PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Gdański chór na Dniach Krakowa 1939

Gdański chór na Dniach Krakowa 1939
Było to jedno z największych wydarzeń artystycznych 1939 roku w Krakowie. 4 czerwca o godzinie 18. na wawelskim dziedzińcu zgromadzili się przedstawiciele towarzystw śpiewaczych z całej Polski na wielki koncert. A wśród nich chór z Wolnego Miasta.
Chóry z całej Polski zgromadzone na wawelskim dziedzińcu
Chóry z całej Polski zgromadzone na wawelskim dziedzińcu
Fot. „IKC” / Zbiory cyfrowe Biblioteki Jagiellońskiej

Transmisja koncertu odbywała się na żywo na falach Polskiego Radia. Łącznie około dwóch tysięcy chórzystów – amatorów i zawodowców, reprezentujących związki śpiewacze ze wszystkich województw II Rzeczpospolitej – zgromadziło się na arkadowym dziedzińcu Zamku Wawelskiego.

Pomorze reprezentował polski chór z Wolnego Miasta Gdańska „Lutnia-Cecylia”, stanowiący połączenie dwóch z kilku działających na terenie miasta chórów, pod batutą sławnego dyrygenta i wiolonczelisty Kazimierza Wiłkomirskiego, kierownika Polskiego Konserwatorium Muzycznego Macierzy Szkolnej w Gdańsku i jednego z animatorów polskiego życia muzycznego na terenie Wolnego Miasta – i poza jego granicami.

Barwne wspomnienia Kazimierza Wiłkomirskiego pozwalają zapoznać się z kulisami mało znanego polskiego życia śpiewaczego w Gdańsku, między innymi z trudnościami, jakie przeżywały złożone z amatorów chóry. Mylące może być samo nazewnictwo tych zespołów, jako że znaczna część z nich tworzonych w poszczególnych dzielnicach nosiła nazwę „Lutnia” albo „Cecylia”, od św. Cecylii, patronki chórzystów. Nazwy te zresztą nadal są bardzo popularne i często nadawane amatorskim chórom. Dlatego też połączony chór „Lutnia-Cecylia” dotyczy w tym wypadku organizacji działających w centrum miasta, poza nimi w poszczególnych dzielnicach funkcjonowały inne chóry, które nosiły takie same nazwy.

Działalność śpiewacza gdańskich Polaków napotykała na liczne problemy. Trudność sprawiały problemy ze znalezieniem czasu na uczęszczanie na próby, dla niejednego z chętnych do śpiewu gdańskich Polaków trudne było wykonywanie pieśni w języku polskim – jak wspominał Wiłkomirski – „wymowa wielu Polaków pozostawiała dużo do życzenia”. Do tego dochodziły animozje pomiędzy organizacjami (chóry „Lutnia” i „Cecylia” wedle słów Wiłkomirskiego, przez szereg lat „patrzyły na siebie okiem nie tyle może niechętnym, ile cokolwiek krzywym”). Pewne opory budziła też sama postać Wiłkomirskiego – ten zawodowy i sławny już wówczas dyrygent trafił do Gdańska w 1934 roku z polecenia Ministerstwa Wyznań i Oświecenia Publicznego; nieznany w Gdańsku, mógł być uważany za nominata sanacyjnych władz warszawskich, które miały skłonność do podporządkowywania sobie wszelkich oddolnych organizacji.

Trzecie z kolei Dni Krakowa, trzytygodniowy cykl wydarzeń, który odbył się w dniach 3-24 czerwca 1939 roku, były jednym z największych wydarzeń kulturalnych zorganizowanych wówczas w kraju. Jak podaje towarzyszący festiwalowi specjalny folder, na zorganizowane po raz pierwszy w roku 1936 Dni Krakowa składały się obchody tradycyjnych wydarzeń (w roku 1939 były to święto Bożego Ciała z jego uroczystymi procesjami, święto Lajkonika, abdykacji Króla Kurkowego oraz Wianki). Od 1939 roku integralną częścią Dni Krakowa stał się także Festiwal Sztuki Polskiej, obejmujący wszelkiego rodzaju wydarzenia artystyczne.

Choć w czerwcu 1939 roku tematy związane z Gdańskiem widniały na pierwszych stronach ogólnopolskich gazet, w przytłaczającej większości dotyczyły one napiętej sytuacji politycznej tego pamiętnego lata. Dziennikarze skupiali się na coraz bardziej agresywnych poczynaniach władz Wolnego Miasta, jak i miejscowych bojówek SA. Ponadto na pierwsze strony gazet trafiały wówczas doniesienia o dramatycznych i bezowocnych próbach udzielenia pomocy załodze brytyjskiego okrętu podwodnego „Thetis”, który z powodu wadliwej konstrukcji pokryw aparatu torpedowego osiadł i zatonął. Wobec narastającej grozy wojennej kwestie artystyczne schodziły na dalszy plan. Najbardziej zainteresowana występem gdańszczan „Gazeta Gdańska” została niewiele wcześniej objęta zakazem publikacji przez nazistowskie władze Gdańska. Skąpe wzmianki na temat samego występu znalazły się w „Kurierze Poznańskim” oraz w krakowskim „Nowym Dzienniku”. Szeroko o występie pisał natomiast sławny krakowski „Ilustrowany Kurier Codzienny”, jeden z najważniejszych dzienników II Rzeczpospolitej, choć jego redaktorzy pozwolili sobie podwoić liczbę przybyłych artystów.

Ponieważ to Gdańsk był symbolicznym celem Niemiec hitlerowskich, obecność przedstawicieli gdańskiej Polonii wśród zgromadzonych na festiwalu artystów wzbudziła duże zainteresowanie krakowian. Jak pisał redaktor „Ikaca”, Kraków „dawno nie przeżył tak pięknej manifestacji” patriotycznej. Organizatorzy zadbali o symboliczną oprawę. W dniu koncertu przed południem, mający brać w nim udział artyści zgromadzili się pod Oleandrami, tym wręcz sanktuarium piłsudczykowskiego kultu, skąd w uroczystym pochodzie pomaszerowali na Wawel, gdzie w południe delegacja złożona z władz związku śpiewaczego złożyła wieńce przy grobie Marszałka. Jak pisano, po drodze gdańszczan owacyjnie witała młodzież pod siedzibą towarzystwa „Sokół”, „z okien posypały się kwiaty”, a owacje czekały także przy budynkach Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Wszędzie na mieście w chwili, gdy ukazywał się sztandar chóru gdańskiego, zdejmowano kapelusze a wojskowi salutowali. Bo przecież polski sztandar z Gdańska to prawie tyle co sztandar wojskowy, bojowy” (podkreślenie oryginalne) Było to jednak niecodzienne zdarzenie, jako że  „publiczność krakowska nie jest naogół skłonna do głośnego wyrażania swych uczuć” (pisownia oryginalna).

Gdański chór w pochodzie z Oleandrów na Wawel
Gdański chór w pochodzie z Oleandrów na Wawel
Fot. „IKC” / Zbiory cyfrowe Biblioteki Jagiellońskiej

„Ikac” zamieścił na swych łamach fotografię przedstawiającą gdański chór podczas pochodu; niestety, bardzo mocno ziarnisty druk utrudnia rozpoznanie poszczególnych osób; otwierający pochód szczupły mężczyzna niosący tabliczkę z nazwą „Gdańsk” przypomina nieco Kazimierza Wiłkomirskiego. Za nim kroczy poczet sztandarowy, dwie panie przepasane szarfami oraz chorąży, który dzierży wspomniany sztandar, najpewniej będący dawnym sztandarem chóru „Lutnia” (chór „Cecylia”, jak pisał Wiłkomirski, sztandaru nie posiadał). W korpulentnym nieco jegomościu w szarym garniturze można doszukiwać się podobieństwa do Tadeusza Tylewskiego, kolejnej wielkiej postaci gdańskiej muzyki polonijnej, ówczesnego prezesa i dyrektora regionalnego towarzystw śpiewaczych. Rozpoznanie pozostałych postaci będzie trudne, możemy jednak zakładać, że gdzieś wśród nich (choć raczej poza pocztem sztandarowym) znajduje się siostra dyrygenta, Maria Wiłkomirska, późniejsza sławna pianistka i profesor uczelni muzycznych. Od 1935 roku prowadziła w gdańskim konserwatorium klasę śpiewu i, jak wynika ze wspomnień jej brata, występowała podczas koncertu.

W skład chóru wchodziło jeszcze łącznie kilkadziesiąt osób, nie wiadomo jednakże, czy wszyscy znaleźli się wówczas w Krakowie. Można jednak oczekiwać, że chóry pojechały w najsilniejszym składzie, w związku z czym w na Wawel maszerowali najpewniej: Feliks Muzyk, dyrygent „Lutni”, a w połączonych chórze zastępca Wiłkomirskiego; młody śpiewaczy talent Jan Gdaniec, który niecałe trzy miesiące po krakowskim koncercie miał bronić Poczty Polskiej w Gdańsku i jako jeden z nielicznych ocaleć, a po wojnie przez wiele lat solista Opery i Filharmonii Bałtyckiej; tenor Alfons Burandt. Na zdjęciu z „IKC”, oprócz członkiń pocztu sztandarowego, widać niewiele kobiet, najpewniej z Gdańska przyjechały też solistki – Ludgarda Chudzicka, po wojnie śpiewaczka w Operze Gdańskiej i Hildegarda Skawska („najpiękniejszy alt, jaki zdarzyło mi się słyszeć” – pisał o Skawskiej Wiłkomirski), czy też Maria Krzyżowska, która poza śpiewem w „Cecylii” odnosiła sukcesy w żeńskiej drużynie siatkarskiej Klubu „Gedania”.

Koncert z udziałem dwóch tysięcy artystów odbył się o godzinie 18. na wzniesionej w tym celu na obszernym wawelskim dziedzińcu wyniosłej estradzie, ukazanej na innym zdjęciu zamieszczonym w „Ikacu”. W dzisiejszym czasie surowych obostrzeń związanych z pandemią możemy przyglądać się tęsknie stłoczonej na dziedzińcu licznej publiczności. „Przybyła bardzo liczna grupa oficerów garnizonu krakowskiego, z dowódcą Okręgu Korpusu gen. Narbutt-Łuczyńskim i płk. Madeyskim na czele” – pisano. Dzisiejszy widok na wawelski dziedziniec arkadowy niemal się nie zmienił – jedynie budynek Kuchni Królewskich jest obecnie porośnięty w całości winoroślą, co dodaje mu malowniczości. Stroje zgromadzonych wskazują, że ten czerwcowy wieczór był raczej chłodny.

Koncert otworzyły chóry poszczególnych rodzajów broni Wojska Polskiego, po nich na scenę weszły chóry z dopiero co przyłączonego do Polski Zaolzia, które – jak pisał dziennikarz – „przed rokiem (...) przyjechały jeszcze »z za granicy«”, a „dziś (...) już z kraju”. Jednakże „punktem kulminacyjnym” było pojawienie się na scenie gdańskiego chóru. „Polacy z Gdańska nie mogą śpiewać” – pisał redaktor „Ikaca” – „widownia huczy przez kilkanaście minut oklaskami i okrzykami. Orkiestra gra hymn”. Tuż przed występem „Lutni-Cecylii” zaczął niestety dość mocno padać deszcz. Jak pisał z troską Wiłkomirski, „Moje śpiewaczki miały czarne suknie jedwabne albo koronkowe i główki prosto od fryzjera, ale żadna nie wyszła na scenę w płaszczu” (może właśnie konieczność oddania tych „główek” pod opiekę fryzjerów wyjaśnia niewielką liczbę kobiet widniejących na zdjęciu z marszu z Oleandrów na Wawel?).

Taka postawa budziła uznanie: „Polacy z Gdańska są zahartowani” – pisał krakowski dziennikarz. Gdański chór wykonał między innymi pieśń „Pozdrowienie Gdańska” (muz. K. Wiłkomirski, sł. Or-Ot). Słowa tej pełnej patosu pieśni pasowały do szczególnie dotkliwie odczuwanej w Gdańsku atmosfery niemieckiego zagrożenia: „Krzyżacki rabuś chyłkiem bieżał, Grunwaldem drugim piorun grzmiał (...) i takim byłeś, Gdańsku, dumny, jak za Zygmuntów złotych lat”. Fragment ostatniej strofy zmarłego w 1931 roku Oppmanna: „Przez zagojone krwawe blizny może się ziszczą wielkie dni”, brzmi nieco proroczo w kontekście losów Gdańska i jego mieszkańców w latach II wojny światowej. Członkowie „Lutni-Cecylii” odśpiewali także „Przysięgę” z muzyką Wiłkomirskiego do słów Kornela Makuszyńskiego („Płyńmy, bo świat jest wielki i szeroki; bez trwóg, bez lęku, naprzód wciąż zuchwale; Niech nas niebieskie prowadzą obłoki; na kraniec świata albo jeszcze dalej”).

Sprawozdawca „IKC” najbardziej jednak zapamiętał wykonanie „Hymnu śpiewaków gdańskich” Tylewskiego, choć w swej relacji przekręcił nieco znajdujące się w refrenie słowa „Na straży Gdańska będziem stali...” Koncert przyniósł wspaniały sukces, także ze względu na to, jak wspominał Wiłkomirski, że „dziedziniec wawelski ma (...) wspaniałą akustykę, toteż chór brzmiał jak w najlepszej sali”.

Chórzyści gdańscy pozostali w grodzie Kraka do poniedziałkowego wieczoru, zapewne rozkoszując się pobytem w przyjaznym, polskim mieście. Ich pożegnanie na krakowskim Dworcu Głównym około 22. miało także oficjalny i uroczysty charakter. Członkowie „Lutni-Cecylii” odśpiewali ponownie „Przysięgę”, po czym zostali pożegnani przemówieniem Cezara Zawiłowskiego, prezesa towarzystw śpiewaczych i muzycznych w województwie krakowskim. W rewanżu Kazimierz Wiłkomirski podziękował gospodarzom za gościnne przyjęcie. I tak oto „owacyjnie żegnani”, członkowie polskiego chóru odjechali do Gdańska, po swym jakże udanym, i – jak miało się okazać – ostatnim już występie.

Po II wojnie światowej dawni członkowie „Lutni-Cecylii” zachowywali w pamięci swą śpiewaczą działalność. Jak wspominała Maria Krzyżowska, gdy w latach siedemdziesiątych XX wieku Kazimierz Wiłkomirski występował  w Gdańsku, wielką radość sprawiały mu spotkania z nielicznymi pozostałymi w Gdańsku dawnymi chórzystkami i chórzystami „Lutni” i „Cecylii”. Sam Wiłkomirski, który po wojnie kontynuował swoją błyskotliwą muzyczną karierę, dyrygując najświetniejszymi polskimi orkiestrami i chórami, pisał po latach z wyraźnym uczuciem: „wszystkie moje przeżycia artystyczne na przestrzeni wielu lat nie zdołały zatrzeć w mojej pamięci tych doznań, jakie dawała mi praca z moim gdańskim chórem. Był to nie tylko zespół ludzi dobrej woli (...) był to zarazem subtelny, wrażliwy instrument, zdolny do realizowania prawdziwego muzycznego piękna”.

 

Jan Szkudliński

 

Wykorzystano:

Kazimierz Wiłkomirski, „Wspomnienia”, Kraków 1971;

Danielewicz, M. Koprowska, M. Walicka, „Polki w Wolnym Mieście Gdańsku”, Gdańsk 1985;

Tadeusz Tylewski, „Pieśni dawne i historyczne z Pomorza i Gdańska”, Gdańsk 1959;

Numery gazet: „Ilustrowany Kurier Codzienny”, „Nowy Dziennik” ze zbiorów cyfrowych Biblioteki Jagiellońskiej;

„Gazeta Gdańska” ze zbiorów Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej;

„Kurier Poznański” ze zbiorów Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej.

 

Pierwodruk: „30 Dni” 4-5/2020