PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Okruchy, drobiny

Okruchy, drobiny
Oglądając albumy „Był sobie Gdańsk”, głosić trzeba pochwałę fotografii.

Najmocniej z tych zdjęć przemawiają do mnie detale. Rzeczy i sprawy pozornie mało istotne, które dla ówcześnie żyjących gdańszczan wydawały się tak oczywiste jak powietrze, czy chmury. A jednak: na przykład widok cumujących przy kanale Raduni łódek. Od razu widać, że każdy z domów stojących nad wstęgą wody miał własny pomost, a przy nim właśnie cumującą łódź. Służyła najczęściej do funkcji rekreacyjnych, spacerowo-wędkarskich, ale bywało też, że pan domu z krzepkim synem wyruszali taką łódką wprost spod domu na... zakupy w mieście. Obok komunikacji tramwajowej, kolejowej i samochodowej istniała bowiem w ówczesnym Gdańsku spora sieć połączeń wodnych, całkiem przez komunizm zaniechanych, jeśli nie wprost zlikwidowanych. Ponadto, jeśli chodzi o te malutkie, prywatne przystanie – jakimi były drewniane pomosty – pełniły one także rolę towarzysko-rodzinną, podobną do tej, jaką odgrywały przedproża. Latem i wiosną ustawiano na nich stoliki i krzesła, obiadowano, pito piwo. Słowem – prawie jak w Wenecji.

Te malutkie, prywatne przystanie, jakimi były drewniane pomosty, pełniły także rolę towarzysko-rodzinną
Te malutkie, prywatne przystanie, jakimi były drewniane pomosty, pełniły także rolę towarzysko-rodzinną
Fot. Zbiory Krzysztofa Gryndera

Innym, równie nostalgicznym szczegółem, jest dla mnie widok przekupek na Targu Rybnym. Węgorze, dorsze, turboty i sandacze wprost pachną na tych zdjęciach. Cóż bardziej oczywistego w mieście nad morzem?

A jednak okazuje się, że oczywiste wcale nie musi być realnym.

Gdańsk należy dzisiaj – tak jak przez wszystkie swoje powojenne lata – do niechlubnej czołówki miast absurdu – będąc podobno morską stolicą Polski, nie posiada swojego rybnego targu. Tak jak Helsinki, Amsterdam i setki, jeśli nie tysiące miast położonych nad morzem Bałtyckim, Północnym, czy Śródziemnym. Jak to możliwe – to temat na osobną dysertację. W każdym razie tylko dzięki fotografii – tej dawnej – dzisiejsi gdańszczanie mogą się przekonać, czego naprawdę brakuje w ich mieście. Co utracili – jak się wydaje – bezpowrotnie.

Te dwa przykłady, a jest ich przecież znacznie więcej, ukazują rolę serii albumów „Był sobie Gdańsk”. Głęboką, kulturotwórczą, inspirującą. Trudno ją przecenić: dawna fotografia w tak zmasowanej, ale też i mądrze zredagowanej formie dała początek wielu dyskusjom, prywatnym wtajemniczeniom, często też rodzinnym wędrówkom po mieście. Ten epicki w istocie cykl jest też swoistym uzupełnieniem prozy Güntera Grassa. Ale – i oby tak się stało – może być również wykorzystany w przyszłości. Mam na myśli rekonstrukcję przestrzeni, która nie skończyła się przecież wraz z odbudową ulic Głównego Miasta. Ulica Długa – to znów tylko jeden z możliwych przykładów – powinna wszakże zrzucić ze swojej nawierzchni ohydne, gierkowskie płyty i wracając do wielowiekowej tradycji tego miejsca cieszyć oko starannie ułożonym brukiem. Nawet jeśli będzie to wyreżyserowana stylizacja – jej efekt bez wątpienia oznaczać będzie wzmocnienie poczucia „autentyczności historii”. Wiem, co to oznacza, jako mieszkaniec jednej z oliwskich ulic, na której „zrekonstruowano” dawny bruk: teraz wrażenie „dawności” jest znacznie pełniejsze, niż wówczas, gdy stare nawierzchnie zalano lichym asfaltem – była to zresztą cecha wszystkich komunistycznych miast od Władywostoku po Łabę. A także parków – od Warny po moją Oliwę.

Ulicą Długą maszeruje młoda kobieta…
Ulicą Długą maszeruje młoda kobieta…
Fot. Zbiory BG PAN

Kilka fotografii może być zaczątkiem interesującego opowiadania. Kiedy ujrzałem ulicę Długą pełną dorożek i tramwajów, skrajem której maszeruje młoda kobieta, od razu wymyśliłem postać „Kaszibke”, służącej w domu pewnego porucznika huzarów, do którego w roku 1904 przyjeżdża Hans Castorp. Naoczność, jaką oferuje fotografia, jest nie do przecenienia. Zwłaszcza w miastach, które – jak Gdańsk - musiały dźwigać się z popiołów w najdosłowniejszym sensie.

Boli tylko jedno: między innymi właśnie cykl „Był sobie Gdańsk” stał się przedmiotem ataków posła Jacka Kurskiego, który oskarżał zarówno środowisko autorów tego przedsięwzięcia, jak władze miasta o „proniemiecką politykę”. Ta zawstydzająca insynuacja pozostanie trwałym świadectwem stylu uprawiania polityki w Polsce. Pan Kurski – choć podobno gdańszczanin – zupełnie nie rozumie, że swobodny dyskurs na temat historii jest przywilejem ludzi wolnych, o silnym poczuciu tożsamości. Właśnie to poczucie bardzo solidnie rozbudował i umocnił w sercach gdańszczan cykl wspomnianych albumów. Jego autorzy na trwałe wpisali się w historię naszego miasta. Jeżeli czegoś mi w tym cyklu braknie, to choćby jednego zdjęcia z ulicy, przy której się urodziłem i mieszkałem bez mała trzydzieści lat. Hubertusburgeralee, czyli obecnej Chrzanowskiego, gdzie jeszcze w latach sześćdziesiątych na rogu Karłowicza świeciły gazowe latarnie. Ale powód jest oczywisty: któż fotografował ubogie przedmieście Wrzeszcza, gdzie pomiędzy domami wypasano konie i krowy?

Płynie stąd jedna ważna nauka: fotografujmy miejsca mało ważne, pozornie nieatrakcyjne. Nigdy nie wiadomo, jaki użytek zrobią z tego nasi wnukowie. Wszystko przemija tak szybko, niepostrzeżenie. Czas – ów podstępny złodziej – jest mistrzem destrukcji. Fotografia jest znakiem naszego sprzeciwu wobec tej dziwnej tajemnicy przemiany form, przestrzeni, ulic, domów.

Zatem – niech będzie pochwalona fotografia.

 

Paweł Huelle

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1/2007