PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Powitanie Augusta zwanego Mocnym

Powitanie Augusta zwanego Mocnym
Kiedy August II przybył do Gdańska w 1698 roku, przygotowane zostały uroczystości, jakich w mieście jeszcze nie było.
August II Mocny
August II Mocny
Fot. zbiory Zamku Królewskiego na Wawelu

O królu tym powiedziano wystarczająco wiele złego, aby móc całkiem spokojnie powiedzieć kilka słów zwyczajnych. Były elektor saski słynął z niebywałej siły i witalności. Na swój sposób urodziwy, z całą pewnością postawny i inteligentny, opromieniony stawą wojenną, przyciągał do siebie liczne kochanki i faworyty, wśród których najbardziej znaną była piękna Anna Hoym, hrabina Cosel.

Przypisywało mu się posiadanie trzystu dzieci. Wszystkimi miał się opiekować z wyjątkową troskliwością, „dobrze” urodzone otrzymywały księstwa i paradne tytuły, dzieci chłopek – gospodarstwa i wysoko mleczne krowy. Ten dziedzic tytułu i tronu protektorów Marcina Lutra, aby zyskać koronę polską, wyrzekł się protestantyzmu i złożył katolickie wyznanie wiary. Stało się to 2 czerwca 1697 roku w Baden pod Wiedniem i stanowiło nie lada wydarzenie, o którym rozmawiano na europejskich dworach. Zdaniem króla Francji, Henryka IV, „Paryż wart był mszy”... Czy Rzeczpospolita Obojga Narodów była jej warta?

 

Umarł król, niech żyje król!

W niedzielę, 29 września 1697 roku, zorganizowano w Gdańsku uroczystości mające uświetnić koronację Augusta II z dynastii Wettinów na króla Rzeczpospolitej. Wiadomość o tym wydarzeniu, które miało miejsce 15 września w Krakowie, dotarła nad Motławę pocztą z dziewięciodniowym opóźnieniem. Sytuacja skomplikowała się, gdy 26 września na redzie gdańskiej pojawiła się – złożona z sześciu okrętów – flotylla francuska dowodzona przez sławnego admirała Jana Barta. Na pokładzie fregaty „Adroit” znajdował się Franciszek Ludwik Burbon, książę Conti, również wybrany na króla przez część szlachty polskiej zebranej na elekcyjnym polu. Jego zwolennicy przybywali pod Gdańsk z całego kraju, pospolite ruszenie zaległo brzegi morskie i klasztor w Oliwie, którego opat, Michał Antoni Hacki, miał popierać wybór Augusta, lecz w obecnej sytuacji musiał to starannie ukrywać.

Protestancki magistrat Gdańska, początkowo podchodzący z ostrożnością do saskiego elektora, zdecydowanie większą rezerwę okazywał Francuzowi. Ani myślał wpuścić go do portu. Komendant twierdzy w Wisłoujściu wymienił co prawda z eskadrą grzecznościowy salut, na tym jednak zakończyła się lista przewidzianych uprzejmości. Francuscy załoganci, aby móc zejść na ląd i pojawić się w mieście, musieli otrzymać pozwolenie Rady Miejskiej. Imienna ich lista każdorazowo, z odpowiednim wyprzedzeniem, była przedstawiona wyznaczonym urzędnikom. W przeddzień uroczystości uczczenia koronacji nowego władcy przebywający na redzie Francuzi zostali niezbyt grzecznie poinformowani, że nie będą mile widziani na ulicach Gdańska. Jedynie z pokładów swoich statków mogli usłyszeć gromkie odgłosy wielkiej fety. Musiało to być szalenie przykre dla wciąż liczącego na koronę polską księcia Conti.

29 września rozkołysały się wszystkie dzwony w mieście, a w kościołach z kazalnic odczytano zredagowany przez Radę Miasta tekst obwieszczenia. Zaśpiewano wzniosłe „Te Deum laudamus”, a kilkadziesiąt dział miejskiego garnizonu oddało kilkakrotnie potężne salwy na wiwat. Przy wtórze trąb wojskowych i bębnów świętowano radośnie i chyba dość szczerze. Nowy władca jest jak nowy rok, nikt nie zakłada odmiany na gorsze. Wprawdzie poprzedniego króla, Jana III Sobieskiego, wysoko ceniono nad Motławą, ale Augustowi postanowiono przyglądać się z życzliwością. Świadczy o tym całkiem niemała liczba druków ulotnych, poezji okolicznościowej i mów sławiących przymioty Sasa, kolportowana w mieście, zanim go jeszcze osobiście poznano.

Już wkrótce w Gdańsku pojawiła się radosna wieść o wizycie nowego władcy zaplanowanej na wiosnę kolejnego roku. Zanim to jednak nastąpiło, zakończył się – dość zresztą dramatycznie – krótki pobyt księcia Conti na gdańskiej redzie. Jego porażce mogła się przyglądać – nie bez złośliwej satysfakcji – Maria Kazimiera, niezbyt przychylnie do swych rodaków usposobiona, przebywająca w mieście od końca kwietnia 1697 roku w towarzystwie synów i ojca Henryka d'Arquien. Królowa wdowa podejmowana była przez gdańszczan z ogromną atencją, podczas pobytu odwiedzała swoje posiadłości, a także spotykała się z władzami miasta. Odjechała z Gdańska dokładnie dziesięć dni po 19 listopada 1697 roku, kiedy to francuska flotylla opuściła wody zatoki.

Dziesięć dni wcześniej saska rajtaria – dowodzona przez generała Michała Brandta i wsparta polskimi oddziałami prowadzonymi przez wojewodę inowrocławskiego Franciszka Gałeckiego – uderzyła na kwatery polskich zwolenników księcia Conti, rozganiając ich skutecznie. Nieliczni, broniący się zajadle, dali pretekst, aby wedrzeć się w głąb klasztornych zabudowań i zająć się rabunkiem. Sasi pogonili uciekających do samego morza, wdając się w krótki bój z francuskimi muszkieterami, którzy przybyli na łodziach, aby pomóc swoim polskim kompanionom wydostać się z matni. Osiemnastu Francuzów dostało się do niewoli, a waleczny admirał Jan Bart, oburzony zachowaniem saskiego generała, miał podobno wyzwać go na pojedynek. Sas nie przyjął propozycji i z brzegu spokojnie przyglądał się żałosnej rejteradzie wrogiej eskadry. Spełnił swoje zadanie i mógł być z siebie zadowolony.

 

Takiej uroczystości jeszcze w Gdańsku nie było

Gdańsk bardzo gruntownie przygotowywał się do powitania Augusta II. Tym razem wszelkie koszty pokrywała w całości kasa miejska. Był to poważny wysiłek finansowy, gdyż przy poprzednich wizytach monarchów przedsięwzięcia takie wspierał wydatnie sam dwór, który dbał zawsze o swój prestiż. Gdańskowi zależało jednak ogromnie, aby podkreślić swoje przywiązanie do nowego władcy, i fakt, że od początku stał po jego stronie. Z przepastnych wnętrz Zbrojowni wyciągnięto wspaniałe powitalne bramy, które niemal pół wieku wcześniej wystawiono na cześć przybywającej do miasta z Francji Ludwiki Marii Gonzagi, małżonki Władysława IV. Poddano je starannej renowacji, wymalowano świeże insygnia, umieszczono portrety nowego władcy i przygotowano sławiące go napisy. Na królewskim trakcie ustawiono także całkiem nowe, wspaniałe dekoracje. W kamienicach przy Długim Targu 1-3 urządzono rezydencję dla monarchy. By przystosować mieszczańskie domy do potrzeb dworu, przebito ściany budynków, aby stanowiły jedną obszerną i wygodną całość.

Zastanawiano się poważnie nad założeniem stałego oświetlenia na wybranych ulicach Głównego Miasta, w końcu jednak, ze względów oszczędnościowych, postanowiono zrezygnować z tych planów. Właścicielom posesji w centrum polecono na czas pobytu króla umieścić przed każdym domem światło. Mimo mrozu zdecydowano się pośpiesznie restaurować zapuszczoną nieco fontannę Neptuna. Nie chciano, aby królowi – patrzącemu z okien swego apartamentu – cokolwiek psuło widok W zajazdach i domach mieszczańskich przygotowywano kwatery dla przybyszów, dworzan i ludzi z najbliższego otoczenia Augusta II, a w pobliskich Siedlcach dla towarzyszących mu oddziałów wojskowych i koni. Król nadjeżdżał od strony Malborka i Pruszcza, 17 marca był w Oruni, gdzie zanocował w uroczym dworku Albrechta Grodka, otoczonym rozległym parkiem.

W samo południe 18 marca 1698 roku nowy monarcha zjednoczonych królestw wjechał do miasta karocą zaprzężoną w osiem pięknych koni. Zachowały się drukowane opisy ceremonii, ilustrowane rycinami, dzięki którym możemy stać się uczestnikami tego interesującego wydarzenia. Była to z pewnością jedna z najbardziej widowiskowych i najkosztowniejszych uroczystości w historii miasta. Króla witały wspomniane już triumfalne bramy i delegaci Rady, potężne salwy armatnie słyszało się w całym mieście. Tysiące gdańszczan przybyło, aby ujrzeć barwny pochód. Oszałamiał przepych królewskich i dworskich karoc, przy dźwiękach muzyki wojskowej defilowały paradnie umundurowane odziały wojsk koronnych i saskich. Króla i grono towarzyszących mu najwyższych dostojników państwowych podjęto sutym obiadem w reprezentacyjnej sali na piętrze domu należącego do generalnego poczmistrza Pawła Graty, przy Długim Targu 2. Pozostali uczestnicy ceremonii obiadowali na niższej kondygnacji i w sąsiednim domu.

Uroczysty wjazd Augusta II do Gdańska, 18 marca 1698 roku, fragment ówczesnego sztychu
Uroczysty wjazd Augusta II do Gdańska, 18 marca 1698 roku, fragment ówczesnego sztychu
Fot. Zbiory BG PAN

Plan pobytu władcy był wypełniony spotkaniami i wizytami. Nazajutrz, w dzień świętego Józefa, odwiedził karmelicki kościół na Starym Mieście pod wezwaniem tego patrona. Przyjechał tam swoją pyszną, reprezentacyjną karocą, w asyście wielu najwyższych dostojników. Uczestniczył w modlitwach i wysłuchał polskiego kazania. Potem – z pewnością musiało to zrobić wrażenie na gdańszczanach – wziął udział w procesji wokół klasztornych zabudowań. 21 marca August II udał się do Oliwy. Po nabożeństwie oglądał kościół i klasztor, w refektarzu był podejmowany obiadem. W towarzystwie generała Brandta, który przed kilkoma miesiącami był jednym z głównych bohaterów dramatycznych zdarzeń, jakie miały tu miejsce, a także, co mniej chlubne, rabunków, o których teraz nikt nie wspominał, oglądał „pole bitwy”. Na życzenie króla dowódca wyczerpująco opowiadał o potyczce, wskazywał ważne dla niej miejsca. Obaj w asyście eskorty udali się konno w kierunku morza, a potem jego brzegiem do Redłowa i z powrotem. Do Gdańska August powrócił dopiero późnym wieczorem.

Miasto złożyło nowemu władcy uroczystą przysięgę wierności 25 marca, w dzień Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. W tym dniu dzwony zwolały gdańszczan do stawienia się na Długim Targu. O godzinie 9 rano cała Rada Miejska i ordynki zebrały się w narożnej, największej, wyłożonej orientalnymi dywanami sali Ratusza Głównego Miasta, zwanej salą sądu wetowego, a dzisiaj „białą”. Pod portretem Jana III Sobieskiego postawiono wspaniały tron. Na zewnątrz, pod oknami, zgromadziły się cechy, kupiectwo i tłum gapiów. Niestety, król, mimo że był w mieście, nie zechciał się pojawić na uroczystości. W jego imieniu przysięgę odebrał kanclerz wielki koronny – biskup przemyski Wojciech Denhof. Ten dziwaczny afront musiał być bolesny dla przedstawicieli magistratu. W zamian za potwierdzenie przywilejów miasta, zwłaszcza tego, który gwarantował jego mieszkańcom wolność wyznania, w tym wypadku głównie augsburskiego, król otrzymał zwyczajowy podarek pieniężny... 60 tysięcy florenów. Wręczono mu również tysiąc wybitych specjalnie na tę okazję gdańskich dukatów. Kiedy po odebraniu przysięgi Denhof opuszczał ratusz, na fortyfikacjach otaczających miasto oddawano salwy, odezwały się dzwony, ponownie zagrano „Te Deum laudamus”.

Rada Miejska starała się przygotować dla dostojnego gościa interesujący program rozrywkowy. Zorganizowano przedstawienia teatralne, koncerty – część wykonań była premierowa, a zaprezentowane dzieła powstały, by schlebiać nowemu władcy – i widowiska, wśród nich wyróżniły się tańce kuśnierzy i cieśli okrętowych, a także nadzwyczaj imponujący pokaz sztucznych ogni. Przed oknami królewskiego apartamentu odbyły się zawody zręcznościowe we wspinaniu się na wysoki namydlony słup. Na jego wierzchołku czekała na zwycięzcę nagroda. Król w ogromnej peruce przyglądał się zawodom, śmiał się i klaskał z zadowoleniem.

 

Obmywanie nóg starcom

Na dni pobytu króla w Gdańsku przypadał czas świąt Wielkiej Nocy. Świeżo nawrócony katolik August II uczestniczył we wszelkich ciągnących się godzinami nabożeństwach, przy okazji odwiedzając kościoły, pozostające wciąż jeszcze w rękach jego nowych współwyznawców. Z pewnością w ten sposób chcial się przypodobać otaczającym go dostojnikom kościelnym i świeckim z Polski. Robił to zresztą z niekłamaną żarliwością. Osoby z najbliższego otoczenia monarchy odnosiły wrażenie, że barokowy katolicyzm lepiej odpowiada nieokiełznanej naturze tego monarchy, niż dość purytański luteranizm.

23 marca, w Niedzielę Palmową, przybył do Kaplicy Królewskiej, 27 marca, w Wielki Czwartek, przebywał w kościele św. Mikołaja u dominikanów. Tam miała miejsce ceremonia, która od wieków ma uczyć pokory, zwłaszcza tych, którzy są szczególnie narażeni na jej utratę – władca, pochylając głowę, umywał nogi dwunastu ubogim starcom, a potem gościł ich obiadem. Nazajutrz, w Wielki Piątek, August odwiedził klasztor brygidek. Zachęcany do skosztowania rozmaitych napojów, a szczególnie uznawanej za postną „aquavitae”, wyraźnie się przed tym wzbraniał. W sobotę modlił się znów w Kaplicy Królewskiej, a także w gronie najbliższych doradców nawiedził Grób Pański u dominikanów. Wziął udział w rezurekcyjnej, niezwykle uroczystej procesji wokół klasztoru, z chorągwiami, kadzielnicami, kołatkami, szedł zaraz za Najświętszym Sakramentem.

30 marca, w samą Wielkanoc, król wyruszył poza miasto, aby odwiedzić w Starych Szkotach prowadzone tam przez jezuitów kolegium. Uczniowie przygotowali na cześć monarchy pieśń i uroczysty dialog, sławiący zalety dobrego władcy. Występ musiał przypaść królowi do gustu, gdyż kilka dni później obdarował kolegium intratnymi przywilejami. Poniedziałek świąteczny okazał się rzeczywiście lany, w związku z nagłym ociepleniem doszło do gwałtownej odwilży, w mieście słychać było głuchy huk kruszącego się na rzekach lodu, a zwłaszcza na Wiśle. Przewidywano powódź i bardzo się jej obawiano. Król ponownie pojawił się na mszy świętej w kościele św. Mikołaja, który, jak można sądzić z liczby składanych tam wizyt, najbardziej przypadł mu do serca.

August II odwiedzał jednak nie tylko kościoły. Jako urodzony dowódca wielką wagę przykładał również do wojskowości, przyglądał się musztrze żołnierzy miejskiego garnizonu i sprawdzał obronność miasta. Podczas codziennych konnych wycieczek objeżdżał wały usypane w formie szerokich, kanciastych bastionów, ogromne fortyfikacje na wzgórzach okalających Gdańsk, małe szańce rozrzucone wzdłuż Wisły i nad brzegiem morzem. Był oprowadzany po Zbrojowni, przyglądał się starej i nowej broni oraz rozmaitym osobliwościom tam zgromadzonym. Uroczyście wizytował strzegącą wejścia do portu twierdzę w Wisłoujściu i rozmawiał z jej komendantem. Na Bastionie św. Jakuba osobiście ładował kule do moździerzy, sprawdzając ich zasięg, w Nowych Szkotach wypróbowywał nowe działo.

August, podobnie jak car Piotr, uwielbiał popisywać się swoją istotnie imponującą siłą fizyczną, robił to przy niemal każdej nadążającej się okazji. Nagle schodził z konia, zrzucał kubrak i stawał przy dziale obok obsługujących je artylerzystów. Pod koniec pobytu, w dniach 5-6 kwietnia, w małej kolasce kazał się wieźć do Pucka, sprawdzał warunki portu i jego obronność, a po powrocie do Gdańska długo rozmawiał z komendantem garnizonu i jego kwatermistrzem, pułkownikiem Jakubem von Kemphenem.

10 kwietnia, tuż przed wyjazdem, przyjął na prywatnej audiencji przedstawicieli gdańskiego magistratu: burmistrza Jana Ernesta Schmiedena, rajców Henryka Schwartzwalda i Salomona Wahla, syndyka Jana Ernesta von der Linde. Wręczyli oni królowi dziesięć swoich dezyderatów. Osiem dotyczyło uprawnień sądowniczych, jedno zwrotu kosztów poniesionych przez miasto podczas szwedzkiego potopu, ostatnie zabezpieczenia miasta przed zemstą Francji i jej sprzymierzeńców. Król nie przejął się nimi zbytnio, uznał, że na wszelki wypadek zostawi w Prusach Królewskich cztery pułki kawalerii i jeszcze tego samego dnia opuścił miasto w towarzystwie swego teścia – Chrystiana Ernesta Hohenzollerna, margrabiego Bayreuth oraz saskich i polskich panów. Oficjalne pożegnanie ciągnęło się aż po Lipce. Kawalkada karet, powozów i jeźdźców zmierzała w kierunku Malborka.

 

„Cale moje życie było nieustannym grzechem”

W późniejszych latach swego panowania August II zatrzymał się przejazdem przed bramami Gdańska 21 i 26 lipca oraz 26 sierpnia 1710 roku. W tym samym roku przebywał również dłużej w mieście, bo od 24 października do 14 grudnia. Towarzyszyła mu ślepo w nim zakochana hrabina Cosel. Po raz ostatni król pojawił się nad Motławą 3 kwietnia 1716 roku. Spotykał się wtedy z przebywającym tu imperatorem Piotrem I Wielkim i do 28 maja uczestniczył w związanych z jego pobytem uroczystościach. August II za każdym razem zatrzymywał się w tym samym miejscu. Jego lokum poszerzono jednak o jeden dodatkowy dom – w ten sposób apartament monarchy objął aż cztery kamienice – Długi Targ 1-4. Jednak żadnego z tych pobytów nie można porównać z tym pierwszym, któremu towarzyszyła niekłamana radość i ogromne nadzieje. Niestety, niemal wszystkie okazały się płonne.

August, zwany w Saksonii „der Grosse”, cieszył się w Rzeczpospolitej nie najlepszą opinią. Jego absolutystyczne dążenia nie były dobrze widziane w zdemoralizowanym szlacheckim społeczeństwie, w którym jakże często panowała anarchia i łapownictwo. O tych czasach pisał Paweł Jasienica: „Było bardzo źle, bo zatarła się, przestała istnieć granica, oddzielająca uczciwe życie od występku. Łotrostwo nie degradowało, splamione ręce nie wywoływały obrzydzenia tam, gdzie w praktyce przyjęto zasadę, że każdy powinien myśleć o swoich osobistych sprawach, urządzać się, kombinować”.

Jak można przypuszczać, po latach rozczarowanie było wzajemne – Polaków władcą, który doprowadzał kraj do ruiny, i Augusta Polską. Ten król o niezwykłym temperamencie, nie znający w niczym umiaru, rozstał się z życiem 1 lutego 1733 roku. Jego organizm nie wytrzymał ogromnej dawki alkoholu, jaką uraczył się, konferując w pewnym zajeździe pocztowym z ministrem pruskim, Wilhelmem Grumbkowem. Tuż przed zgonem miał wyznać: „Całe moje życie było jednym nieustannym grzechem. Panie, zmiłuj się nade mną”.

 

Waldemar Borzestowski

 

Pierwodruk: „30 Dni” 3/2008