PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Witali Polskę w Sporthalle

Witali Polskę w Sporthalle
W 1919 i 1920 roku gdańszczanie Polacy obserwowali z napięciem powrót Pomorza do Polski i cieszyli się z odzyskanej niepodległości, czemu dali wyraz 3 lutego 1920 podczas uroczystości „powitania Polski”.
Fot. zbiory Archiwum Państwowego Gdańsk
Drukowany program polonijnej uroczystości
Fot. zbiory Archiwum Państwowego Gdańsk

Uroczystość ta odbyła się w „Ujeżdżalni” przy dzisiejszej alei Zwycięstwa. Jej program znamy z okolicznościowego afisza, a jej atmosferę oddaje obszerna relacja Władysława Cieszyńskiego w „Dzienniku Gdańskim”, napisana w bardzo podniosłym tonie, w której łatwo dostrzec odreagowanie za lata antypolskich szykan doświadczanych od Niemców.

Pomysłodawcą tej uroczystości był działacz polonijny, współzałożyciel i dyrygent chóru męskiego „Moniuszko” w Gdańsku, Kazimierz Purwin (1890-1952), a w jej przygotowanie zaangażowały się wszystkie towarzystwa polonijne Wolnego Miasta, między innymi Towarzystwo Śpiewu z chórami „Lutnia”, „Cecylia” i „Moniuszko”, Towarzystwo Orkiestralne, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, Koło Panien i inne. „Ujeżdżalnia” (wtedy – Sporthalle przy Gross Allee, a od 1949 roku – po przebudowie – siedziba Opery Bałtyckiej) była bodaj największą w ówczesnym Gdańsku halą sportowo-widowiskową, gdzie mogło się pomieścić około czterech tysięcy osób w głównej sali i tysiąc dwieście w sektorach (partiach) bocznych. Bilety rozprowadzano w cenie od dwudziestu marek za miejsce numerowane do jednej marki w „gorszych” miejscach i chyba wszystkie się rozeszły, bo – jak zanotowano po uroczystości – „olbrzymia sala »Sporthalli« była nabita po same brzegi”.

Uroczystość „powitania Polski” odbyła się 3 lutego, czyli dokładnie tydzień przed zakończeniem inkorporacji Pomorza do państwa polskiego, co – jak wiemy – miało uroczysty finał 10 lutego w Pucku. Był to zwykły roboczy wtorek. W „Ujeżdżalni” oczekiwała na publiczność sala udekorowana wielką sylwetą białego orła, narodowymi flagami, chorągwiami polskich organizacji oraz rozmieszczonymi w kilku miejscach polskimi napisami „Serdecznie witamy”. Organizatorzy prosili o spokój podczas koncertu i rezygnację z palenia papierosów ze względu na śpiewaków.

Wykonawcy występujący podczas uroczystości byli amatorami, a zatem w ciągu dnia wszyscy gdzieś uczyli się albo pracowali i niejeden wieczór poprzedzający galowy występ musieli poświęcić na próby. Sami chórzyści spotkali się z dyrygentem Purwinem co najmniej dziesięciokrotnie. Nie wiemy, ile prób miał dyrygent Tadeusz Tylewski (1898-1959) z zespołem muzycznym gdańskiego Towarzystwa Orkiestralnego. Na pewno sporego wysiłku wymagało przygotowanie zapowiadanych na afiszu deklamacji oraz bardzo wtedy modnych tzw. żywych obrazów, czyli rekonstrukcji znanych dzieł plastycznych, które „tworzyły” osoby ubrane w odpowiednie dla prezentowanego obrazu kostiumy.

Fot. muzeumpomorza.pl
Sporthalle, czyli „Ujeżdżalnia”, widok od Wielkiej Alei; ok. 1920
Fot. muzeumpomorza.pl

Wydaje się, że 3 lutego o godzinie osiemnastej „Ujeżdżalnia” była już pełna gości. To wtedy rozpoczęła się uroczystość. Na początek zabrzmiała „Warszawianka” Karola Kurpińskiego, którą zagrała orkiestra pod batutą Tylewskiego. Utwór ten wybrano nieprzypadkowo, był wtedy bardzo popularny, proponowano nawet, by stał się hymnem narodowym. Pierwsze takty nie wypadły imponująco, bowiem orkiestrę tworzył „zespół sił młodych i niewyrobionych jeszcze”, ale „wgrało się niebawem kółko to młodych amatorów, pań młodszych, dziewcząt i dzieci” i muzyka prędko przestała drażnić wyrobione uszy, a zaczęła krzepić serca.

Po takim wstępie wszedł na scenę zasłużony przewodniczący gdańskiej Rady Ludowej, Tomasz Pokorniewski (1862-1941), i powitał wszystkich, a wskazując na doniosłość chwili, życzył zachowania hartu ducha. Po tych słowach nastąpił moment najwyższego uniesienia, gdy wykonano do niedawna całkowicie zakazane w Prusach – „Jeszcze Polska nie zginęła”. Nie wygasły jeszcze brawa po tym niezwykłym mazurze, gdy ujrzano wchodzących na salę polskich oficerów, których prowadził admirał Michał Borowski (1872-1939), bliski współpracownik Mieczysława Jałowieckiego, szefa delegatury rządu RP w Gdańsku (pisaliśmy: „Zapomniana Misja Amerykańska”, „30 Dni” 1/2005 i „Polskie kupowanie w Gdańsku”, „30 Dni” 4-5/2019). Jak zauważył redaktor Cieszyński, „swojskość, szlachetna postawa, mundur piękny i twarze polskie” oficerów były niezwykłe i budujące „dla ócz przyzwyczajonych do niesympatycznych żołdaków pruskich”.

Tomasz Pokorniewski zawołał wtedy do zgromadzonych: „Witaj Polsko-Matko nas wszystkich! Witamy was żołnierze, witamy was oficerowie i obywatele Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej”. Admirał podziękował z charakterystycznym kresowym zaśpiewem, a jego okrzyk na cześć Polski wzbudził entuzjastyczną kilkuminutową owację.

Głównym mówcą wieczoru był trzydziestojednoletni wikary kościoła św. Mikołaja w Gdańsku, ksiądz Bronisław Komorowski (1889-1940). Mocnym głosem powiedział między innymi: „Ojczyznę i wolność dał nam Bóg. Orzeł Biały, spętany do dziś, roztoczył skrzydła do lotu wspaniałego i spuścił się na łany ojczyste. Najprzód stanął nad Warszawą, potem Poznaniem, a teraz szumu skrzydeł jego majestatycznych słuchają nabożnie i radośnie grody, wioski i miasta pomorskie. (...) Niestety Orzeł nasz Biały zatrzymać się musiał przed bramami Gdańska. (...) Nie życzą nam Gdańska nieprzyjaciele i przyjaciele nasi, więc sami go sobie zdobywać musimy. Orzeł Biały musi zagnieździć się na Hagelsbergu [Grodzisko, od 2000 roku z dużym Krzyżem Milenijnym – PN] i zawładnąć stąd Gdańskiem polskim. Bo polskie są modre fale Bałtyku, polskie widnieją orły na bramach grodu naszego. Na wieży ratusza stoi na straży król Zygmunt. Boli nas, że nie możemy wojsk naszych defilady witać przed tym ratuszem”.

Ksiądz Komorowski zakończył okrzykiem na cześć zmartwychwstałej ojczyzny i zjednoczone chóry „Lutnia”, „Cecylia” i „Moniuszko” zaśpiewały razem z publicznością pieśń „Nie rzucim ziemi” Feliksa Nowowiejskiego do słów Marii Konopnickiej (czyli tzw. „Rotę”). Wszyscy się podnieśli, był to przecież ich „hymn wstrząsający, który (...) krzepił na duchu za dni rozpaczliwej niewoli pruskiej”. Zjednoczone chóry odśpiewały też „Ufajcie!” (także Feliksa Nowowiejskiego ze słowami Stanisława Rossowskiego) i „Orły, sokoły” (Ottona Mieczysława Żukowskiego). Po popisie chórów z pierwszą deklamacją wystąpiła młoda panna Czeszewska. Nie znamy tytułu wiersza, zapewne był to utwór patriotyczny. Recytatorka pozyskała sympatię publiczności, bo „podobać się musiał niecodzienny u pań akcent silny i energiczny, który atoli nieprzesadnie był użyty. Pozostało miejsce także na cieniowanie subtelne niektórych ustępów odpowiednio do wzniosłej treści”.

Był to ostatni punkt programu przed przerwą. Po dziesięciu minutach scenę zajęła orkiestra z dyrygentem Tylewskim, by zagrać „Menueta” Ignacego Paderewskiego, a po nim „Kujawiaka” Kazimierza Łady, który został wykonany „wybornie. Melancholia niektórych części, jeszcze raz odsłoniła przeszłość smutną przeżytą za Prusaka przed oczyma duszy, ale nowy ustęp skoczny budzi z zadumy i wprowadza w świat różowej rzeczywistości”. Popis orkiestry zakończył „Polonez A-dur” Fryderyka Chopina.

Jako kolejny wszedł na scenę chór męski „Moniuszko”, który pod kierunkiem dyrygenta Purwina wykonał „Marsz Poniatowskiego” (Piotra Maszyńskiego) i „Pieśń Zgody” (W. A. Mozarta). Według redaktora „Dziennika Gdańskiego” utwór Maszyńskiego „przypomniał nam owym rytmem marsz naszych dywizyj, wkraczających na Pomorze”. Po wysłuchaniu pieśni Mozarta redaktor nie miał wątpliwości, że chór „Moniuszko” „wyrobi się pod dzielnem kierownictwem p. Purwina na jeden z najlepszych”.

Teraz wystąpiła kolejna deklamatorka. W ocenie redaktora Cieszyńskiego byłoby lepiej, żeby dla odmiany z recytacją pojawił się mężczyzna lub chłopiec. Ten wiersz (i tym razem nie znamy tytułu ani autora) wyrażał „głos ludu, którego serdeczna radość z okazji święta narodu, przebijała z każdego słowa”.

Za chwilę na scenie znów zrobiło się tłoczno, bo zajęły ją zjednoczone chóry, które zaśpiewały dwie pieśni – „Domek rodzinny” Tomasza Błażejczyka i „Pod borem sosna” Ottona Mieczysława Żukowskiego. „Domek” bardzo trafił do serc nie tylko swojską melodią: „Przecież domek ten nasz stać będzie mógł odtąd spokojnie na drogiej ziemi naszej. (...) Precz, Drzymałowskie wozy, przyszłość nasza wolna. Nad żadnem oknem nie będą czyhać groźne pikelhauby”. A dalej wysłuchano – w wykonaniu chóru „Moniuszko” – „Pieśni żołnierskiej” Stanisława Dunieckiego do słów Mieczysława Romanowskiego i jednogłosowej „Modlitwy dziewczyny” Władysława Fierka. W tej ostatniej wszystkim podobał się „refren humorystyczny” i chórzyści, zachęceni reakcją publiczności, „dodali jeszcze kilka zwrotek nowych”.

I nagle wydarzyła się rzecz nieprzewidziana w programie – było to spontaniczne wystąpienie jednego z oficerów. Tym oficerem był kapitan doktor Julian Haraszyn (Haraschin). Trafił on do Gdańska z grupą wojskowych, którzy przejmowali z pruskich rąk gmach dyrekcji kolejowej przy ulicy Dyrekcyjnej 2-4 (Am Olivaer Tor). Kapitan dziękował gdańszczanom za niewzruszone trwanie w swoim mieście z mocną wiarą „w przyszłość wielką i piękną całej Polski i – skrawka portowego wyciętego z żywego ciała Polonji”. Jak powiedział, nie możemy „spocząć, aż wymierzą nam, albo wymierzymy sobie pełną sprawiedliwość”. W ocenie redaktora Cieszyńskiego było to najmocniejsze przemówienie, jakie tamtego wieczoru usłyszano w „Ujeżdżalni”.

Na zakończenie uroczystości gdańskie gniazdo „Sokoła” przygotowało trzy tzw. żywe obrazy: „Hołd Piłsudskiemu”, „Zjednoczenie wszystkich stanów” i „Zmartwychwstanie Polski”. Najcieplej przyjęto „obraz” zbratania stanów. „Któżby nie odrzucił w chwili takiej wszelkie niesnaski i spory dwojące front zwarty narodu. W obliczu z grobu wstającej Matki-Polski ręce sobie w serdecznym uścisku braterskim podać najłatwiej. (...) Postawa sokołów w strojach chłopskim i szlacheckim klęczących była godna i piękna”.

Kiedy kurtyna ostatecznie opadła, zasłużony działacz polonijny, Józef Czyżewski (1857-1935), wzniósł okrzyk na cześć Józefa Piłsudskiego, co sala przyjęła z dużym aplauzem i zaraz wszyscy wspólnie zaśpiewali „wspaniały hymn narodowy »Boże, coś Polskę«”. Śpiewano z mocą: „Sala drżała po brzegi, a w duszach polskiej publiczności Gdańska zaczęło się wielkie świtanie, przedświt zupełnej wolności nad bałtyckiem morzem. Tak obchodziło wolne miasto Gdańsk zmartwychwstanie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej”.

 

Piotr Nowak

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1/2020