PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Poemat gdańskich bram

Poemat gdańskich bram
Wyznam na początku, że taki poemat nie istnieje, choć istnieć powinien.
Brama Wyżynna, najbardziej reprezentacyjna z gdańskich bram, 1855
Brama Wyżynna, najbardziej reprezentacyjna z gdańskich bram, 1855
Fot. K. Beyer / zbiory MN Warszawa

Gdańskie bramy doczekały się wprawdzie wielu wzmianek w pamiętnikach podróży, wspomnieniach, opisach miasta, funkcjonują także jako ważne elementy świata przedstawionego w dziełach prozaików, pojawiają się – i owszem – sporadycznie w poszczególnych wierszach Gdańskowi poświęconych, ale poematu sławiącego ich niezwykłą urodę, różnorodność, ciekawą historię, poematu jako takiego – gdańskie  bramy jeszcze się nie doczekały.

Zapytać można dlaczego w takiej właśnie formie miałyby być opisane? Słowem – czy poetycka wizja mogłaby wmieść do naszej wiedzy coś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy lub z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy? Tego właśnie oczekiwałbym od nienapisanego poematu. Poezja posiada bowiem niezwykłą moc sięgania do archetypów, owych zbiorowych wyobrażeń naszej podświadomości, które na co dzień uśpione, właśnie za sprawą sztuki pojawiają się w naszym myśleniu, przeżywaniu, czuciu, rozumieniu świata.

Można na dziesiątki sposobów zwiedzać Kair, a jednak dopiero po lekturze kilku wierszy Kawafisa doznać olśnienia i pojąć, że oglądane wcześniej budowle, place pełne zgiełku, meczety i chrześcijańskie świątynie – przemawiają do nas, jak gdyby innym, pełnym głębokich znaczeń językiem. Podobnie jest w przypadku Wilna, które ujęte w kilku celnych strofach Miłosza lub Tomasza Venclowy, uzyskuje niewyrażalny w języku dyskursywnym, czy plastycznym walor. Wspaniały wiersz Borgesa o ulicach Buenos Aires, paryskie obrazy w poemacie Apollinaire’a, londyński spleen w strofach T. S. Eliota, lubelskie przedmieścia w utworach Czechowicza – świadczą wymownie o tego rodzaju związku między miastem, a poezją.

Brama jest jednym z najstarszych archetypów ludzkości, wyrażonych w formie architektonicznej. Nazywa się dolmenem. Tworzą ją dwa pionowo ustawione głazy, na których ułożona jest szeroka płyta kamienna. Jak pisze Ałpatow w swojej znakomitej „Historii sztuki”, „w historii architektury zajmuje dolmen ważne miejsce. Po raz pierwszy bowiem człowiek, spiętrzając materiał, wydzielił przestrzeń w wyraźny sposób, przeciwstawiając części dźwigające spoczywającym i przeciwstawienie to stało się podstawą architektury”. Wnętrze dolmenu, ów niewielki skrawek przestrzeni pomiędzy kamiennymi słupami, a ich przykryciem, miał dla ludzi neolitu szczególne, sakralne znaczenie. Mieszkały w nim duchy przodków. Jego przekroczenie uwarunkowane było specjalnymi rytuałami. „Z tej świętej i niedostępnej dla człowieka przestrzeni powstanie wnętrze architektoniczne” – wyjaśnia Ałpatow.

W istocie jest dolmen zarówno prawzorem wrót każdej świątyni, jak bramy, drzwi, portalu, dzielących przestrzeń na dwie podstawowe kategorie – zewnętrzną i wewnętrzną. Przejście przez wrota świątyni, miasta, pałacu władcy, jest za każdym razem tyleż zwyczajnym przeniesieniem się w nowe otoczenie, co rytualnym aktem zróżnicowania świata na otwarty i zamknięty, dostępny i chroniony, zwyczajny i niezwykły. W dziejach kultury – nie tylko europejskiej – metafora bramy i pochodnych od niej, stanowi bogaty repertuar znaczeń. Dość wspomnieć dantejskie bramy piekieł, bramę do zaświatów jaką przekracza Eneasz, czy wrota do niebiańskiej Jeruzalem, przedstawione w „Sądzie ostatecznym” Hansa Memlinga.

Brama miejska jest oczywiście wytworem pragmatyki militarnej i gospodarczej: chroni daną społeczność przed napaścią, limituje napływ przybyszów, kontroluje przepływ towarów. Do najsłynniejszych bram zachowanych po dzień dzisiejszy, należą zapewne Złote Wrota w obronnych murach Jerozolimy, jak również Brama Isztar – zrekonstruowana w berlińskim Muzeum Pergamonu. Ta ostatnia wyraża swoją gigantyczną formą i mitologicznymi zdobieniami ideał władzy, panowania, niedostępności. Złote Wrota w Jerozolimie, zamurowane w czasach muzułmańskich, czekają według legendy na Mesjasza, który pewnego dnia uda się przez nie na Górę Oliwną, by wskrzesić zmarłych i sprawować sąd.

Dzieje gdańskich bram w ponad tysiącletniej historii miasta pełne są wydarzeń dramatycznych i krwawych, ale też momentów uroczystego uniesienia, celebracji, karnawału, wreszcie codziennej mitręgi. Gdybyśmy chcieli snuć opowieść o bramach Gdańska chronologicznie, niezbędna byłaby wizyta w Muzeum Morskim na Ołowiance. Właśnie tam, dzięki sporządzonej przez archeologów makiecie, ujrzeć można prawdopodobny kształt kaszubskiego grodu u wyjścia Wisły. Zboże i potaż – dwa podstawowe artykuły eksportu w czasach Rzeczpospolitej – nie były jeszcze wówczas w masowym obrocie. Bramy – drewniane, oszalowane ziemnymi szańcami wydają się niepozorne. Strzegły bezpieczeństwa mieszkańców i składów księcia, pośród których zapewne najcenniejsze były skórki futerkowych zwierząt, bursztyn, broń, suszone ryby.

Skromne początki miasta nie mają niestety – jak Rzym, czy Kraków – swojej założycielskiej legendy. Wizyta świętego Wojciecha w roku 997 jest pierwszym – w ścisłym znaczeniu tego słowa – historycznym wydarzeniem w Gdańsku, odnotowanym wraz z kilkoma informacjami: były biskup Pragi ochrzcił „całą rzeszę ludzi”, jak też odesłał przyznaną mu eskortę, wyruszając do nieodległej ziemi Prusów. Tylko imaginacja może nam podsunąć obraz bramy, przez którą opuszcza Gdańsk przyszły święty. Gdzie położony był pomost, z którego wsiadł do łodzi? Czy widać było stamtąd jedną z kilku bram grodu? Czy była wówczas otwarta, czy – przeciwnie – zamknęła się za misjonarzem ze zgrzytem i klekotaniem zasuw, ponieważ – jak wolno domniemywać – w taką podróż łodzią wybierano się zazwyczaj wczesnym świtem. Tę podróż uwieczniono później na innych wrotach – gnieźnieńskich. Powstały w drugiej połowie XII wieku, kiedy w Gdańsku rządził Świętopełk, zwany przez potomnych wielkim.

Brama Zielona na rycinie P. Willera, 1687
Brama Zielona na rycinie P. Willera, 1687
Fot. Zbiory BG PAN

Kiedy kondukt żałobny w mroźny dzień 1266 roku wyruszył z gdańskiego kościoła św. Katarzyny do klasztoru w Oliwie, gdzie chowano książąt Pomorza, zapewne przy bramie miejskiej straże oddały Świętopełkowi ostatni hołd. Niestety, i ta brama wymyka się naszej wiedzy: zarówno co do lokacji, jak wyglądu. Czy była skierowana na coraz częściej używany w tamtych czasach trakt do Oliwy? Niekoniecznie. Do dziś trwa spór, czy lokacja miasta na prawie lubeckim przez Świętopełka miała miejsce na tak zwanym Starym, czy też Głównym Mieście.

Nie wiemy nawet, ile dokładnie miasto posiadało wtedy bram. Z czasem zaczyna ich przybywać, wyraźnie różnicują się bramy portowe i te od strony lądu. Dominikanie, których do Gdańska sprowadził Świętopełk, do dziś używają jako znaku swojej polskiej prowincji herbu Jacka Odrowąża – ich współbrata i świętego. Herb „Odrowąż” przypomina bramę ze strzałą umieszczona grotem do góry na jej szczycie.

Ale nienapisany poemat wcale nie musiałby się zaczynać w czasach najdawniejszych, by nie rzec – mitycznie od nas oddalonych. Tym, co uderza przybysza spoza Gdańska w jego bramach, to ich ogromna różnorodność, a przy tym – na tle bram innych miast Polski – pewna wyjątkowość. Ma ona związek z wielką polityką europejską, oraz polityką i położeniem samego miasta Gdańska. Pod koniec XVI wieku, dokładnie w 1588 roku powstały Zjednoczone Prowincje Niderlandów, kładąc kres przeszło dwudziestoletnim walkom o wyzwolenie tych ziem spod władzy hiszpańskich Habsburgów. W latach okrutnej i krwawej wojny niderlandzka sztuka fortyfikacji doszła do swojej doskonałości. Na płaskich, bagnistych terenach stworzono typ umocnień szańcowych, z przewagą ziemnych wałów, wzmacnianych wieńcami ceglano-kamiennymi. Wiele z nich okazało się nie do zdobycia. Od końca XVI i początku XVII wieku do Gdańska sprowadzani są inżynierowie właśnie z Niderlandów, by rozrastające się terytorialnie miasto umocnić nowym systemem wodno-ziemnych fortyfikacji. Przetrwały w zasadniczo niezmienionej formie aż do końca XIX wieku, kiedy zgodnie z modernizacyjnym duchem epoki – jak w Krakowie czy Frankfurcie na Menem – fosy zmieniono w ciągi komunikacyjne, a w miejscu wałów utworzono zielone planty.

Antoni van Obberghen, Kornelius van den Bosch, Wilhelm Janssen Benning, czy Adrian Olbrants byli inżynierami, dzięki którym Gdańsk stał się miastem nie do zdobycia. To właśnie w tej epoce powstał obecny kształt Bramy Wyżynnej, której formę – zbliżoną do bram Antwerpii – nadał Wilhelm von den Blocke, przebudowując nieco wcześniejsze dzieło Jana Kramera. Zbliżoną nieco w stylu do Bramy Wyżynnej Bramę Nizinną, zaprojektował i zbudował Jan Strakowski, Polak, twórca również Bramy Żuławskiej, który jako stypendysta Rady Miasta przez dziesięć lat doskonalił swój kunszt inżynierski w Niemczech i Niderlandach. Strakowski nadzorował też prace przy budowie Wielkiej Zbrojowni projektu van Obberghena: dziś bramy tego arsenału otwarte są przez cały dzień, w godzinach pracy pasażu handlowego.

Zupełnie nietypową bramą miasta jest wodna śluza na Motlawie: zbudowana przez Benninga i Olbrantsa, regulowała poziom wód w porcie, a w razie zagrożenia militarnego mogła spowodować zalanie wielkich połaci terenu od strony nizinnych Żuław. W pogodny, ciepły dzień można ją przekroczyć wypożyczonym kajakiem, co w ciągu ostatnich lat staje się coraz popularniejszym sposobem zwiedzania miasta z wody.

Poemat gdańskich bram powinien uwzględnić oprócz tak wiadomego wątku niderlandzkiego, także i ten ostatni: wodny. Najstarsze dziś zachowane bramy miasta, zwane właśnie – wodnymi, oddzielały port na Motławie od prostopadle biegnących ku niemu ulic. Pierwotnie posiadały formę furt, z czasem nabudowywano na nich pomieszczenia dźwigowe – jak w słynnym Żurawiu, lub magazynowe – jak w Bramie Chlebnickiej. Bramę Św. Ducha, u wylotu ulicy, przy której mieszkała Joanna Trosiener, rodzina Schopenhauerów, a także Daniel Chodowiecki, odbudowano dopiero w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. Najpełniej zachowaną w pierwotnej wersji i najstarszą w tej sekwencji jest Brama Krowia u wylotu ulicy Ogarnej, powstała prawdopodobnie w drugiej połowie XIV wieku. Bramy Chlebnicka, Krowia, Mariacka, Straganiarska – wraz z Żurawiem – to królestwo czerwonej, hanzeatyckiej cegły, której barwę po drugiej stronie Motławy naśladowały spichlerze. Jeśli poezja jest wsłuchiwaniem się w głosy nieobecnych, tę część miasta od świtu do nocy wypełniały przez paręset lat nawoływania sztauerów, przekleństwa marynarzy, pokrzykiwania robotników, rozmowy dostarczycieli takielunku, handlowych agentów i przekupek, które zawsze – pośród dominującej niemczyzny i słabo obecnej polszczyzny – gadały po swojemu, to jest po kaszubsku. Od czasu do czasu powinniśmy też usłyszeć holenderski, nieco gardłowy język kapitana z Amsterdamu, angielski z wyraźnym szkockim akcentem, rzadziej francuski i rosyjski.

Nadwodna Brama Krowia, widok od Motławy, ok. 1895
Nadwodna Brama Krowia, widok od Motławy, ok. 1895
Fot. www.gedanopedia.pl

Nie ma oczywiście mowy, by w poemacie zabrakło typowo gdańskich zniknięć, przebudów, diametralnych zmian funkcji i dekoracji. Po Bramie Oliwskiej – u wylotu Wielkiej Alei – nie pozostał żaden ślad poza nazwą tramwajowego przystanku, który tak w polskich, jak niemieckich czasach oznaczał to samo. Najpotężniejsza z wodnych bram – Brama Kogi, wzmiankowana już w 1357 roku, całkowicie zmieniła swoje przeznaczenie i charakter. Jan Kramer z gotyckiej budowli przemienił ją w reprezentacyjny budynek miejski, zwany odtąd Bramą Zieloną. Kramer był Niemcem z Drezna, tym niemniej Zielona Brama wyraża doskonale północny, holenderski, późnorenesansowy styl. W latach Rzeczpospolitej zatrzymywali się w Zielonej Bramie polscy monarchowie. W wieku XVIII – pod jego koniec – bramę opanowali uczeni z Towarzystwa Przyrodniczego. Za czasów pruskich znajdowały się tu sklepy i tytoniowy skład Kummera. Zwodzony most nad Motławą u progu tej bramy do dziś stanowi tęsknotę poetów – nigdy go nie odbudowano.

Na drugim końcu miasta, u wylotu ulicy Długiej, w miejscu gotyckiej, już pozbawionej militarnych funkcji budowli, Flamand Abraham van den Blocke wzniósł Bramę Złotą: choć były to czasy baroku, uczeni historycy do dziś określają ją jako renesansową. Wedle opisów, to właśnie od niej zaczynały się największe publiczne gdańskie fety: powitania królów, pełne przemówień, salw honorowych, girland, oraz barokowych, ulicznych inscenizacji. Oczywiście, o ile pomiędzy Koroną a Gdańskiem nie dochodziło do wymiany artyleryjskiej, co nie zdarzało się zbyt często, ale jednak się zdarzało. Ostatnią głową państwa, która w asyście honorowej szpicy przemknęła przez Złotą Bramę pojazdem był chyba Charles de Gaulle. Wówczas odległa o rzut beretem Brama Więzienna, zwana Katownią, była zamknięta, wewnątrz pełna jeszcze gruzu i zniszczeń. Dziś w tym dawnym barbakanie można oglądać bursztynowe precjoza z całego bałtyckiego świata.

Poemat gdańskich bram nie może pominąć tak zwanego Wieńca, wcześniej Latarni, na koniec Twierdzy Wisłoujście. Stanowiła prawdziwe – bo morskie – wrota do miasta. Żaden okręt uzbrojony, czy nieuzbrojony nie mógł wpłynąć do Gdańska bez pozwolenia komendanta tej placówki, uzbrojonej doskonale w artylerię. Podczas oblężenia Gdańska przez wojska Batorego w roku 1577, zginął właśnie tutaj trafiony pociskiem budowniczy Wieńca – Jan Kramer. Jego następca – Antoni van Obberghen – rozbudował tę fortalicję wedle najlepszych, niderlandzkich wzorów. Rysunki z czasu tej rozbudowy, wykonane przez Strakowskiego, przetrwały do dziś. Z wieży latarni pozbawionej hełmu widać pomnik obrońców Westerplatte, dzielnicę Nowy Port, odległy Sopot i orłowski klif. Twierdza wymagała odbudowy, ale – wyjątkowo jak na Gdańsk – nie po zniszczeniach ostatniej wojny, lecz po kilkudziesięciu latach socjalistycznej gospodarki. Magazyny przetwórczej firmy spożywczej umieszczone w twierdzy, a potem terminal przeładunku siarki ulokowany tuż obok niej dokonały okropnych zniszczeń, chyba większych niż wojska Batorego.

Być może w poemacie gdańskich bram – przynajmniej z tego względu – powinna zabrzmieć jakaś socrealistyczna nuta, aby zaakcentować powojenne, wcale niełatwe losy wielu zabytków, uznanych za nieważne dla polskiego dziedzictwa. Ekologiczna nuta poematu może z czułością wspominać czasy tuż powojenne, gdy obok twierdzy zawijały jachty, a w fosach można było łowić ryby bez zapachu siarki.

Jest jeszcze jedna brama, bez której nienapisane dzieło byłoby ułomne. To brama numer 2 Stoczni imienia Lenina, skąd w roku 1970 wyruszył pod budynek Komitetu Wojewódzkiego Partii pochód robotników, śpiewających „Międzynarodówkę”. Komitet spłonął, strajk spacyfikowano najpierw bronią maszynową, potem obietnicami, nastała era stabilizacji, zwana Gierkowską.

Dziesięć lat później pod tą samą bramą, przez cały okres sierpniowego strajku, tysiące gdańszczan i turystów słuchało komunikatów, oczekiwało z napięciem na rezultaty transmitowanych przez radiowęzeł negocjacji, wreszcie oklaskiwało pierwsze od 1945 roku złamanie monopolu komunistycznej partii, gdy Lech Wałęsa ogłaszał znad stoczniowej bramy zwycięstwo. Zwycięstwo gorzko okupione stanem wojennym i latami wypełniającej go beznadziei. Gdyby wówczas, w sierpniu, pod bramą stoczni powiedział ktoś, że to koniec nie tylko realnego socjalizmu w Polsce, ale całego porządku sowieckiego, berlińskiego muru, dyktatora Ceaușescu i zasieków kolczastych na granicach – prawdopodobnie wzięto by go za fantastę.

Może dlatego poemat gdańskich bram powinien zaczynać się nie od drewnianej brony, opuszczonej z łoskotem za biskupem z Pragi, Wojciechem, ale właśnie od tej, żelaznej, przemysłowej bramy stoczni z pionowymi prętami, która przez dwa tygodnie sierpnia łączyła, a nie dzieliła ludzi po obu jej stronach. Poeta mógłby w niej zobaczyć prastary dolmen, symbol przejścia z jednej rzeczywistości w drugą. Granicę, którą wbrew’ wszelkim tabu, udało się przekroczyć.

 

Paweł Huelle

 

Pierwodruk tekstu ukazał się w „Kalendarzu gdańskim 2008”, a później w „30 Dniach” 2/ 2008