PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Misja Berzeviczego

Misja Berzeviczego
W 1796 roku przybył do Gdańska ze szczególną misją gospodarczą węgierski dyplomata Gergely Berzeviczy.
Gergely Berzeviczy dotarł do Gdańska w sierpniu 1796 roku
Gergely Berzeviczy dotarł do Gdańska w sierpniu 1796 roku
Fot. Internet

Echa rozbiorów

Kiedy w wyniku wojny siedmioletniej (1740-1748) Austria utraciła na rzecz Prus bogaty i przemysłowo rozwinięty Śląsk, koszt utrzymania cesarstwa spadł na podle­głe „kolonie”, a zwłaszcza zasobne Węgry. Wprowadzone w latach 1754-1755 wysokie ta­ryfy celne niemal całkowicie odcięły ten kraj od wymiany towarowej z zagranicą. Miejscowi producenci zmuszeni zostali do prowadzenia handlu głównie na terenie mo­narchii. Jednocześnie Węgry stały się ła­twym rynkiem dla tanich wyrobów z terenu Czech. Spowodowało to, przy problemach z eksportem towarów, rychły upadek naddunajskiego przemysłu, pogłębiony zaka­zem otwierania nowych manufaktur. Miasta powoli zamieniały się w wioski, społeczeń­stwo wyraźnie biedniało. Ceny na produkty rolne zaczęły spadać, a wielcy obszarnicy wyrównywali straty stałym zwiększaniem produkcji. Oczywiście, cierpieli na tym przede wszystkim najbiedniejsi – chłopi, na­leżące do nich ziemie i lasy przyłączano do folwarków magnackich, a ich samych zmu­szano do bezpłatnej pracy.

Kiedy ciężar pańszczyzny stał się nie do zniesienia, zaczęły w kraju wybuchać ludo­we powstania. Krwawo tłumione, doprowa­dziły do trwałego podziału społeczeństwa na tych, którzy wyzyskują i wyzyskiwanych. Było to na rękę zaborcy z Wiednia, który mógł zręcznie wykorzystywać niezadowole­nie swych ubogich poddanych.

Sytuację gospodarczą skomplikowały również kolejne rozbiory Rzeczpospolitej, niezwykle liczącego się partnera w wymia­nie handlowej i wielkiego rynku zbytu dla węgierskich towarów, głównie wina. Nad Balatonem z niepokojem śledzono wydarze­nia na północy, obszernie je komentowano w miejscowej prasie. Były żołnierz szlachec­kiej gwardii przybocznej, Ábráham Barcsay (1742-1806), w swojej korespondencji poetyckiej do Lörinca Orczy pisarza i piewcy oświecenia w Peszt-Budzie (ówczesna stoli­ca państwa), ze współczuciem przyglądał się rozpadowi wielkiego sąsiada, udzielającego przez całe lata schronienia wygnańcom, postrzeganego jako oaza szlacheckich swobód, do których tęsknili węgierscy panowie, uci­skani przez monarchów z Wiednia. W wier­szu „Pewien żołnierz do dobrego przyjacie­la” pochylał się nad losem „wykrwawionego, biednego Sarmaty” i kraju, który „ze łzami żegna swoją wolność”. W tym samym tek­ście Barcsay przewidział, że już niebawem miasto „Danczka” zagrożone przez potężne­go Fryderyka II uosobienie bogactwa i nie­zależności, stanie się jego łupem, a Europa w milczeniu zaakceptuje ten fakt jako natu­ralny i pożądany.

Nie był to bynajmniej jedyny głos w tej sprawie. Żywotne interesy łączące oba kra­je skłaniały do głębokich refleksji wielu in­telektualistów. Znany powieściopisarz i dra­maturg Lajos Kuthy słusznie wyrokował, że „dopóki istniała Polska, nasz kraj czerpał duże zyski z dostaw wina dla niej. Teraz Pol­ski już nie ma, a Rosjanom taniej kupić wła­sną wódkę niż naszą”. Było dla niego jasne, że w wyniku zawieszenia wymiany handlo­wej „przestanie istnieć większość naszych plantacji”.

Sytuacja była na tyle dramatyczna, że postanowiono za wszelką cenę starać się znaleźć jakieś wyjście. W działania, któ­re mogłyby przeciwdziałać zgubnej tenden­cji, zaangażowanych było kilku znaczących polityków, przedstawicieli węgierskiej finansjery i arystokracji. Misję zbadania możliwości wywozu win, tytoniu i zboża „na północ”, powierzono wybitnemu ekonomi­ście, potomkowi znanego rodu szlacheckie­go, Gergely Berzeviczemu (1763-1822).

 

U sąsiada

Węgierski dyplomata odbył w swoim ży­ciu dwie podróże na północ – w 1796 i 1807 roku, przy czym tylko podczas pierwszej trafił do Gdańska. Za drugim razem zapału starczyło mu tylko, aby dotrzeć do Warsza­wy. Prawdopodobnie było to związane z dużą niedogodnością poruszania się po obcym kraju, czemu wielokrotnie nie tylko on dawał wyraz. W określonych porach roku porusza­nie się po drogach dawnej Rzeczpospolitej, zawsze utrudnione, stawało się wręcz nie­możliwe, część podróżnych decydowała się na korzystanie z łodzi i wiślanego traktu. Z pozoru bardziej komfortowa droga wodna obfitowała jednak w rozmaite przygody, któ­re w pewnym uproszczeniu można porównać do tych, jakie mogą dziś spotkać uczestni­ków wypraw w głąb Amazonki. Nie były to więc warunki, które łatwo dawało się akcep­tować. I nie miały nic wspólnego z tym, do czego mógł być przyzwyczajony cywilizowa­ny człowiek, który dotąd poruszał się jedy­nie po gościńcach zachodniej Europy.

W swoją pierwszą eskapadę Węgier wy­ruszył 1 sierpnia 1796 roku. Już następnego dnia bez żadnych przeszkód dotarł do Kra­kowa. Był pełen entuzjazmu, pierwszy dzień w obcym kraju, o którym tak wiele słyszał, pobudzał go do aktywności, obserwacji i no­tatek. Dość enigmatycznie określił to termi­nem „rozglądania się”. Robił to jednak po swojemu, czyli niezwykle skrupulatnie, zbie­rając dokładne informacje dotyczące miej­scowego handlu, jego potrzeb i ograniczeń. Miał zamiar porównać je potem z podobny­mi danymi z Warszawy i Gdańska. Był go­ściem u krakowskich kupców. Po kilku dniach pobytu, 7 sierpnia, opuścił Kraków na „żałosnej łodzi”, za którą zapłacił całe sześć złotych i która stała się źródłem jego nieustannych kłopotów. Nie tylko przecieka­ła, ale niemal każdego dnia znajdowała przy­stanek na licznych wiślanych mieliznach. Za­trudnieni wioślarze ze stoickim spokojem nakłaniali ją do posłuchu, ale nurt robił co chciał i było z tym sporo zamieszania.

13 sierpnia nieludzko zmęczony Berzeviczy trafił do Warszawy. Panorama dawnej stolicy z oddali zdołała go zachwycić, dopóki nie wjechał w jej ulice. Miasto zdumiało go swoim „azjatyckim przepychem” i kontra­stami. Najwymyślniejsze pałace sąsiadowa­ły niemal bezpośrednio z dzielnicami biedoty, które można chyba porównać do dzisiej­szych brazylijskich faweli. To, co raziło Wę­gra, nikomu nie przeszkadzało: powszechny brud i smród przyjmowano jako rodzaj do­pustu Bożego, który należy zaakceptować, starając się co najwyżej omijać najbardziej podejrzane rejony.

Przybysz zobaczył zamek, siedzibę kró­lów polskich i ogród nazywany przez niego „pruskim”, pałac prymasa i ewangelickie świątynie, skomplementowane w notatkach oszczędnym stwierdzeniem, że są „wystar­czająco ładne”. Potem pojechał na Pragę i zwiedził rosyjską ambasadę, której rezy­denci w znaczący sposób wpływali na losy miasta i kraju nad Wisłą. Berzeviczy odno­tował zasłyszaną plotkę, jakoby na obrze­żach stolicy stacjonowało aż piętnaście tysięcy rosyjskich żołnierzy. Ich obecność miała przypominać krnąbrnym Polakom, kto tu właściwie rządzi. Okolice miasta były tak spokojne, że wydawały się wręcz wy­marłe. Z rzadka spotykało się ludzi, znaczna część pól leżała odłogiem.

Podczas kilku dni pobytu w Warszawie Berzeviczy poznał wielu ludzi, przede wszystkim zależało mu na kontaktach z miejscowymi kupcami. Nie stronił jednak od towarzystwa pruskich oficerów, dobrze wykształconych i wywodzących się zazwy­czaj z arystokratycznych rodzin. Ekonomi­sta znad Dunaju z żalem zauważał, że z po­wodu ceł wprowadzonych przez rząd austriacki węgierskie wina są tu dość drogie i w związku z tym nie cieszą się zbytnią po­pularnością. W wolnym czasie, jako gość ho­norowy, obejrzał wojskową paradę i odwie­dził jeden z miejscowych teatrów. Oglądanie przedstawień teatralnych i operowych, prócz lektury, należało do jego ulubionych zajęć. Tuż przed wyjazdem na krótką chwilę przyjął na siebie rolę szpiega: otrzymaną od niejakiego Dietzensteina tajną wiadomość, dotyczącą pruskich podatków, przekazał da­lej zgodnie z odpowiednimi instrukcjami, narażając się na aresztowanie i deportację.

18 sierpnia opuścił Warszawę. Najwyraź­niej zrażony do kontynuowania żeglugi po Wiśle, zdecydował się dalszą podróż odbyć w zamkniętym powozie. W związku z tym następne pięć i pól dnia spędził w niewiary­godnie trzęsącym się pudle, łykając kurz, doświadczając przypadłości podobnych do objawów choroby morskiej. Jednak, nie zważając na to, podczas postojów dokładnie spisywał swoje spostrzeżenia na temat mi­janych okolic. Ich uroda od razu wpadła mu w oko, a i im bardziej oddalał się od Warsza­wy, tym karczmy i gościńce stawały się lep­sze. Piękne widoki Pomorza poruszały go do głębi. Tutejszy krajobraz – pełen lasów, wśród których od czasu do czasu pojawiały się jeziora – wydał mu się „uduchowiony”. Od lat interesował się geologią, więc jego szczególną uwagę wzbudzały spoczywające obok dróg majestatyczne polodowcowe gła­zy – diabelskie kamienie, o których wśród miejscowych krążyły legendy.

 

U brzegów morza

Berzeviczy z zainteresowaniem przysłu­chiwał się rozmowom napotkanych podróż­nych, zadawał im pytania, notował odpowie­dzi. Był zaskoczony, że w okolicach Gdańska wielu zamożnych chłopów jest właścicielami nie tylko ogromnych gospodarstw, ale rów­nież rozległych lasów. U niektórych można było doliczyć się pięćdziesięciu, a nawet stu koni. Wydawało mu się nieprawdopodobne, by takie bogactwo znajdowało się w rękach grupy społecznej, która w jego kraju i prze­ważającej części Rzeczpospolitej była pogardzana, podległa i nieludzko wykorzysty­wana. Zauważył zasobność tutejszych wsi, powszechny dostatek, niebywałą schludność, dumę i pogodę ducha mieszkańców. Berzeviczy nazwał ich „szczęśliwym ludem”, marzył, aby wszędzie móc spotykać podobnych ludzi. Tereny wokół Malborka uznał niemal za rajskie, przypominające mu Belgię w pobliżu Antwerpii. Serdeczność napotkanych ludzi, ich „grzeczność” zrobiła na nim duże wrażenie.

Jego powóz pojawił się w bramach Gdań­ska 23 sierpnia po południu. Od razu uderzyło go podobieństwo zabudowy miasta do tego, co widział w Niemczech – podobne budynki i ko­ścioły, te same kanały, spichrze i miejsca tar­gowe. Niemal każda ulica ozdobiona była szpalerem dobrze utrzymanych drzew. Ka­mienice zachwycały go strzelistością i ogrom­ną liczbą okien na frontowych ścianach. Miało się wrażenie przebywania na salonach, w miejscu wykwintnym, wśród eleganckich ludzi. W mieście właśnie odbywał się jarmark, co dla przybysza stanowiło szczególną atrak­cję. Mnogość wystawców i kupujących, ruch w porcie i na placach przyprawiał o zawrót głowy. To była prawdziwa republika kupiecka, pieniądz przepływał z rąk do rąk dostrzegal­nym dla każdego obfitym strumieniem. Na giełdach zbożowych i w kantorach pełno było ludzi uzbrojonych w notesy i liczydła.

Węgra zachwycały strzeliste kamienice; rycina J. C. Schultza
Węgra zachwycały strzeliste kamienice; rycina J. C. Schultza
Fot. zbiory BG PAN

Ceniący uroki życia i sztukę Berzeviczy odwiedził miejscowy teatr, gdzie właśnie wystawiano operę Mozarta „Czarodziejski flet”, lecz albo wykonanie nie było dość udane, albo gust Węgra nie tak dobry, jak sądził, bo wyszedł ze spektaklu mocno rozczarowany. 25 sierpnia wybrał się do portu, gdzie przyglądał się statkom i pra­cy na nabrzeżach, a potem powozem prze­jechał się do „Visztula”, ujścia rzeki do morza. Oglądał starą twierdzę, spacero­wał po rozległej plaży. Jeszcze tego same­go dnia spotkał się z gdańskimi kupcami. Miał dla nich bardzo konkretne propozy­cje poparte ofertami umów, które udało mu się zebrać w Krakowie, wśród tamtej­szych hurtowników trudniących się handlem węgierskim winem.

Biznesowa kolacja w jakiejś części zaspo­koiła jego ambicje, jednak dobrze zdawał sobie sprawę z faktu, że zasadniczo niczego nie była w stanie zmienić. Znaczącą popra­wę mogły przynieść jedynie ustalenia mini­strów i monarchów, zmiany ceł, podatków i stabilizacja w tym wciąż dość niespokoj­nym rejonie EuropyNastępnego dnia zwiedził Wielki Młyn oraz Wyspę Spichrzów w rozwidleniu Motławy. Z zaciekawieniem obserwował zajęcia ro­botników i sposób, w jaki na kolejnych pię­trach składowano ziarna i inne towary. Interesowało go wszystko, nieustannie zadawał pytania: jakie są obecnie ceny zboża, z któ­rych ziaren powstaje lepsza mąka i dlaczego? Poczynił również drobne zakupy. Na oporządzenie dla koni wydał dwieście forintów. Wie­czory spędzał w towarzystwie lub w teatrze, często także odwiedzał nowo poznanych zna­jomych, głównie elitę miejscowego kupiectwa w ich wytwornie urządzonych kamieni­cach, a także majątkach i uroczych pałacy­kach położonych na obrzeżach, poza wałami.

Podczas całego pobytu w Gdańsku nie opuszczało Berzeviczego poczucie bycia u siebie, swobody i radości. Miasto nad Motławą przypominało mu w jakimś stopniu uniwersytecką Getyngę, gdzie studiował, również dlatego, że spotkał dawno niewi­dzianego przyjaciela z tamtych lat, doktora Danterrela. Obaj panowie wspominali czasy młodości, spacerowali po ulicach miasta, zwiedzali zabytki. Doktor chętnie przyjął na siebie rolę przewodnika. W podróż powrot­ną nasz Węgier wyruszył 11 września.

Owocem eskapady był „Dziennik podróży do Gdańska” („Joumal der Reise nach Danzig”) wydany w 1796 roku w Budapeszcie. Zna­lazło się w nim wiele interesujących obserwa­cji dotyczących nie tylko gospodarki i handlu, ale również życia codziennego w ówczesnej Polsce i samym Gdańsku. O dawnej Rzeczpo­spolitej Berzeviczy napisał, że to dziki kraj. Doceniał wprawdzie pracowitość i pobożność polskiego ludu, ale podkreślał także jego biedę i zacofanie. Krajobrazy – z wyjątkiem Pomo­rza – określał jako nizinne, w części zalesione, piaszczyste i... nudne. Drogi z reguły fatalne, miejscowe elity zdemoralizowane na wszelki możliwy sposób. Kilkakrotnie podkreślał ogromną różnicę między magnacką Warszawą i mieszczańskim Gdańskiem. Dla niego były to jakby dwa różne światy. W pierwszym miejscu obserwować można było żałosny upadek i że­nujące kontrasty, w drugim chwalebną jed­ność, dokładność, czystość i porządek.

***

W 1797 roku Berzeviczy wydał książkę „De commercio et industriae”. Ponieważ Austria utrudniała rozwój węgierskiego przemysłu i handlu, proponował, by stwo­rzyć odrębny system powiązań gospodar­czych dla krajów Środkowej Europy, opar­tych na specjalnych przywilejach, których miałyby im udzielić rządy Prus i Rosji. W 1807 roku rozwinął swój pomysł, tworząc warianty przyszłych umów międzypaństwo­wych. Ponownie udał się też na północ, tym razem korzystając niemal wyłącznie z drogi wodnej: Popradem, Dunajcem i Wisłą.

Niestety, i ta podróż nie przyniosła spodzie­wanych efektów, a jedynie przyczyniła się do wydania, w 1808 roku, nowej publikacji pod znamiennym tytułem „O handlu światowym” („Welthandel”). Dość bolesnym doświadczeniem wyniesionym z kolejnej wędrówki było zetknięcie się z działalnością warszawskiego urzędu celnego, pełnego przekupnych urzęd­ników, liczących na sowite łapówki i stawiają­cych przeszkody w imporcie win węgierskich.

Berzeviczy był autorem projektu węgier­skiej konstytucji, który powstał na przeło­mie XVIII i XIX wieku. Kiedy wojska cesa­rza Francuzów dotarły na Węgry, oczeki­wał, że zrealizowane zostaną przemiany ustrojowe, które pomogą podnieść ojczyznę z wieloletniej zapaści. Wierzył, że zaraz po wkroczeniu do Wiednia Napoleon zwoła Węgrów do Rákos, obieca im niezawisłość i zażąda oderwania kraju od Austrii. Ten in­teresujący myśliciel uważał, że próżniacza szlachta już wkrótce zmuszona zostanie do partycypowania w ciężarach publicznych, a mienie Kościoła Katolickiego przejdzie na własność państwa. Spodziewał się także od­dania ziemi chłopom i zniesienia pańszczy­zny. Dla przedstawicieli stanów dotąd pomi­janych przewidywał miejsca w izbie niższej parlamentu. Wszystko to zebrał w projekcie konstytucji, który miał zamiar przeka­zać Napoleonowi.

Rozczarowanie i gorycz znaczyły ostat­nie lata życia węgierskiego reformatora. Po burzliwym okresie wojen, kiedy nikt nie myślał o ekonomii, rozwoju handlu, budo­waniu rozwiązań klarownych i jasnych, przynoszących społecznościom powodzenie oraz dobrobyt, nastąpił czas dzielenia łu­pów i stagnacji. Ambitne plany gospodar­cze miały jednak tę zaletę, że mogli z nich skorzystać potomni.

 

Natalia i Waldemar Borzestowscy

 

Wykorzystano:

Berzeviczy G., „Joumal der Reise nach Danzig”, Budapest;

Gaál J., „Berzeviczy Gergely élete és müvei”, Budapest 1902.

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1/2007