprzęty. Piękne okazy tych mebli można było wówczas znaleźć nie tylko w muzeach i budynkach publicznych. Wiele znajdowało się w posiadaniu prywatnym i trafiało od czasu do czasu na aukcje oraz do wyspecjalizowanych handlarzy antykami. Matejko zapragnął nabyć kilka szaf pięknej, snycerskiej roboty do swego krakowskiego domu. Ponieważ jednak zabrakło mu czasu na odszukanie właściwych egzemplarzy i sfinalizowanie całej transakcji, postanowił powierzyć to zadanie przyjacielowi ze studiów. To szczególne zainteresowanie mistrza ma związek z tragedią, która wydarzyła się na ratuszowym dziedzińcu.

 

W kręgu przyjaciół

Aleksander Konstanty Gryglewski urodził się 4 marca 1833 roku w Brzostku, jako syn Kajetana i Katarzyny Soleckiej. Ukończył szkoły w Krośnie, w latach 1852-1857 studiował w Krakowie na oddziale sztuk pięknych w Instytucie Technicznym. Tam poznał Jana Matejkę. Należeli do jednej „paczki”, grona serdecznych przyjaciół, do której zaliczali się również Aleksander Kotsis, Artur Grottger, Florian Cynk oraz inni przyszli malarze i rzeźbiarze, studenci kierunków artystycznych. Obdarzony wesołym usposobieniem i niestroniący od wyskokowych trunków, Aleksander był powszechnie lubiany. Pochodził ze środowiska drobnych właścicieli i dzierżawców, lecz mimo mizernej kondycji finansowej rodziny, dzięki talentowi i zaradności, zdołał ukończyć studia w Krakowie. Profesor Michał Łuszczkiewicz zwrócił uwagę na jego zainteresowania i talent, i już wówczas zachęcał go do „malowania wnętrzy”.

Przyjaźń z Matejką okazała się nadzwyczaj trwała, bywało, że w trudnym położeniu materialnym wzajemnie się wspomagali. Na wspólnych wycieczkach dla zabawy opracowywali te same tematy, podejmując się niekiedy współpracy w ramach jednego płótna. Kiedy Gryglewski wykreślał perspektywę w niektórych obrazach. Matejki, Matejko zaludniał figurkami przechodniów puste wnętrza kościołów, na płótnie, które malował Gryglewski. Powstawały obrazy, które miały właściwie dwóch autorów. Po studiach przyjaciele radośnie wyruszyli do Monachium, korzystając ze stypendium (120 guldenów), którego udzieliła hrabina Zofia Arturowa Potocka, życzliwa i hojna dla młodych artystów, a szczególnie dla obu malarzy.

W pierwszych latach po powrocie do kraju Gryglewski z zapałem utrwalał miejski krajobraz i wnętrza krakowskich kościołów. Drzeworytowe reprodukcje jego dzieł pojawiały się w „Kłosach” i „Tygodniku Ilustrowanym”, co przyczyniło się do wzrostu jego popularności. Jeden z jego obrazów znalazł się nawet (w 1867 roku) na wystawie światowej w Paryżu. Towarzyszyło mu powodzenie, miał dobrą prasę, krytycy sztuki zachwalali jego kunszt, porównując go do wielu wówczas znanych artystów zagranicznych, których nazwiska dziś nic nikomu nie mówią. Jego prace były wystawiane w galeriach Krakowa, Warszawy i Lwowa, niektóre trafiły również do Pragi i Wiednia. Ceny jego obrazów miały osiągać tysiąc guldenów lub tysiąc rubli. Panowało przekonanie, że dorobił się solidnego majątku.

Podejmował liczne prace i podróże. Oczekiwał, że osiągnie prawdziwą stabilizację, kiedy otrzyma katedrę perspektywy w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Niestety, od 1875 roku spadła na niego seria bolesnych doświadczeń osobistych. Po śmierci brata żony musiał się zająć skomplikowaną likwidacją pozostawionego przez niego folwarku; kiedy objął wymarzoną katedrę, okazało się, że otrzymał skromniejszą pensję niż oczekiwał; a w 1878 roku po ciężkiej chorobie zmarła żona. Był załamany.

 

Ratuszowe okno

Matejko postanowił pomóc przyjacielowi w trudnej sytuacji. Uznał, że najlepiej podziała na niego oderwanie od Krakowa i wiążących się z nim złych wspomnień. Dzięki jego protekcji Gryglewski trafił do odległego Waplewa, gdzie znalazł gościnną przystań u Sierakowskich. W tece artysty zachował się szkic akwarelą z 1878 roku, na którym utrwalony został niezwykle malowniczy dwór pomorskich ziemian, prawdziwe cacko, jak z opisu w „Panu Tadeuszu”. Hojność gospodarzy zapewniała artyście beztroskie bytowanie. Spędził na Pomorzu dwa kolejne turnusy w latach 1878, 1879, podczas których odwiedzał nie tylko Gdańsk, ale również Toruń.

W Gdańsku zatrzymał się w domu pani Roehr przy Podwalu Przedmiejskim 39 (Vorstadtischer Graben). Było to miejsce szczególne: dom słynący z przywiązania do polskości. Pisał o nim i jego właścicielce Stanisław Tarnowski, znany historyk literatury, a potem rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego: „jest polską opatrznością w Gdańsku, a zarazem pociechą, przyjemnością pobytu w mieście. I bardzo chyba musi być rzadki lub bardzo niewdzięczny ten, co wyjeżdżając nie żegnałby jej z żalem. Ale to dziś jedyny w Gdańsku dom polski żyjący i zupełnie na wskroś polski”.

Dom przed laty należał do Makowskich i stanowił swoiste muzeum historii i sztuki, gościli tu przyjeżdżający do Gdańska najwybitniejsi polscy artyści, między innymi Deotyma, Józef Ignacy Kraszewski. Kiedy w 1868 roku dawni właściciele przenieśli się do Krakowa, dom i firmę handlową przekazali krewnym. Maria Roehr, kolejna właścicielka, była siostrą pani Makowskiej. Po śmierci męża samodzielnie kierowała firmą i kontynuowała tradycje poprzedników. Prowadziła korespondencje z pisarzami i pomagała Polakom przebywającym w Gdańsku. Jest bardzo prawdopodobne, że podczas swego pobytu również Matejko odwiedził to miejsce.

Maria Roehr była osobą znaną, a w samym Krakowie miała wielu znajomych i przyjaciół. W tym domu Gryglewski mógł zawsze liczyć na dobrą opiekę. Miał dużo czasu, aby poznać miasto, jak zwykle wiele szkicował, interesowały go, co zrozumiałe, zabytki. Zachował się obraz jego autorstwa przedstawiający zegar astronomiczny w Kościele Mariackim oraz szkic ołówkiem, z 1879 roku, przedstawiający kręcone schody w sieni Ratusza Głównego Miasta. Z pewnością jest to jedna z ostatnich jego prac.

Gryglewski chodził do ratusza i szkicował na papierze jego wnętrza. Wiadomo, że w 1878 roku rozpoczął prace nad obrazem olejnym „Wnętrze czerwonej sali ratuszowej”. Stanisław Tarnowski, w 1884 roku, tak wspomina tragiczny wypadek: „Wielka ona nie jest (Sala Czerwona), ale jest wspaniała. (...) Wiąże się do niej jedno smutne wspomnienie: dla niej przyjechał do Gdańska Gryglewski, jedyny podobno w Polsce malarz – specjalista znakomity od pokojowych perspektyw – i malował ją, kiedy w napadzie umysłowej choroby rzucił się z jakiegoś okna na wewnętrzny dziedziniec ratusza”. Zdarzenie miało miejsce 29 sierpnia 1879 roku. Zwłoki Aleksandra Gryglewskiego z roztrzaskaną o kamienny bruk głową znaleziono na dziedzińcu. Spadł z okna drugiego piętra.

Portret Aleksandra Gryglewskiego, rycina z „Tygodnika Ilustrowanego” z 1879 roku
Portret Aleksandra Gryglewskiego, rycina z „Tygodnika Ilustrowanego” z 1879 roku
Fot. Zbiory BG PAN

Czy przyczyną śmierci była rzeczywiście ukryta choroba umysłowa lub rozstrój nerwowy? Tragiczne wydarzenie poruszyło wszystkich, a akt zgonu dowodził, że był to nieszczęśliwy wypadek. Jednak po mieście krążyły plotki. Mówiło się, że artysta wpadł w poważne tarapaty finansowe. Przypuszczano, że miało to związek z transakcjami zakupu gdańskich mebli, jakie przeprowadzał, by wyręczyć Matejkę. Podejrzewano, że Gryglewski, który nie umiał żyć w zgodzie z posiadanym budżetem, mógł wpłacać zaliczki, z nadzieją, że hojny przyjaciel jest gotów przeznaczyć na całą operację znacznie większe środki. Powstały poważne zobowiązania. Kosztowne meble wyruszyły w drogę do Krakowa, ale pozostały niezapłacone należności. Kiedy minęły terminy, zaczęli dobijać się wierzyciele i byli coraz bardziej natarczywi. Gryglewski osobiście ręczył za terminy płatności i zapewniał, że w całej operacji był tylko pośrednikiem. Uspokajał, że monitowany przez niego właściwy nabywca z pewnością w niedługim czasie ureguluje wszelkie zobowiązania. Wierzono mu, ale do czasu, a podejrzenia, że jest oszustem bardzo go bolały. Mogły też przyczynić się do pogłębienia depresji, która spowodowała, że w chwili załamania zdecydował się na nieszczęsny krok. Pozostawił dwoje dzieci, Zofię (później Rudnicką) i Aleksandra (1874-1940), który w przyszłości miał pójść w ślady ojca i także zostać malarzem.

Sprawa pokrycia nieszczęsnych długów ciągnęła się, ale wszystkie zaangażowane strony wykazywały dobrą wolę, uznając koniec końców, że tylko kompromis jest w stanie rozwiązać wzajemne pretensje. Jaki był wynik tej ugody – pewnie nie dowiemy się nigdy. Wiadomo jedno: że Matejko przez czas pewien nie cieszył się najlepszą opinią nad Motławą.

Polacy z Gdańska towarzyszyli w ostatniej drodze Gryglewskiego. Został pochowany na cmentarzu św. Mikołaja, który znajdował się na stoku wzgórza za obecną ulicą 3 Maja, w pobliżu grobu męża Marii Roehr. Ta ostatnia, wstrząśnięta bolesnymi wydarzeniami, zawiadomiła o tym co zaszło Józefa Ignacego Kraszewskiego, z którym od lat korespondowała. Pisząc o smutnych przeżyciach, podkreśliła, że najważniejszą sprawą jest utrzymanie Domu Polskiego, egzystującego od trzydziestu lat.

 

Zapomniana mogiła

Kilka lat po tragicznej śmierci malarza, w 1884 roku, do Gdańska przyjechał dziennikarz warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego”. W swojej relacji – „Dwie doby w Gdańsku” – Ludwik Jenike opisał tutejsze życie z perspektywy podróżującego turysty, można powiedzieć obcokrajowca. Oczywiście, interesowały go zwłaszcza polskie pamiątki, których wiele odnalazł.

Wiedziony opowieściami o tragicznie zmarłym artyście, zaszedł również na cmentarz św. Mikołaja, lecz nikt nie potrafił wskazać mu jego grobu. W relacji w „Tygodniku” napisał: „Aby zwiedzić grób Gryglewskiego, wybraliśmy się przed wieczorem na cmentarz św. Mikołaja. Niełatwo było dopytać się o cel poszukiwań naszych, nazwiska bowiem Gryglewskiego nikt tu nie zna; dopiero gdyśmy wspomnieli, że to ów malarz polski, który z Ratusza na bruk się rzucił, żona grabarza pokazała nam mogiłę jego wzniesioną nad podziemiem murowanym, ale w wielkim znajdującą się zaniedbaniu”.

 

Waldemar Borzestowski

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1/2007