PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Wracali do kraju przez Gdańsk

Wracali do kraju przez Gdańsk
Po zakończeniu I wojny, w 1919 roku rozpoczęły się powroty Polaków drogą morską z obczyzny do odrodzonej Polski, a droga ta wiodła przez port w Gdańsku.
Więcej artykułów poświęconych Gdańskowi znajdziesz na stronie głównej gdansk.pl

Takie powroty (nie tylko morzem, ale także lądem) rozpoczęły się już w 1918 roku, ale prowadziły innymi szlakami. Wśród powracających byli emigranci zarobkowi, zdemobilizowani żołnierze, jeńcy wojenni, a także uciekinierzy z Rosji i wielu innych.

Ujście Wisły do morza, po lewej zachodni falochron, a po prawej wąski pas lądu oddzielający basen wolnocłowy od zatoki, gdzie w latach 1919-1920 zawijały statki z powracającymi do kraju Polakami; widoczne dawne baraki kwarantanny; lata 30. XX w.
Ujście Wisły do morza, po lewej zachodni falochron, a po prawej wąski pas lądu oddzielający basen wolnocłowy od zatoki, gdzie w latach 1919-1920 zawijały statki z powracającymi do kraju Polakami; widoczne dawne baraki kwarantanny; lata 30. XX w.
Fot. fotopolska.eu

Wobec masowości tych powrotów sprawująca w Polsce tymczasową władzę Rada Regencyjna powołała w marcu 1918 przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych specjalny Wydział Reemigracji, a już w listopadzie – Państwowy Urząd do Spraw Jeńców Wojennych, w grudniu zaś obie te instytucje połączono w jeden Państwowy Urząd dla Spraw Powrotu Jeńców, Uchodźców i Robotników (JUR). Kolejna zmiana zaszła po 22 kwietnia 1920, kiedy w miejsce JUR utworzony został przy Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej Urząd Emigracyjny, który prowadził „wszystkie sprawy dotyczące emigracji, reemigracji, imigracji i opieki nad wychodźcami”. Polskie władze przyjęły od początku, że ruch migracyjny przez Gdańsk będzie prowadzony wyłącznie polskimi siłami i nikt nie będzie na nim zarabiał. Inaczej zapatrywały się na to gdańskie władze, które pragnęły przejąć nadzór nad powrotami Polaków i na nim zarabiać.

Jak wiemy, w 1919 roku Gdańsk nie był miastem – jak wielu oczekiwało – przydzielonym Polsce, ale na mocy postanowień wersalskich został wyłączony z terytorium państwa niemieckiego i przygotowywał się do przyjęcia statusu wolnego miasta. Również w stadium organizacji było wiele polskich urzędów centralnych i terenowych oraz przedstawicielstwa dyplomatyczne za granicą, dlatego w początkowym okresie działalność tych instytucji na rzecz powracających do kraju była wielką improwizacją. Atmosferę tamtego czasu oddaje stwierdzenie z polskiego sprawozdania, które wysłano 2 września 1919 z Gdańska do Warszawy: „Robimy wszystko co możliwe, aby możliwie przeprowadzić tę sprawę, robimy nawet rzeczy niemożliwe”.

 

W jeszcze niezupełnie Wolnym Mieście

Organizacją powrotów Polaków do kraju zajmowały się polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne. One wydawały migrantom wymagane dokumenty, sporządzały ich listę i wysyłały telegrafem do Polski, żeby było wiadomo, kto płynie w każdym transporcie. One też przydzielały nieduże zapomogi pieniężne, odzież i inną najbardziej potrzebną pomoc.

W 1919 roku jedyną polską instytucją rządową działającą oficjalnie w Gdańsku, która była zdolna zająć się odbiorem polskich migrantów była kierowana przez Mieczysława Jałowieckiego Generalna Delegatura Ministerstwa Aprowizacji przy Amerykańskiej Misji Żywnościowej. Delegatura zajmowała się przede wszystkim odbiorem dostarczanej statkami zagranicznej pomocy żywnościowej dla Polski i odsyłaniem jej koleją do głodującego kraju najkrótszą drogą przez stacje graniczne w pruskim Iłowie (Illowo) i polskiej Mławie. Zadanie miała niełatwe wobec nieterminowego podstawiania wagonów towarowych przez niemiecką kolej, która na mocy specjalnej umowy była zobowiązana zapewnić je Generalnej Delegaturze (przyczyną nie była zła wola Niemców, ale zwlekanie strony polskiej z odsyłaniem wykorzystanych wagonów; niektóre tygodniami czekały puste na bocznicach w Polsce). Innym dużym utrudnieniem dla pracy Delegatury były częste przypadki zuchwałych kradzieży, których dopuszczali się gdańscy i pomorscy Niemcy, którzy podobnie jak Polacy doświadczali niedostatków w zaopatrzeniu w podstawowe artykuły żywnościowe.

Do przełomu listopada i grudnia 1919 działała w Gdańsku jeszcze jedna polska struktura. Był to Podkomisariat Naczelnej Rady Ludowej, który skupiał najbardziej aktywnych miejscowych Polaków, jednak nie był zdolny dźwignąć ciężaru obsługi ruchu migracyjnego.

 

Pierwsza depesza

Telegraficzna zapowiedź przypłynięcia pierwszej grupy powracających przez Gdańsk do Polski nadeszła do Generalnej Delegatury z końcem lipca 1919 (dotyczyła transportu 724 osób z Archangielska i Murmańska). Niebawem zaczęły napływać podobne awiza od różnych polskich przedstawicielstw zagranicznych. Jałowiecki zwrócił się o pomoc do gdańskich Polaków. Ich odzew był natychmiastowy. Jeszcze w lipcu zawiązał się Komitet Opieki nad Reemigrantami (z doktorową Franciszką Panecką jako przewodniczącą), który włączył się do prac przygotowujących odpowiednią bazę w Gdańsku, a także podjął zbiórkę pieniędzy. Polskie dzienniki – „Gazeta Gdańska” i „Dziennik Gdański” – co jakiś czas publikowały listy darczyńców. Przekazywane sumy wynosiły od kilku do kilkuset i więcej marek. Do tego funduszu dokładali się także powracający rodacy, np. we wrześniu 1919 adwokat Niemark z Helsinek (Helsingfors) zebrał od nich na fińskim parowcu „Von Döbeln” 127 marek i przekazał Komitetowi Opieki.

 

Nabrzeże, zaplecze, wagony, fundusze

Do najpilniejszych zadań należało znalezienie nabrzeża, przy którym mogłyby cumować statki z migrantami oraz przygotowanie miejsca, gdzie po zejściu na ląd powracający mogliby otrzymać posiłek, pomoc medyczną i czekać na podstawienie pociągu. Nie mogli czekać w mieście, gdyż – w myśl umowy, jaką Generalna Delegatura podpisała z gdańskimi władzami – wstęp do miasta był dla nich zakazany ze względów sanitarnych (musieliby przejść długą i uciążliwą kwarantannę). Niemożliwe było też czekanie na statkach, gdyż musiały one  opuszczać nabrzeże, by zwolnić miejsce dla jednostek z pomocą żywnościową. Należało też pozyskać sam tabor kolejowy.

Najlepsze warunki do odbioru migrantów zapewniało nabrzeże basenu wolnocłowego w Nowym Porcie (przy samym ujściu Wisły), z którego korzystała Misja Żywnościowa. To tu przeładowywano pomoc żywnościową wprost na wagony i ekspediowano na obszar Polski. W związku z tym panował tu duży ruch statków. Jałowiecki miał obawy, że może zabraknąć miejsca dla statków z migrantami, ale ta obawa na szczęście się nie urzeczywistniła.

Tuż przy basenie wolnocłowym stały baraki kwarantanny, które doskonale nadawały się na zaplecze z biurem, stołówką, magazynem i poczekalnią. Zajmowały wąski pas lądu między basenem wolnocłowym i plażą, tuż przy nasadzie zachodniego falochronu (obecnie z zieloną latarnią). Generalnej Delegaturze udało się je wydzierżawić od władz miasta. Były mocno zaniedbane i brudne, ale po kilka dniach zostały dostosowane do nowej roli, a dużą pomoc okazały tu panie z Komitetu Opieki. W sprawozdaniu Jałowiecki zanotował: „Wydostaliśmy łóżka, koce, bieliznę, a nawet ubrania. Wszędzie była czystość, porządek. Panie nasze udekorowały sale barwami narodowymi, ksiądz dokonał poświęcenia”. Jednorazowo baraki mogły pomieścić do stu pięćdziesięciu osób.

Pozyskanie taboru kolejowego było zadaniem o tyle niełatwym, że tym razem chodziło o wagony do przewozu ludzi a nie towarów. Zgodnie z umową, jaką Generalna Delegatura zawarła z niemieckimi władzami, te wagony razem z lokomotywą i zapasem węgla powinna udostępniać Polska. Rzeczywistość była taka, że Jałowiecki nie raz zmuszony był podstawiać dla migrantów wagony towarowe, bo takimi dysponował na potrzeby transportów żywnościowych, a pasażerskich nie mógł się doprosić od polskich kolei. Robił to niejako wbrew interesom głodujących w kraju rodaków, bo w pozyskiwanych z trudem wagonach zamiast żywności ekspediował ludzi.

Żeby nadać obsłudze migrantów sprawne ramy organizacyjne w sierpniu 1919 przy Generalnej Delegaturze utworzono Wydział Reemigracyjny, którego kierownikiem został Czesław Raczewski. Wydział zatrudniał w różnych okresach około dwudziestu osób i dodatkowo był wspomagany przez grupę oddanych sprawie wolontariuszek z Komitetu Opieki. Działał jako placówka Generalnej Delegatury do 11 kwietnia 1920, a 12 kwietnia przejął go całkowicie Państwowy Urząd JUR.

Z korespondencji MSZ w Warszawie z Delegaturą Rządu RP w Gdańsku
Z korespondencji MSZ w Warszawie z Delegaturą Rządu RP w Gdańsku
Fot. Zbiory Archiwum Państwowego Gdańsk

Obsługa tego ruchu migracyjnego nie mogła się obyć – co oczywiste – bez odpowiednich funduszy. Koszt utrzymania jednej przypływającej osoby, wliczając prowiant, przejazd z Gdańska do granicy wagonem towarowym lub trzeciej albo czwartej klasy, przeładunek bagażu itp. wynosił około trzydziestu sześciu marek. Państwowy Urząd JUR przekazał Wydziałowi Reemigracyjnemu ćwierć miliona marek niemieckich na ten cel, z czego niemałą część pochłonęły koszty administracji (pensje kierownika wydziału, gospodarza baraków, dwóch pracowników biurowych, ekspedienta, gospodyni, sanitariuszy, kucharek, służących i stróżów). Uzyskano też zgodę Ministerstwa Aprowizacji na odpłatne korzystanie z tłuszczów, mąki, konserw mięsnych, skondensowanego mleka i innych artykułów, które przypływały z zagraniczną pomocą. Dzięki temu każdy z migrantów mógł w Gdańsku dostać cztery razy dziennie prosty, ale pożywny posiłek, który składał się z chleba, tłuszczu, kawy, kakao, zupy, kaszy i ryb. Otrzymywał też suchy prowiant obliczony na dwa dni podróży do Polski (tak długo jechało się z Gdańska do stacji granicznej w Mławie). Był to chleb (albo bułki), cukier, herbata, konserwa mięsna, dzieciom przysługiwała dodatkowo puszka mleka. Dla wzmocnienia tego funduszu po kilku miesiącach zaczęto pobierać od przyjeżdżających opłatę w wysokości dolara od osoby i w ciągu kilku miesięcy podniesiono ją do trzynastu dolarów. Po wyczerpaniu państwowych subwencji korzystano z tych pieniędzy na pokrycie bieżących wydatków. Innym sposobem na uzupełnienie funduszu było zaciąganie pożyczek. Koszty pobytu migrantów pokrywano też z funduszu Komitetu Opieki (między innymi opłacano zawodowe pielęgniarki).

 

Relacje trudne i mniej trudne

Jałowiecki prawie co dzień prowadził „formalną walkę” o zachowanie baraków, które zaadaptował na potrzeby migrantów. Był z nich bardzo dumny, natomiast Niemcy zapragnęli je odzyskać, a „szczególną gorliwością pod tym względem odznaczał się Prezydent Rejencji Gdańskiej Pan Foerster”.

Relacje ze stroną niemiecką bywały też dobre. Generalnej Delegaturze udało się kilka razy uzyskać rzecz niebagatelną – wagony pasażerskie. Sprawa była nagląca. Wagony miały posłużyć do obsługi pierwszych transportów. Dowiedziawszy się, że nie dostanie ich od swoich, Jałowiecki zwrócił się do niemieckiej kolei i mimo obaw, zostały one udostępnione. Były „co prawda trzeciej klasy” i mocno zużyte, ale po odmalowaniu prezentowały się przyzwoicie. Wszystkie zostały ponumerowane i opatrzone tabliczkami z napisem „pociąg reemigracyjny”. Co było bardzo ważne, w każdym była kuchenka, na której można było zagrzać wodę.

Te wagony Jałowiecki dostał pod warunkiem zwrotu „niezwłocznie” po wykorzystaniu. Tymczasem skład wrócił do właścicieli z dwutygodniowym opóźnieniem, które byłoby jeszcze dłuższe, gdyby nie „wielokrotne rozpaczliwe telegramy” ze strony Generalnej Delegatury. Co ciekawe, Niemcy zgodzili się jeszcze raz użyczyć podobne wagony na potrzeby kolejnego transportu. „Ale trzeci transport wobec niespełnienia warunków zwrotu wagonów pasażerskich z pierwszego transportu (...) musieliśmy wysłać wagonami towarowymi”, wyznał szef Generalnej Delegatury.

 

Odprawy graniczne

Zanim przypłynął transport z Archangielska, nadeszła depesza, że do Gdańska zbliża się niemiecki parowiec „Mecklenburg” z 24 osobami powracającymi z Francji. Statek zawinął do Gdańska 13 sierpnia. Migranci jeszcze tego samego dnia odjechali w stronę Polski czyli – jak wówczas mówiono – „do Kongresówki”.

Niestety, niewiele wiemy o tym pierwszym transporcie. Wiadomo, że osoby przybyłe z Francji opuściły Gdańsk pociągiem numer 387. Zapewne nie był to skład wynegocjowany przez Jałowieckiego od Niemców, bo na potrzeby dwudziestoczteroosobowej grupy z powodzeniem wystarczał jeden wagon. Przypuszczalnie odjechali doczepionym do transportu żywnościowego wagonem towarowym albo wagonem kurierskim Amerykańskiej Misji Żywnościowej, gdyż wszyscy mogli się w nim pomieścić.

Wagon kurierski AMŻ był niejednokrotnie wykorzystywany do obsługi ruchu migracyjnego. Był to wagon sypialny. Dzięki temu, że należał do międzynarodowej misji koalicyjnej, nie podlegał kontroli ze strony niemieckiej straży granicznej w Iłowie, która wielokrotnie dopuszczała się bezprawnych i brutalnych konfiskat mienia i pieniędzy.

Był to jawny rozbój, ponieważ w myśl zawartych umów bagaż osobisty migrantów nie podlegał kontroli granicznej. Aby uchronić się przed takimi sytuacjami, transportom towarzyszyli polscy konwojenci, a wagony były zamknięte na klucz aż do stacji w Mławie. Ale nierzadko także po polskiej stronie wracający narażeni byli „na zbyt gorliwe stosowanie wszelkich prawideł reemigracyjnych przez odnośnych funkcjonariuszy państwowych”, co w praktyce oznaczało kolejne grabieże i wyłudzenia. Dlatego konwojenci nawet i tu nie opuszczali pociągów.

A jak to wyglądało w Gdańsku? Według Jałowieckiego: „Co do kontrolowania paszportów reemigrantów oraz rewizji bagażu osobistego to pod tym względem władze niemieckie w Gdańsku zachowują się bardzo przyzwoicie”, pisał.

Informacja kierownika Wydziału Reemigracji
Informacja kierownika Wydziału Reemigracji
Fot. Zbiory Archiwum Państwowego Gdańsk

Z Archangielska i z Danii

Zapowiedziany statek z Archangielska (z 724 osobami) przypłynął na gdańską redę niespełna dwa tygodnie po „Mecklenburgu”. W drodze do Gdańska zawinął do Kopenhagi, gdzie przyjął kolejnych 336 reemigrantów (Dania była popularnym celem emigracji zarobkowej). Był to angielski parowiec „Caryca” („Carica”).

Co ciekawe, jak napisał w sprawozdaniu Jałowiecki, władze niemieckie kategorycznie odmówiły przyjęcia na ląd pasażerów z tego statku i przepuszczenia dalej przez pruskie terytorium do Polski. Odmowę tłumaczono tym, że nie przewiduje tego paragraf 16 warunków rozejmu z 11 listopada 1918 (zawarty pomiędzy Ententą i Niemcami w Compiègne), który stanowił: „Alianci będą mieli wolny dostęp do terytoriów ewakuowanych przez Niemców na Wschodzie już to przez Gdańsk, już to Wisłą, aby móc zaopatrywać ludność i w celu utrzymania porządku” (w zapisie tym nie ma mowy o przewozie osób). Jak pisał Jałowiecki, trzeba było zdecydowanej interwencji koalicjantów i wielokrotnego komunikowania się z Berlinem, „nim wreszcie po trzech dniach [to jest 28 sierpnia – TTG] władze zdecydowały się dać pozwolenie na wylądowanie [wyokrętowanie – TTG] reemigrantów i przejazd przez terytorium niemieckie do Polski”. Na szczęście takich przeszkód już później nie było i Jałowiecki mógł napisać: „Dalsze transporty poszły już gładziej”.

Jak donosiła „Gazeta Gdańska”, w niedzielę 31 sierpnia, 726 migrantów odjechało pociągiem do kraju – zapewne był to pierwszy ze składów, jakie niemieckie koleje udostępniły Jałowieckiemu. Reszta, która pozostała na „Carycy”, tego samego dnia odpłynęła do Rewla (Tallin).

W tym samym ostatnim dniu sierpnia 1919 duński parowiec „Grenaa” wpłynął na Zatokę Gdańską z kolejnymi siedemdziesięcioma migrantami. Nie zawinął jednak do Gdańska, ale z nieznanych przyczyn skierował się do Sopotu, gdzie z pokładu zeszła część pasażerów, resztę zaś dowiózł do Gdańska. Co ciekawe, o tym rejsie donosiła jedynie „Gazeta Gdańska”. Nie wspomina o nim „Dziennik Gdański”, który w rubryce „Ruch portowy” skrupulatnie odnotowywał wszystkie statki przypływające i odpływające Wisłą i morzem. Nie został też odnotowany w dokumentach Komisarza Generalnego RP w Gdańsku, wśród których znajdują się archiwa kierowanej przez Jałowieckiego Delegatury Rządu (dokumenty te znajdują się w gdańskim Archiwum Państwowym).

Warto dodać, że w 1930 roku parowiec „Caryca” został zakupiony przez Polskę i do 1946 roku pływał pod nazwą „Kościuszko”. Następnie został sprzedany Anglikom, a w 1950 roku zezłomowany.

 

Trudne powroty

Zrozumienie dla trudnych i niekomfortowych warunków powrotu do kraju okazywali bodaj wszyscy migranci z wyjątkiem części pasażerów z warstwy, którą Jałowiecki nazywał na ówczesną modłę sferą inteligentną, czyli – inteligencja, ziemiaństwo itp. Niezadowolenie brało się z faktu, że nie można było podróżować w wagonach pierwszej klasy i sypialnych. Nie podstawiały ich niemieckie koleje, a polskie też nie kwapiły się, by spełniać takie oczekiwania. Jałowiecki, który miał trudności z uzyskaniem wagonów nawet trzeciej klasy (pragnął je mieć choćby dla matek z dziećmi, co też najczęściej się nie udawało), czuł się tym mocno dotknięty i proponował, by przyzwyczajeni do wygód pozostawali „tak długo za granicą, nim się nie ustali komunikacja wagonów sypialnych między Gdańskiem a Polską”.

Innymi przybyszami, z którymi Wydział Reemigracyjny przy Generalnej Delegaturze wolałby nie mieć do czynienia, byli deportowani głównie z Anglii (ale też Holandii) Rosjanie, Łotysze i osoby narodowości żydowskiej. Nie mieli oni dokumentów wystawionych przez polskie placówki dyplomatyczne, niektórzy posiadali stare paszporty imperium rosyjskiego nieopatrzone wymaganymi podczas przekraczania granicy wizami polskich konsulatów, inni nie mieli żadnych papierów. Jałowiecki protestował przeciw takim transportom, ale nie mógł ich nie przyjmować. Zawiadamiał o nich placówkę graniczną w Mławie oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Komendę Główną Policji. Na szczęście, nie było ich zbyt dużo. Pierwsza grupa deportowanych (około stu Łotyszy, Rosjann, także Żydów, którzy zostali wydaleni jako bezrobotni lub podejrzani o przestępczość i „bolszewizm”) przypłynęła około 30 września na holenderskim parowcu „Lingestroom”. Statek ten przywiózł także 64 osoby z paszportami Polskiego Poselstwa w Hadze. Jak wynika z pisma Jałowieckiego, 2 października angielskim statkiem „St. Croix” razem z migrantami z Murmańska przypłynęło z Anglii 39 osób „obojga płci” z dziećmi, które deportowano za „przestępstwa przeciwko prawu” (byli to prawie wyłącznie Żydzi).

W październiku 1919 roku, przed plebiscytem na spornych terenach byłego zaboru pruskiego, Poselstwo Polskie w Brukseli wyekspediowało z portu w Antwerpii grupę Polaków, którzy podczas wojny dostali się do niemieckiej niewoli, a pochodzili z tych właśnie terenów. Liczono na to, że swoją aktywnością i głosami wesprą w plebiscycie polskie interesy. Przypłynęli 30 października francuskim statkiem „Suzanne et Marie”, nie było ich jednak zbyt wielu, zaledwie około trzydziestu osób.

 

Migracje Polaków w polskich rękach

W lutym 1920 gdańskie władze znalazły sojusznika w dążeniach do odebrania Polsce obsługi ruchu migracyjnego, a był nim Wysoki Komisarz Ligi Narodów, sir Reginald Tower, który w tamtym czasie objął w Gdańsku swój urząd. Razem z gdańszczanami zarzucał Polakom, że nie radzą sobie z obsługą reemigrantów i nie są w stanie uchronić miasta od chorób i zarazy. Posunął się do tego, że nakazał Generalnej Delegaturze, by niezwłocznie zwróciła gdańskim władzom baraki kwarantanny w Nowym Porcie. Tylko dzięki nieustępliwości polskich urzędników oddano je po licznych pertraktacjach dopiero w lipcu 1920, kiedy utworzony w kwietniu Urząd Emigracyjny (przypomnijmy: przejął wszystkie sprawy dotyczące emigracji, reemigracji, imigracji i opieki nad wychodźcami) otrzymał znajdujące się na Przeróbce pomieszczenia w byłych barakach wojskowych „Munitionshof” na prawym brzegu Kanału Portowego (blisko Nabrzeża Dworzec Drzewny) przy dzisiejszej ulicy Kujawskiej. Tam, za milion marek, dość szybko doprowadzono wodociąg i kanalizację, więc zarzut o zagrożeniu epidemiologicznym stawał się nieaktualny.

W okresie, kiedy sprawy migracyjne podlegały Generalnej Delegaturze, czyli od sierpnia 1919 do 12 kwietnia 1920, w Gdańsku przyjętych zostało 9981 powracających. Mimo że wszystkie transporty zostały obsłużone (żaden nie został nieprzyjęty), część powracających nie osiedliła się na stałe w kraju. Np. spośród żołnierzy polskiej ochotniczej armii generała Hallera, którzy zostawili w Ameryce pracę i przypłynęli, by wspomóc zbrojnie odradzającą się Polskę, dwanaście tysięcy po demobilizacji nie znalazło dla siebie miejsca i rozczarowani wrócili za ocean.

Ale pragnienie powrotu do Polski było bardzo silne, zarówno wśród emigrantów przebywających w krajach europejskich, jak i poza Europą. Z tego zapewne powodu do 1923 roku więcej osób do Polski wróciło niż ją opuściło.

 

Tadeusz T. Głuszko

 

Wykorzystano:

Dokumenty Komisariatu Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku w zasobach Archiwum Państwowego w Gdańsku;

Jałowiecki Mieczysław, „Wspomnienia, raporty i sprawozdania z Gdańska (1919-1920)”, Gdańsk 1995;

Kicinger Anna, Polityka emigracyjna II Rzeczypospolitej, Warszawa 2005 (http://www.cefmr.pan.pl/docs/cefmr_wp_2005-04.pdf);

Polska prasa przedwojenna w Gdańsku.

 

Pierwodruk: „30 Dni” 6/2019