PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Bitwa pod Latarnią

Bitwa pod Latarnią
W nocy z 5 na 6 lipca 1628 roku w pobliżu twierdzy Wisłoujście miała miejsce bitwa, w której szwedzka flota zadała polskim okrętom bolesne straty.
Więcej artykułów poświęconych Gdańskowi znajdziesz na stronie głównej gdansk.pl
Twierdza Wisłoujście; na pierwszym planie rzeka za nią twierdza z bastionami, fosami i wieżą, po prawej, zalesione wzgórza, po lewej brzeg morski i morze; w tej okolicy toczyła się bitwa; rycina Gabriela Bodenehra
Twierdza Wisłoujście; na pierwszym planie rzeka za nią twierdza z bastionami, fosami i wieżą, po prawej, zalesione wzgórza, po lewej brzeg morski i morze; w tej okolicy toczyła się bitwa; rycina Gabriela Bodenehra
Fot. zbiory Muzeum Gdańska

Nie minęło wiele dni od zwycięstwa w bitwie pod Oliwą (28 listopada 1627 roku), gdy komisarze Królewskiej Komisji Okrętowej zajęli się przesłucha­niami uczestniczących w niej oficerów, szy­prów i marynarzy. Interesowało ich bierne zachowanie polskiej floty – dlaczego tak wielu doświadczonych kapitanów nie pod­jęło walki z wrogiem, a następnie nie uczest­niczyło w pościgu? Zygmunt III Waza do­magał się wyjaśnień, komisarze usiłowali dociec prawdy, dowódcy okrętów spoglądali na siebie podejrzliwie.

Nie była to zdrowa atmosfera, a przecież mogłoby się wydawać, że zwycięstwo – choć tak drobne – powinno się przyczynić do wzro­stu entuzjazmu w szeregach młodej polskiej floty. Tymczasem istotne było, kto po zakoń­czeniu prac komisji będzie musiał opuścić służbę, kto zaś zostanie i być może awansuje. Ponieważ głównodowodzący rozstał się z ży­ciem podczas bitwy, do „wzięcia” było również stanowisko najwyższe - admirała floty.

 

Krajobraz po bitwie

23 kwietnia 1628 roku na wody Zatoki Gdańskiej wpłynęła silna eskadra dwunastu okrętów szwedzkich i tym samym została wznowiona blokada morska Gdańska. Jednostki wroga tym razem usadowiły się bardzo blisko głównego toru wodnego, unie­możliwiając w praktyce wyjście floty pol­skiej z Wisły na morze. Polskie okręty, które przed kilkoma miesiącami odniosły zwycięstwo pod Oliwą, zacumowały pod osłoną dział twierdzy Wisłoujście, zwanej też Latarnią (w wieżyczce stanowiącej cen­tralny punkt kompleksu obronnego płonęło światło wskazujące drogę do portu). Twier­dza kształtem przypominała rozgwiazdę, posiadała dwa pierścienie fortyfikacji, ze­wnętrzny składał się z pięciu bastionów otoczonych fosą, wewnętrzny z czterech. Umieszczona tam bateria złożona była z kil­kudziesięciu dział rozmaitego kalibru, także moździerzy. Szeroki nurt Wisły dodatkowo przegradzał żelazny łańcuch, który skutecz­nie mógł powstrzymać śmiałków chcących wpłynąć z redy do wewnętrznego portu bez zgody komendanta twierdzy.

Po zakończeniu dochodzenia w sprawie oliwskiej i przygotowaniu raportu komisja zajęła się uzupełnianiem zapasów i obsadze­niem okrętów. Służący w polskiej flocie ma­rynarze stanowili środowisko w pełni mię­dzynarodowe: obok gdańszczan i Kaszubów na okręty stojące pod Latarnią zamustrowano wielu lubeczan, Szkotów, Anglików, Duńczyków, Niemców, a nawet Szwedów (wszak Zygmunt III był wciąż nominalnie królem Szwecji). Przy obsadzaniu stano­wisk oficerskich i podoficerskich jedynym kryterium były umiejętności. W skład pol­skiej floty wchodziły: galeony – „Król Da­wid”, „Święty Jerzy”, „Tygrys” („Tigern” zdobyty pod Oliwą), „Wodnik”; pinki – „Arka Noego”, „Żółty Lew”, „Panna Wod­na” „Biały Pies” oraz fluity – „Delfin”, „Czarny Kruk” i „Feniks”. Cała ta flota w znacznej części składała się z byłych okrę­tów handlowych, które na polu walki nie po­siadały większej wartości bojowej.

W walce na morzu liczyły się głównie ga­leony, najbardziej wówczas popularne okrę­ty wojenne na Bałtyku. Były to trójmasz­towce wyposażone w silną artylerię, rozsta­wianą na kilku pokładach. Można przypusz­czać, że trzy nowe jednostki w eskadrze („Feniks”, „Delfin” i „Biały Pies”) były zdo­bycznymi okrętami handlowymi, które za­adaptowano na potrzeby floty wojennej, wiadomo bowiem, że w ostatnich tygodniach trzy takie „pryzy”, podejrzane o prowadze­nie handlu ze Szwecją (dwa angielskie i je­den z Hamburga) sprowadzono do Gdańska.

Wśród dowódców zabrakło zasłużonego dla floty polskiej Szkota, kapitana Jakuba Murraya – dowódcy „Króla Dawida” w bi­twie pod Oliwą. To jego bowiem najczęściej obciążały zeznania przesłuchiwanych przed komisją, wskutek czego usunięto go z armii pod zarzutem braku zaangażowania w wal­kę. Zmieniono także okręt admiralski. Do niedawna był to „Święty Jerzy”, obecnie stał się nim mniej uszkodzony „Król Dawid”, duży galeon zwodowany w stoczni gdańskiej w 1623 roku. Ponieważ poległ głównodowodzący Arndt Dickmann, komi­sarze zaproponowali kapitanom i szyprom wybranie dowódcy.

Tym sposobem został nim Grzegorz Fentross, doświadczony kapi­tan, który z nieznanych nam przyczyn nie uczestniczył w bitwie oliwskiej. Teraz powierzono mu stanowisko admirała. O nomi­nacji komisarze powiadomili listownie króla. Z tego samego listu Zygmunt III mógł się dowiedzieć, że choć jego flota znajduje się w pełnej gotowości bojowej, to podjęcie walki w sytuacji, gdy wróg posiada tak znaczącą przewagę, byłoby „wysoce nieroztropne”.

Komisarze skupili się więc na wydawaniu kolejnych przepisów regulujących życie na okrętach i całkiem poważnie brali pod uwagę możliwość uderzenia na wroga od tylu, przy pomocy kilku okrętów wystawio­nych w Szczecinie lub Lubece. Ta bezczyn­ność niewątpliwie wpływała na rozprzężenie dyscypliny, bo choć załogi przechodziły w tym czasie szkolenia z obsługi dział i musztry, to nikt nie spodziewał się, że oka­zja do walki nadejdzie tak szybko.

 

Noc lipcowa

W nocy z 3 na 4 lipca 1628 roku do miasta przybył dezerter z wojska szwedzkiego, który twierdził, że jego ziomkowie rabują okoliczne wioski i zamierzają w najbliższych dniach zaatakować twierdzę Wisłoujście. Wzbudziło to zrozumiale zaniepokojenie w mieście. Wezwany przez Radę Miejską wójt Stogów, w pobliżu których miał wylą­dować nieprzyjaciel, przekonywał wszystkich, że szwedzkie zastępy są nieliczne i nie stanowią żadnego zagrożenia. W dodatku – zdaniem wysłanych zwiadowców – wyraźnie szykują się do odwrotu.

Już wkrótce okazało się, jak błędnie oce­niał sytuację. Następnego dnia wieczorem do Gdańska przybył były admirał floty kró­lewskiej i dowódca piechoty morskiej Wil­helm Appelman, który twierdził stanowczo, że Szwedzi obsadzili cały prawy brzeg Wisły. Jego informatorzy widzieli liczne wojsko nieprzyjaciela w sile przynajmniej kilku regimentów (pułk, czyli regiment to około pięciuset ludzi), które znajdowało się na plaży i posiadało duży zapas broni oraz amunicji. Stanowiło ono bezpośrednie za­grożenie dla stacjonującej w pobliżu twier­dzy w Wisłoujściu floty polskiej.

Wiadomość natychmiast przekazano wszystkim zainteresowanym. Na okrętach podniesiono gotowość bojową. Postano­wiono również jak najszybciej uzupełnić za­pasy, zwłaszcza na „Świętym Jerzym”, gdzie brakowało pocisków i prochu. W tym celu przewodniczący Królewskiej Komisji Okrętowej i szambelan króla Zygmunta, Gabriel Posse, udał się do burmistrza Arnolda von Holtena z żądaniem dostarcze­nia niezbędnej pomocy: prochu, pocisków oraz stu muszkieterów, którzy mieli stano­wić uzupełnienie oddziałów piechoty mor­skiej. Pertraktacje trwały długo i nie przy­niosły spodziewanych rezultatów. Bur­mistrz uprzejmie tłumaczył, że jego zada­niem jest przede wszystkim utrzymanie zagrożonej twierdzy w Wisłoujściu, a okręty... powinny radzić sobie same. Po powrocie z miasta komisarze zwołali radę wojenną, w której uczestniczyli wszyscy oficerowie floty. Jak przekonywali później, wyraźnie polecili swoim podkomendnym stawiać opór nieprzyjacielowi dopóki nie użyje on artyle­rii. W sytuacji ostrzału powinni pośpiesznie uciec z pola rażenia, aby ich statki nie znala­zły się w niebezpieczeństwie.

Po północy dwaj komisarze – Posse i Da­niel Riedriger – udali się na przegląd okrę­tów zacumowanych przy twierdzy Wisłoujście. Z zadowoleniem stwierdzili trzeź­wość marynarzy i panujący na łodziach po­rządek, rozstawionym strażom dano hasło: „Sanctus Sigismundus”. Okręty stały pod opuszczonymi żaglami. Królewskie załogi przygotowane były do odparcia ataku, na­wet armaty były już załadowane, w każdej chwili gotowe do wystrzału. Zbliżała się go­dzina pierwsza trzydzieści, a nieprzyjaciel nie nadciągał. Uspokojeni komisarze ruszyli w stronę miasta. Skoro zdecydowali się na ten krok, musieli wyraźnie nie wierzyć, że tej nocy dojdzie do potyczki.

Było już po drugiej, kiedy na brzeg przy­byli konni zwiadowcy z okrzykiem: „Wróg się zbliża!”. Wszczęto alarm na okrętach, nabite działa i muszkiety skierowano w stro­nę, z której spodziewano się nadejścia Szwedów. Około wpół do trzeciej w nocy – budziły się już ptaki i powoli zaczynało świ­tać – z lasu wybiegło trzydziestu lub czter­dziestu mężczyzn w części uzbrojonych w półpancerze i hełmy, którzy nieśli długie muszkiety wyposażone w forkiety (widełki do ustawiania broni). Wyglądało to raczej niegroźnie. Nowo mianowany kapitan gale­onu „Święty Jerzy”, Hieronim Teschke, do­tychczas szyper na tym samym okręcie, po­dał komendę: „Ognia!”, i dwa, prawdopodobnie rufowe, działa czterokrotnie plunęły ogniem w kierunku wroga.

Okręt ten – dys­ponujący ponad trzydziestoma działami ze 150-osobową załogą, która składała się z marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, uzbrojonych w muszkiety i broń białą – na­leżał do największych w polskiej flocie i ode­grał kluczową rolę podczas oliwskiej bitwy. Za przykładem „Świętego Jerzego” poszedł będący w pobliżu „Żółty Lew”, ze względu na swój wiek zwany przez marynarzy „Starą Pinką”. Tu na czele 90-osobowej za­łogi (w tym pięćdziesięciu żołnierzy) stał do­świadczony kapitan Hans Kizero. Skory­gował ustawienie i salwą burtową (niestety, dość skromną – po pięć armat z każdej burty) aż osiem razy wystrzelił w kierunku nadchodzącej od wschodu szwedzkiej pie­choty. Do walki przystąpił także „Feniks”, prowadzony przez Holendra z Amsterdamu, kapitana w wojsku polskim – Hansa Moylekensa. Była to handlowa fluita, na którą za­okrętowano pięćdziesięciu muszkieterów i dwanaście dział.

Nieprzyjaciel działał planowo. Szwedzcy muszkieterowie zaczęli prowadzić miarowy ostrzał, podczas gdy żołnierze baterii polo­wej pod osłoną wydm rozstawiali swoje ar­maty, dokładnie naprzeciw zacumowanych na Wiśle okrętów. Wojsko szwedzkie zasłu­żenie cieszyło się opinią jednej z najlep­szych i najsilniejszych armii europejskich, posiadało doskonałą, rekrutującą się głów­nie z chłopstwa, piechotę i nadzwyczaj sprawną lekką artylerię połową. Na jej wyposażeniu znajdowały się trzyfuntowe działka żelazne (kaliber 75 milimetrów), do ładowania których używano naboi łączonych (kuli połączonej z workiem wypełnionym prochem) lub kartacza, to jest puszki napeł­nionej małymi kulkami. W 1626 roku Szwedzi po raz pierwszy zastosowali na polu walki tzw. „działa skórzane”. Ich lufy wyko­nane były z rur miedzianych, wzmocnionych żelaznymi obręczami, a obszyte były grubą skórą i okręcone sznurami. Były one nieby­wale lekkie, lecz mimo tej zalety w praktyce nie oddały wielkich usług w armii i wkrótce wycofano je z użycia.

Komisarz Krystyn Strobant, zaalarmo­wany odgłosem pierwszej kanonady, nie czekając na pozostałych członków komisji, udał się w drogę powrotną, na pole walki. Inni komisarze pozostali w domach i tu li­czyli kolejne wystrzały, a niektórzy dopiero przy setnym zdecydowali się podjąć po­dobną decyzję. Tymczasem Szwedzi – oto­czywszy Wisłoujście – podjęli walkę w rejo­nie między twierdzą i Mleczną Karczmą.

Stronie polskiej od początku bitwy nie dopisywało szczęście. Ogień, prowadzony przez Szwedów z bliska, okazał się bardzo skuteczny. Po trzech, czterech salwach je­den z pocisków zapalających – były to rozża­rzone do czerwoności kule żelazne – trafił prościutko w komorę prochową „Żółtego Lwa”, która znajdowała się pod dolnym po­kładem. Okręt błyskawicznie zapalił się i wyleciał w powietrze. Podmuch wybuchu był tak silny, że znajdujący się w pobliżu „Feniks” dosłownie położył się na burcie, a następnie zepchnięty został na wschodni brzeg, gdzie stanął na mieliźnie w pobliżu miejsca, które zajmował wróg. Marynarze z „Żółtego Lwa” (to zadziwiające, ale pod­czas eksplozji na okręcie zginęło ich tylko siedmiu, niestety, w tej liczbie również kapi­tan) usiłowali dopłynąć do zachodniego brzegu. W ich kierunku wysłano kilka łodzi ratunkowych.

Tymczasem na uwięzionym „Feniksie” wybuchło kilka granatów ręcznych, a zapa­lające kule turlały się po pokładzie przy wtórze głośnego syku. W kilku miejscach naraz nieśmiało zaczęły się pojawiać pierwsze języki ognia. Przerażona załoga tego okrętu w panice ruszyła do ucieczki, a wraz z nią na brzeg zabrał się zrezygnowany, ranny w nogę, kapitan Moylekens, który bezskutecznie błagał swoich ludzi, aby pozo­stali na okręcie i wspólnymi siłami opano­wali sytuację.

W tym czasie „Święty Jerzy”, osłaniając „Feniksa” i resztę polskich okrętów, prowa­dził niebezpieczny pojedynek artyleryjski z dobrze ukrytą artylerią szwedzką i boha­tersko odpierał ataki nacierającej piechoty szwedzkiej. Kanonierzy uwijali się jak w ukropie, zaczynało brakować amunicji i prochu. Jednocześnie w kierunku stoją­cego na płyciźnie statku ruszyła łódź wy­słana z „Arki Noego” (to pinka uzbrojona w szesnaście dział, dowodzona przez kapitana Magnusa Wessmana, zwanego przez swoich ludzi kapitanem Magno). Jeszcze kwadrans wcześniej zdecydowanie odmówił on pomocy „Feniksowi”, tłumacząc się wy­starczającymi trudnościami na własnym okręcie, który także prowadził ogień w kie­runku Szwedów’. Widząc jednak, że sytuacja „towarzysza” wymknęła się spod kontroli, Wessman wysłał ludzi z dwiema linami ho­lowniczymi oraz obrzucił wyzwiskami i po­gróżkami dezerterów, którzy ukrywali się w krzakach przed Szwedami. Krzyczał, że nie powinni byli opuszczać statku, bo jeśli stracą swój okręt, nie będą mieli po co wra­cać do Gdańska. Chyba, że zechcą zawisnąć na szubienicy za złamanie przysięgi.

Kapitan Moylekens tłumaczył koledze z rozbrajającą szczerością: „Co miałem ro­bić? Ja jestem sam jeden, a załoga nie chciała zostać”. Wizja stryczka zmieniła jed­nak i jego podejście do sprawy. Dobył szabli i z wielkim animuszem zaczął gonić swoją załogę po wałach, zachęcając marynarzy, by wrócili na stanowiska. Równocześnie dwie łodzie z „Króla Dawida” (dowodzony był przez admirała Grzegorza Fentrossa, uzbrojony w lekkie działka, hakownice i garłacze) starały się nie dopuścić Szwedów do uwięzionego w piaskach rzecznych okrętu.

W tym czasie urzędnicy Królewskiej Komisji przybyli na pole bitwy. Z niepoko­jem przyglądali się walczącym. Było dla nich jasne, że okręty, dotąd stojące na Wiśle, długo nie wytrzymają natarcia. Ogień z armat i muszkietów był tak silny, że Posse nie zaryzykował przedarcia się w po­bliże miejsca walki. Przez umyślnych wysłał kapitanom rozkaz natychmiastowego wyco­fania się. Około godziny szóstej na kotwicowisku pojawił się bosman Jakub Zlicke z rozkazem od komisarzy, aby wszystkie okręty podniosły kotwice i ruszyły w stronę Gdańska. Niestety, biegnący od morza lekki wiatr całkowicie ucichł i opadły żagle na okrętach, które wolno sunęły w górę Wisły. Sprzyjający Szwedom silny nurt rzeki wy­stawiał je na łatwy cel wrogiej artylerii.

Posse bezskutecznie usiłował się skon­taktować z admirałem Fentrossem, który z szalupy starał się kierować akcją osłaniania ogniem oraz ratowania palącego się „Feniksa” i został zniesiony prądem rzeki tak daleko, że nie mógł usłyszeć głosu komisarza. Marynarze naciskali na wiosła, starając się powrócić na miejsce i wyjść z pola ostrzału. Na próżno, jedna z zabłąkanych kul trafiła admirała prosto w pierś, odbiera­jąc mu życie w jednej chwili. Jeszcze o tym nie wiedząc, Posse zwrócił się do podko­mendnego Fentrossa, porucznika Joachima Reihawena, który znajdował się w drugiej łodzi z „Króla Dawida”, aby objął dowodze­nie i wyprowadził okręty ze strefy nieprzy­jacielskiego ognia.

Tymczasem na „Feniksie”, ściąganym z mielizny dzięki pomocy marynarzy z „Arki Noego” i „Króla Dawida”, wszystko wracało do normy. Załoga gasiła pożary, przygotowywano do odpalenia działa i mu­szkiety. Zanim okręt ruszył z miejsca w kie­runku stanowisk szwedzkiej artylerii pole­ciały kule, a plaża wypełniła się gryzącym w oczy prochowym dymem. W sukurs przy­szły dwa statki wyposażone w solidną arty­lerię i liczne oddziały piechoty morskiej (oba dowodzone przez nowo mianowanych kapi­tanów): „Tygrys” (dwadzieścia pięć dział i osiemdziesięciu muszkieterów) z kapita­nem Henrykiem Oloffsonem i „Wodnik” (siedemnaście dział i osiemdziesięciu musz­kieterów) z kapitanem Hansem Schröderem. Prowadząc silny ostrzał, usiłowały nie dopuścić Szwedów do nabrzeża, a biorąc na siebie ogień artylerii wroga umożliwiły „rannemu” „Feniksowi” w miarę spokojne odpłyniecie w górę rzeki.

Walczący na pierwszej linii z wrogiem ka­pitanowie okrętów „Święty Jerzy” i „Arka Noego” domagali się przysłania wsparcia i zaopatrzenia. Komisarze wysłali gońca do kapitana Rotsteina, stacjonującego ze swoją kompanią piechoty w Sopocie, z poleceniem jak najszybszego przybycia. Apelowali również do Rady Miasta, prosząc ją usilnie o po­moc. Ich apel przyniósł jednak rezultat mało zadawalający. Tłumacząc się wyższą koniecznością, to jest obroną Wisłoujścia, zdecydowano się w końcu przetransporto­wać na zachodnią stronę mały oddział dwu­dziestu muszkieterów. Żołnierze ci ponad godzinę marnowali proch, strzelając z ukrycia na wschodnią stronę, lecz z powodu znacznej odległość ich kule nie dolatywały do celu. Kapitan „Świętego Jerzego” dostał od komendanta Wisłoujścia, pułkownika w służbie Gdańska Petera Gottberaga, dwa cetnary prochu. Miał też otrzymać z maga­zynów twierdzy pięćdziesiąt pocisków, kiedy dotarł doń rozkaz komisarzy odwołu­jący go z pola walki.

Galeon podniósł kotwicę, postawił żagle i powoli zaczął się wycofywać. Czekająca na tę chwilę artyleria szwedzka momentalnie wstrzeliła się w cel. Kilka kul uderzyło o po­kład statku, wybuchł pożar. Wśród czar­nych oparów gryzącego w oczy, duszącego dymu, źle prowadzony przez sternika okręt utknął na mieliźnie po zachodniej stronie Wisły. Sytuacja stała się dramatyczna. Przy pomocy kilku ludzi, lin i szalup, szyper Piotr Barthels zdołał poruszyć drewnianym ciel­skiem „Świętego Jerzego”. Jednak uwol­niony z mułu bezwładny galeon zaczął dry­fować na wprost przygotowujących się do strzału baterii nieprzyjaciela. Przywitała go gwałtowna kanonada. Trafiony poniżej burty szybko zaczął nabierać wody. Na ten widok Szwedzi wzmogli atak, ich ostrzał trwał dopóty, dopóki cały kadłub statku i jego wysokie maszty nie ogarnęły płomie­nie.

Zanim to się jednak stało, królewscy ko­misarze, stojąc na wałach odległego Szańca Wapiennego na lewym brzegu rzeki, starali się zorganizować pomoc dla ginącego w nie­równej walce okrętu, dumy polskiej floty, który w tym czasie pozostawał już zupełnie sam na placu boju. Do twierdzy w Wisłoujściu udał się zaopatrzony w błagalne li­sty kapitan Wessman, a kiedy nie pomogła jego interwencja, jego śladem podążył po­wszechnie znany i ceniony dowódca floty, Wilhelm Appelman. Mieli oni zorganizować pomoc w postaci kilku kompanii piechoty, które przy pomocy wiosłowych łodzi zamie­rzano przetransportować na ostrzeliwany okręt. Nie był to dobry pomysł. Tego zdania musiał być komendant twierdzy. Odwlekał swoją decyzję ponad godzinę, tak długo, aż było za późno.

Podczas walki na „Świętym Jerzym”, obok wielu marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, zginął trafiony pociskiem w lewą pierś oraz ramię kapitan Teschke. Ponieważ ogień artyleryjski wroga nie ustawał, a wręcz przeciwnie nasilał się z kwadransa na kwadrans, reszta załogi zdecydowała się opuścić płonący galeon, zeszła do łodzi i z brzegu przyglądała się, jak niszczy go doszczętnie, strzał po strzale, szwedzka artyle­ria. Pozostałe okręty w tym czasie zgrupo­wały się już na Wiśle w pobliżu Polskiego Haka. Ponieważ obawiano się dalszego ataku Szwedów, na pokładach królewskich jednostek zarządzono pełne pogotowie, wy­stawiono straże i wysłano patrol w kierunku nieprzyjaciela. Pod wieczór doniósł on, że wróg wycofał się i opuścił rejon Mlecznej Karczmy, zwijając także swój obóz.

W liście do króla z 6 lipca 1628 roku ko­misarze wyolbrzymiali liczbę atakujących Szwedów do dziesięciu tysięcy. Podawali, że były to doborowe oddziały piechoty wy­posażone w działa, w dodatku osobiście do­wodzone przez króla Gustawa II Adolfa. Ta dość nieprawdopodobnie brzmiąca in­formacja mogła wydawać się prawdziwa, gdyż król szwedzki znany był ze swej od­wagi i w poprzednim roku został raniony w nogę („kula wydobyć się nie dawała, tak

iż krew rzucała się mu nosem i ustami”) podczas ataku na broniące dostępu do mia­sta od wschodniej strony, położone w wi­dłach Wisły Gdańskiej i Elbląskiej, fortyfi­kacje Głowy Gdańskiej. Komisarze twier­dzili autorytatywnie, że polska flota wal­czyła bardzo dzielnie, zadając wrogowi po­kaźne straty: „Wprawdzie doznaliśmy spo­rej szkody poprzez stratę obu statków, ale ponieważ wróg się wycofał, mamy na­dzieję, że uda się nam – jeśli Bóg tak zechce – ocalić armaty”. Jednocześnie sta­wiali poważne zarzuty gdańskim władzom, które nie wykazały gotowości w niesieniu pomocy zagrożonej flocie. W jej obronie – jak żalili się królewscy komisarze – „nie zabrzmiał nawet jeden bębenek” gdań­skich regimentów.

Straty rzeczywiste były bardzo dotkliwe. Dwa statki – „Święty Jerzy” i „Żółty Lew” – spoczęły na dnie. „Feniks” otrzymał trzy­dzieści pięć trafień i był ciężko uszkodzony. Zginęło przeszło stu marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, admirał Fentross oraz dwaj kapitanowie Kizero i Teschke.

7 lipca, w akwenie portowym obok twier­dzy w Wisłoujściu, przystąpiono do skompli­kowanej operacji wydobywania armat z za­topionych wraków. Prace te miały trwać aż do sierpnia 1628 roku. Kilka kolejnych mie­sięcy trwała reperacja okrętów i uzupełnia­nie załóg. Tradycyjnie ruszyło również ko­lejne wielkie dochodzenie, mające wyjaśnić, kto jest odpowiedzialny za niepowodzenie. Do końca lipca przesłuchano trzydziestu sze­ściu uczestników bitwy. Winą obarczono nie­żyjącego kapitana Teschke, uznając, że na­rażał on niepotrzebnie swój okręt podczas nieprzemyślanych manewrów na rzece oraz pojedynku artyleryjskiego z dobrze ukry­tym przeciwnikiem. Oskarżono również ka­pitana Meylekensa z „Feniksa”, że opuścił swój okręt wraz z załogą.

Komisarze zakończyli swój raport zapew­nieniem, że odtąd stale będą podnosić dys­cyplinę i gotowość bojową załóg, a miejscem postoju okrętów stanie się teraz Polski Hak, znacznie bezpieczniejszy, bo znajdujący się w bezpośredniej bliskości silnych, miejskich fortyfikacji Gdańska. Ostrożność ta wyda­wała się w pełni uzasadniona, bowiem Szwe­dzi, wciąż znajdujący się na redzie, mogli w każdej chwili podjąć kolejne uderzenie.

 

Epilog, czyli królewski gest

Na początku stycznia 1629 roku Zygmunt III zdecydował się wysłać swoją flotę do Wismaru na pomoc hiszpańskim Habsbur­gom, uwikłanym w północny konflikt. Eskadra, składająca się z siedmiu okrętów, trafiła do obcego portu w momencie, gdy dotychczasowy sojusznik polskiego króla akurat zdecydował się zrezygnować z dal­szych działań wojenno-morskich na Bał­tyku, które były skierowane przeciwko Szwecji. Okręty stały więc w porcie bez­czynnie tak długo, aż opuściły je załogi od wielu miesięcy pozbawione żołdu i zdjęto z nich niemal całe uzbrojenie.

Zygmunt III starał się odzyskać swoją flotę, ale robił to nadzwyczaj ślamazarnie. Kiedy więc Szwedzi zajęli Wismar w 1632 roku, to im przypadły niemal wszystkie sta­cjonujące tam okręty.

 

Waldemar Borzestowski i Natalia Müller

 

Pierwodruk: „30 Dni” 1/2010