PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Powiększenie

Powiększenie
Wiele dawnych zdjęć ma głębsze treści, których odkrywanie stać się może fascynującą przygodą.

W starych fotografiach najbardziej pociąga mnie zawarta w nich tajemnica. Nie to, co rzuca się od razu w oczy: budynki, które najczęściej łatwo rozpoznać, ruch uliczny – spieszący gdzieś ludzie, jadące tramwaje, przejeżdżające dorożki, załadowane towarem wozy konne, samochody, płynące po rzece łodzie i małe statki, a nawet sunące nad miastem wielkie cygaro sterowca. To jest pierwsza warstwa opowieści skrywającej się w fotografii, oczywista i jakaś... łatwa, nie wymagająca ode mnie żadnego wysiłku, by ją rozpoznać. Ot, po prostu widoczek: dom, ludzie, dorożki, statki…

Ale za tym pierwszym obrazem kryje się drugi, trzeci, kolejny. W tej głębszej warstwie tkwi prawdziwa opowieść, którą żmudnym „śledztwem” trzeba krok po kroku odsłaniać. Jest to zajęcie tyleż podniecające, co często bezowocne. „Śledztwo” nie zawsze prowadzi do odkrycia prawdziwej treści zdjęcia, do poznania wszystkich jego tajemnic. Ale zawsze jest no początkiem fascynującej, „archeologicznej” przygody.

To zdjęcie stało się przedmiotem pierwszego „śledztwa”
To zdjęcie stało się przedmiotem pierwszego „śledztwa”
Fot. Zbiory BG PAN

Pierwszą taką przygodę przeżyłem wraz z ukazaniem się pierwszego albumu „Był sobie Gdańsk”. Pamiętam z jaką zazdrością patrzyłem na ten album i dziwiłem się niepokojowi Autorów, którzy zastanawiali się, czy aby album się „dobrze sprzeda”, czy znajdzie dość czytelników, czy wydawca nie zostanie zalany rzeką niesprzedanych „zwrotów”. I jaką już niedługo potem miałem nieskromną satysfakcję, że to ja mówiłem wówczas: „Panowie, zaraz będziecie musieli robić dodruk”. Sprawdziło się. I to jak!

Wtedy to po raz pierwszy oddałem się „fotograficznej archeologii”. Analiza jednego ze zdjęć zamieszczonych w albumie miała być moim prezentem dla Donalda Tuska, Wojciecha Dudy, Grzegorza Fortuny i Konrada Nawrockiego, czymś w rodzaju podziękowania za ich dzieło. Nie przypuszczałem wtedy, że ten „prezent” będzie już niedługo otwierał pierwszy numer „Kwartalnika »Był sobie Gdańsk«”. O tym wybranym zdjęciu pisałem wówczas tak:

„Fotografia jest bardzo mała (mierzy niecałe siedem na nieco ponad jedenaście centymetrów i znajduje się w zbiorach BG PAN). By dojrzeć liczne szczegóły na niej zawarte trzeba wyblakły kartonik oglądać pod solidną lupą lub w dużym powiększeniu. Co najmniej takim jak w albumie »Był sobie Gdańsk«. Kiedy uzbrojony w szkło powiększające siadłem do lektury książki ogarnęło mnie zdumienie. To zdjęcie znałem już z wcześniejszych publikacji. Fascynowało mnie, jakimś dziwnym magnetyzmem do siebie ciągnęło. Może powodował to tłum ludzi zgromadzonych przed wejściem do jarmarcznej budy »orientalnego teatru«, może nigdy przeze mnie niewidziane stosy drabin, a może zatrzymane gesty spieszących gdzieś ludzi w niedzisiejszych strojach? Ale dopiero w wielkim powiększeniu zobaczyłem coś, czego nieuzbrojone oko nawet nie mogło się domyślać: zobaczyłem tętniące życiem bogate miasto, oferujące swoim mieszkańcom nie tylko dobra doczesne, ale też pouczającą rozrywkę i zabawę. Intrygował mnie też »od zawsze« podpis: »Targ Drzewny w czasie Jarmarku Dominikańskiego, ok. 1890 r.«. Dlaczego około? Czy nie można ustalić bardziej dokładnej daty? Postanowiłem zatem sam dojść do tego kiedy zdjęcie zostało zrobione”.

Rzeczywiście jakieś ustalenia wówczas poczyniłem (moim zdaniem zdjęcie zostało zrobione 17 sierpnia 1892 roku o godzinie 11, może kilka minut przed tą godziną). Czy słuszne i bezbłędne, to nie ma w tej chwili wielkiego znaczenia. Znaczenie ma to, że nasza „fotograficzna archeologia” spotkała się z żywym zainteresowaniem czytelników. Dostaliśmy dużo listów korygujących nasze ustalenia, dopowiadających, uściślających, stawiających nowe pytania. Okazało się, że nie tylko redaktorów „Kwartalnika »Był sobie Gdańsk«” pociągają takie „śledztwa” (i kiedy teraz czytamy to tu, to tam o podobnych „wykopaliskach fotograficzno-archeologicznych” widzimy, że nasze „przecieranie szlaków” miało większy sens).

Babcię Bertę rozpoznała jej rodzina
Babcię Bertę rozpoznała jej rodzina
Fot. Zbiory BG PAN

Z czasem tych „śledztw” na łamach „Kwartalnika”, a później „30 Dni” było więcej – a to historia babci Berthy, „przekupki handlującej rybami na nabrzeżu, ok. 1920 roku”, a to opisana przez Pawła Huelle historia „skata na dachu” ze zdjęcia z 1928 roku, a to „warstwowa historia” odczytana ze słynnego zdjęcia słupa ogłoszeniowego, które wiosną 1945 roku zrobił Zbigniew Kosycarz i kilka innych. Okazało się, że niepowtarzalny urok „małych” historii, drobnych szczegółów, fragmentów, ułomków jest równie pociągający jak Wielka Historia, zapisana wielkimi dziełami lub w wielkich dziełach. Przyglądając się drobiazgom, łatwiej nam samym „znaleźć” się w tamtym świecie i łatwiej go poznać i zrozumieć.

Oczywiście, historię (a raczej Historię) można i trzeba poznawać studiując mądre księgi, samodzielnie rozszyfrowując dawne manuskrypty czy analizując tablice statystyczne, np. przeładunku towarów w porcie. Ale w ten sposób poznamy jedynie zdarzenia historyczne widziane z wielkiej perspektywy, kontury zamazują się, dawne dzieje ograniczają się do dat podpisania traktatów, przebiegu bitew, w których ścierają się wielkie armie, przemów przywódców i dekretów królewskich. A przecież historia (ale też Historia) tworzona jest przez pojedynczych ludzi: w armiach służyli piechurzy i kaprale, nie tylko generałowie i marszałkowie; dzieje miast tworzyli nie tylko burmistrzowie i rajcy, ale również szewcy, drobni złodzieje, nauczycielki gry na fortepianie, wyplatacze koszyków, damy lekkich obyczajów; ulicami nie przejeżdżały wyłącznie dorożki i karoce, ale również wozy węglarzy, wózki handlarzy rybami, szli zwykli przechodnie, których głowy zaprzątnięte były nie tylko wielkimi sprawami, ale raczej przyziemnymi kłopotami i radościami. Tak jak większości ludzi, którzy zatrzymali się (czy raczej zostali zatrzymani) już na wieczność na starych fotografiach na kartach albumów „Był sobie Gdańsk”.

Studiowanie starych fotografii ma ogromne znaczenie dla „opowiadaczy historii”, dla pisarzy, którzy swoje opowieści sytuują w czasach, co minęły: ja sam nie umiałbym już opowiedzieć „historii prawdziwej, niezależnie od tego czy się wydarzyła, czy nie” bez prawdziwego obrazu miejsca, w którym się ona dzieje, bez fotografii, na której ktoś uwiecznił framugę drzwi, pękniętą szybę na drugim piętrze, kształt kosza na ryby lub krój liter z szyldu portowego szynku. Oczywiście to również sprawa wyobraźni – wszystko w końcu można sobie wyobrazić, ale gdy wyobraźnia „podpiera się” realnym detalem, szczegółem, którego w żadnym innym miejscu nie można znaleźć, to dlaczego z tego nie skorzystać.

Jest więc stara fotografia – proszę wybaczyć mi niezbyt wyszukaną przenośnię – kopalnią wiedzy dla „opowiadacza”. Ale jest też czymś więcej dla osoby, która chce wiedzieć tylko dla siebie. Jest łącznikiem między naszymi czasami, a tym, co przed nami. Jest źródłem budowania własnej tożsamości. Bo kiedy wędruję ulicą Ogarną i mam przed oczami ludzi, którzy szli Hundegasse, to siłą rzeczy znajduję coś, co nas łączy. Kiedy wygrzewam się na piasku na plaży w Brzeźnie, a widzę tych, którzy na tym samym piasku w Brösen stawiali wiklinowe kosze, to siłą rzeczy stają mi się bliżsi. Kiedy przejeżdżam przez Wrzeszcz i „przypominam sobie” mieszkańców Langfuhr, to siłą rzeczy stają się oni moimi sąsiadami.

Tę bliskość i poczucie łączności zapewnia mi szczegół, powiększenie, zoom fotograficznego obiektywu. Dzięki starej fotografii, w którą mogę „wejść”, nie czuję tej dojmującej samotności człowieka (i całej rodziny) wyrwanego z pewnego naturalnego biegu historii. Szczególnie tu, w Gdańsku, w którym dla moich rodziców wszystko było obce, w którym nie było nigdy dziadków, pradziadków, w którym nie mieli na cmentarzach „swoich” grobów ani zaprzyjaźnionych od pokoleń rodzin sąsiadów. Oni nie mogli już odbudować tej, przerwanej wojną, ciągłości swoich losów, przyszłość swoich dzieci budowali od nowa w nowym miejscu, jako przeszłość mając czarną dziurę pozostawioną gdzieś nad Bugiem. Mnie jest łatwiej, bo tu się urodziłem i czuję z historią tego miejsca bardzo silny związek.

To prawda, że idący Hundegasse ludzie, plażowicze z Brösen, czy mieszkańcy Langfuhr nie są moimi krewnymi i nigdy nimi nie będą. Ale są tymi ludźmi, którzy byli tu przede mną, w jakiś sposób podążam za nimi, bo chodzę tymi samymi ulicami, kładę się na tym samym piasku na plaży i jadę do pracy „tym samym” tramwajem. Nie umiałbym tego wszystkiego zrobić, odczuć, zrozumieć gdyby nie ich obraz uwieczniony na fotografii, gdybym chęć, potrzebę (!) ich poznania próbował zaspokoić jedynie lekturą mądrych ksiąg. Bez tego szczegółu, fotograficznego zoomu, bez powiększenia byłoby to niemożliwe.

Ma rację Paweł Huelle, kiedy wznosi okrzyk: „Niech będzie pochwalona fotografia!”. Do tego wołania dodam też swoje: „I niechże będą pochwaleni ci, którzy fotografie ocalają, bo z nimi ocalają nasz świat i nas samych!”.

 

Mieczysław Abramowicz

 

Pierwodruk: „30 Dni” 2/2007