PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Pomiędzy

Pomiędzy
Istnieją takie fotografie, czy obrazy, które stanowią dla naszej wyobraźni wyzwanie. I tak jak symbol – domagają się dopełnienia.
 
Fot. Włodzimierz Nieżywiński

Właściwość ta często obja­wia się kapryśnie: przechodząc obok tego samego widoku, ktoś dozna głębokiego wzruszenia, ktoś inny natomiast wzruszy ramionami. Fotografia, o której pragnę powiedzieć parę słów, należy do takiej właśnie kategorii: kiedy ją pierwszy raz ujrzałem, przeżyłem coś w rodzaju krót­kotrwałego zachwytu, olśnienia. Dla wielu moich przyjaciół nie stanowiła ona na­tomiast niczego nadzwyczajnego: ot taki sobie widoczek ze zrujnowanego miasta.

Najpierw więc sytuacja: likwidowano właśnie upadające Wydawnictwo Morskie, z jego archiwum pozostały już tylko śmie­ci, czyli makulatura, którą pozwolono mi przejrzeć. Dziesiątki, setki nieistotnych zdjęć, niektóre smaczne: Gomułka, Kliszko, Loga Sowiński na pokładzie statku zwiedzają gdański port. Albo Tadeusz Fiszbach pod Zieloną Bramą grzmi partyj­nym slangiem przeciw warchołom z Ursusa i Radomia. Wszystko minione, prawie już zapomniane, w istocie mało interesujące dla kogoś, kto – jak ja – nie jest z zamiłowania historykiem ostatnich dekad. I nagle właśnie to olśnienie: przewoźnik z chłopcem na Motławie, za­pewne pomiędzy Wy­spą Spichrzów a Ołowianką. Na czym po­lega niezwykły klimat tego zdjęcia?

Po pierwsze – mar­twe, a właściwie nieistniejące miasto w tle. Nie tylko na Długim Pobrzeżu nie ma żad­nego budynku – pust­ka rozciąga się od Motławy aż do Kościoła Mariackiego. Trudno dzisiaj sobie wyobra­zić ten moment, gdy usunięto już z grub­sza gruzowiska ruin i oto z wody otwo­rzyła się ta niesamowita perspektywa. Po drugie motyw przewoźnika: kim jest ten stary mężczyzna podtrzymujący zanurzone wiosło? Gdańskim Charonem, stróżem cie­ni? Przybyszem z kresów? Kaszubą, którego przodkowie byli tu od zawsze? Odwróco­ny do obiektywu tyłem, pragnie pozostać anonimowy, jak gdyby jego losy i przeżycia miały pozostać tylko z nim. A chłopiec? O nim nie wiemy przecież więcej. Może jest wnukiem przewoźnika. A może tylko przypadkowo pojawił się na łodzi?

Mała płaskodenka przesuwa się bar­dzo wolno, tuż obok potężnej płetwy barki i ta – zapewne przypadkowa – kom­pozycja zdjęcia, także stanowi jego wa­lor. Cisza na Motławie zdaje się być tak wielka, że słychać plusk zanurzone­go wiosła.

Trudno określić rok. W czterdziestym piątym i szóstym pomiędzy Długim Pobrzeżem i Kościołem Mariackim stały jesz­cze kikuty ruin. Tu widać już tylko śla­dy po nich, choć nie ma jeszcze dźwi­gów, rusztowań i budowlanych instalacji. Ta fotografia jest świadectwem, że Głów­ne Miasto w przeważającej mierze nie było „odbudowywane”, czy „rekonstru­owane”, ale stawiane od fundamentów i jako takie właściwie nie jest dziś za­bytkiem, lecz mimetyczną konstrukcją, na­śladującą dawny Gdańsk. Pan Nieżywiński – autor zdjęcia – uchwycił więc moment „pomiędzy”: prawdziwe stare miasto już nie istniało, a nowe stare miasto jesz­cze nie zaczęło powstawać. Ta epicko mocna chwila ma na fotografii melan­cholijną przeciwwagę. Jest nią spokojna, niemal gładka powierzchnia rzeki i dwie postaci na łódce, zapewne nieświadome tego, że kiedyś, po latach, po obejrze­niu tego właśnie zdjęcia, pewien człowiek zacznie pisać opowiadanie pod niewie­le znaczącym tytułem „Gute Luisa”. Tak to jest właśnie z magią starych fotogra­fii, gdzie to co najzwyklejsze, może dla kogoś okazać się niezwykle cennym da­rem.

 

Paweł Huelle

 

Pierwodruk: Kwartalnik „Był sobie Gdańsk” 2/1997