Długie lata na Liczmańskiego

Niedaleko Starego Rynku Oliwskiego, głównej ulicy Oliwy, leży ulica Alfa Liczmańskiego. Idąc od Rynku ulicą Leśną, pierwsze napotkane skrzyżowanie to ulica Alfa Liczmańskiego. Tu mieszkam

A
A
Ostatnia aktualizacja: 31 lipca 2018 r.
Dom przy Liczmańskiego 3, rodzinne gniazdo Jutty Szuster, 1938
Dom przy Liczmańskiego 3, rodzinne gniazdo Jutty Szuster, 1938
Fot: archiwum rodzinne autorki

Kiedy tuż przed II wojną światową powitałam ten świat, ulica nosiła nazwę Jahnstrasse. Swoje obecne imię zawdzięcza gdańskiemu działaczowi polonijnemu, harcerzowi, którego Niemcy rozstrzelali w 1940 roku. Alf Liczmański mieszkał tu w domu pod wielkim czerwonym bukiem, oznaczonym numerem 7. Dostojne drzewo stoi do dziś wśród rosnących wzdłuż ulicy starych, wysokich lip. Buk, jakby z hasłem „czuwaj”, trzyma straż przed dwupiętrowym domem, oznakowanym pamiątkową tablicą o bohaterze wojennych lat. Pamiętam jeszcze żonę patrona ulicy, panią Janinę Liczmańską i ich córkę Reginę, które powróciły do swego domu zaraz po zakończeniu wojny.

Moja ulica powstała na początku XIX wieku. Właścicielami działek gruntowych wokół niej byli, między innymi, Paul Trade i Otto Karpiński. Ten drugi z czasem stał się właścicielem kilku kamienic w okolicy. Obecne domy, wszystkie dwupiętrowe i każdy inny w swej szczególnej architekturze, powstawały kolejno, a działania wojenne prawie nie wyrządziły im szkód. Do dziś trzymają się dzięki solidnej, dawnej sztuce budowlanej. Niestety, wraz ze swoimi ogrodami straciły po wojnie na świetności. Dość szybko zabrakło kolorowych rabatek i widocznego ładu. Na ulicę wkroczyła szaro-bura rzeczywistość, sprowadzająca dawne przedmioty do wspólnego, brzydkiego podobieństwa.

Ale wiele lat wcześniej, w 1911 roku, jeden z domów przy Jahnstrasse (i otaczający go grunt) nabył mój dziadek ze strony ojca. Przeniósł się tu wraz z rodziną z Kilonii. Dziadek był człowiekiem morza, i to z natury, i z zawodu. I właśnie stąd wynikała chęć zamieszkania blisko Bałtyku. Tu, w nowym domu, wyrastał mój ojciec razem ze swoim rodzeństwem, a później również i ja ze swoją siostrą.

Pierwsze lata II wojny światowej nie burzyły mojego dzieciństwa. Obecność toczącej się wojny w mojej świadomości była raczej teorią, bowiem walki rozgrywały się daleko od Gdańska. Dopiero pod koniec wojny z wielkim nasileniem rozpętały się w centrum miasta. Wiodłam zatem w świecie dziecka zwyczajne dni. Pamiętam długie spacery, których inicjatorką była moja babcia, żywiołowa i niestrudzona wędrowniczka. Oliwskie lasy leżały w zasięgu ręki, a że były (i są) wielkie, to i nasze wędrówki były długie. Na tych wycieczkach pokochałam rozsłonecznioną Dolinę Radości z istniejącym u jej końca dworkiem letniskowym, w którym wypijało się herbatę do przynoszonych z domu kanapek. Mieścił się tu również mały ogród zoologiczny. Po drodze mijało się zabytkowy dworek przy ulicy Bytowskiej 1, zwany po wojnie „Żeliwiakiem” (od nazwy powstałej przy nim spółdzielni). Dziś ten obiekt stoi bezlitośnie zdewastowany. Dalej z mostu nad Potokiem Oliwskim można było popatrzeć na Kuźnię Wodną, a po chwili cieszył już widok Dworku Szwabego z szumiącym wodospadem. Zabytek ten w czasach powojennych przechodził przez długi okres zniszczeń, nie znajdując odpowiedniego gospodarza. Było ich wielu, aż wreszcie znalazł się ten, który odrestaurował obiekt i stworzył w nim zespół hotelarsko-gastronomiczny, nazwany „Dworem Oliwskim”.

Dużo można by pisać o leśnych wędrówkach, choć tematem jest przecież moja ulica. Jednak nie mogę nie wspomnieć o Pachołku, na który wspinałam się ze sto razy, by oglądać całą Oliwę i wyszukiwać znane miejsca, a przede wszystkim swój dom. Na wzgórzu stała wysoka, murowana z czerwonej cegły wieża widokowa, licząca przeszło sześćdziesiąt lat, wzniesiona ku pamięci opata oliwskiego Karla von Hohenzollerna. Budowla ta pod koniec wojny, w 1945 roku, została rozmyślnie zniszczona przez Niemców.

Tuż przed tym niegodnym czynem zaczynała się też burzyć beztroska mojego dzieciństwa. Wojna przenosiła się coraz bliżej nas. Częste ostrzeliwania Gdańska i powtarzające się alarmy przeciwlotnicze zmuszały nas do chowania się w bezpieczne miejsce. W każdym domu największe, położone pośrodku, pomieszczenie piwniczne przeznaczone zostało na schron. Przed oknem tego pomieszczenia ustawiona była – w celu zabezpieczenia – wielka drewniana skrzynia wypełniona piaskiem. Przeraźliwy ryk syren alarmowych przerywał nocne spanie i trzeba było w pośpiechu do niego schodzić do piwnicy. Pamiętam, że każdego wieczoru starannie układałam zdejmowane ubranie, by w chwili alarmu móc szybko się ubrać. Panika i lęk rodziców oraz innych dorosłych domowników dzieciom udzielały się w znacznie mniejszym stopniu. Czułyśmy z siostrą podniecenie sytuacją, ale przede wszystkim determinowała nas ciekawość – „co będzie”? Na niebie co rusz rozbłyskiwały bomby świetlne. Jednak te prawdziwe, na szczęście, w naszej dzielnicy nie spadały. Słyszało się tylko ich wybuchy w Gdańsku.

Jutta Szuster siedzi na skrzyni, która zabezpieczała okno piwnicy służącej jako schron; ostatnie lata wojny
Jutta Szuster siedzi na skrzyni, która zabezpieczała okno piwnicy służącej jako schron; ostatnie lata wojny
Fot: archiwum rodzinne autorki

Schodzący do schronu mieszkańcy, głównie obywatele Wolnego Miasta Gdańska, przekazywali sobie niepokojące wieści o nadchodzących oddziałach Armii Czerwonej, a także o rozmiarze zniszczeń w mieście. Gdańsk był ostrzeliwany z nieba, z lądu i od strony morza. Potwierdzeniem tych wiadomości była czerwona łuna nad miastem. Oglądałam ją bez pozwolenia, wciskając się między dorosłych zebranych na progu piwnicznych drzwi. W powietrzu wisiał dym i strach, które towarzyszyły nam już na stałe. Taki stan trwał kilka dni. Ubywało ludzi na Jahnstrasse, co spostrzegłam, idąc w spokojniejszych godzinach dnia z wizytą do moich koleżanek. Nie było ich.

Mieszkania stały puste i otwarte. Odnosiłam wrażenie, jakby ludzie z nich na chwilę wyszli. Na podłogach leżały zabawki, talerze stały na stołach, gdzieś po kątach błąkał się osowiały kot... Taki widok zastałam w domu pod numerem 23, w mieszkaniu koleżanki Tamary. Podobnie było w poprzednim budynku, gdzie mieszkały dwie grzeczne dziewczynki, które zawsze miały sztywno wpięte kokardy we włosach. Nie mogłyśmy się razem bawić, bo ich mieszkanie też zostało opuszczone. Zaczynałam rozumieć, że nadszedł niedobry czas, czułam krążące niebezpieczeństwo i było ono zupełnie inne od tego, o którym słyszałam w bajkach. Zmienione realia wokół mnie zaczynały wpływać na moją świadomość. Coś ginęło w moim otoczeniu, nie chodziłam już do szkoły, bo została ona zamknięta. Pewne było, że na dniach wkroczą do Oliwy radzieckie wojska. Takie wieści słyszeliśmy od niemieckich żołnierzy, którzy pojedynczo uciekali z pola walki i chcieli chronić się w naszej piwnicy.

I tak, nad ranem 25 marca 1945 roku już wyraźnie i z bliska słychać było ostrzeliwania. Orientowaliśmy się, że front zbliża się od strony Pachołka, czyli od Sopotu. Nagle do schronu wpadło kilku sowieckich żołnierzy. Natychmiast zaczęli przeszukiwać mieszkania pod kątem biżuterii, a przede wszystkim zegarków. Wśród wrzawy przebijało się jedno, głośno powtarzane słowo: „uhr”. Następnie żołnierze podzielili nas na dwie grupy: kobiet z dziećmi i mężczyzn. Najpierw mężczyźni zostali wyprowadzeni do jednego z mieszkań na drugim piętrze. My zostałyśmy w schronie. Jakiś oficer rozpytywał moją mamę o istniejące w okolicy garaże. Dość grzecznie domagał się, by wskazała do nich drogę. Mama wyszła, a ja z siostrą truchlałyśmy ze strachu. Nagle zostałyśmy pozbawione obojga rodziców. Ale... Mama wróciła, a dla jej bezpieczeństwa odprowadzał ją ten sam oficer. Taty już nigdy nie zobaczyłyśmy. Wiadomość o jego śmierci otrzymałyśmy dopiero w 1963 roku. Długie poszukiwania przez Czerwony Krzyż pozostawały bez rezultatu.

Po chwili i nas wyprowadzono na drugie piętro, do innego mieszkania i tam zamknięto na klucz. W tym czasie wojsko penetrowało schron i mieszkania. Następnie odbył się przymusowy „spacer” do Doliny Radości. Prowadziło nas kilku żołnierzy. Cel był wiadomy, choć obie z siostrą nic z tego nie rozumiałyśmy. Wśród nas była młoda dziewczyna, która w chłopięcym przebraniu schowała się w naszym domu. Niestety, to jej nie pomogło. Wróciła z lasu, dokąd zabrał ją żołnierz, z płaczem i w podartym ubraniu. Kiedy przyszła kolej na wyciągnięcie w las naszej mamy, wspólnie z siostrą ją obroniłyśmy. Taką obronę stosowałyśmy w każdych podobnych okolicznościach. I skutecznie.

Po powrocie z Doliny Radości zastałyśmy nasze mieszkanie splądrowane. Sowietów nie było, więc żadne kłopoty chwilowo nam nie groziły. Z biegiem dni problemem zaczynało być wyżywienie, bo wszystkie sklepy w okolicy były zamknięte. Niektóre stały otwarte, ale towary i artykuły były zniszczone. W aptece na ulicy Leśnej (dawniej Waldstrasse) większość lekarstw rozrzucona była na podłodze i na chodniku przed wejściem.

Przez kilka dni nie widziałyśmy wojska. Trwało to do chwili nadejścia drugiego frontu. Teraz usunięto nas z mieszkania, podobnie jak innych, nielicznych mieszkańców ulicy i przeniesiono na Leśną numer 1. Ulicę Liczmańskiego zarekwirowano dla wojska i zagrodzono szlabanami u wlotu od strony Leśnej do skrzyżowania z ulicą Słoneczną (dawniej Ottostrasse). Wyjaśniono nam, że na naszej ulicy zakwaterowano wojsko i wstęp do mieszkań jest zabroniony. Ale... ponieważ nie pozwolono nam zabrać choć części naszych rzeczy, trzeba było wyprawiać się do naszego domu. Chodziło się chyłkiem, opłotkami przez ogrody i kort tenisowy przylegający do hali sportowej przy Liczmańskiego numer 25 (dziś sala gimnastyczna V Liceum Ogólnokształcącego).

Nasze mieszkanie było nie do poznania. Meble rozbite, a ich elementy – rozłożone w ogrodzie – stanowiły ścieżkę prowadzącą do wykonanej przez żołnierzy latryny. Z łazienki nie korzystali, a wannę, jako zbędną, zarzucili różnymi rzeczami. Książki i drobny sprzęt domowy wyrzucone zostały przez okno. Podobnie wyglądało w piwnicy, w której szukałyśmy naszych zapraw. Niektórzy mieszkańcy robili wyprawy do położonej za torami kolejowymi fabryki czekolady „Anglas”, skąd przynosili kawałki nadpalonego cukru. Inni udawali się nawet do Nowego Portu, do składów cukru lub po olej do „Amady”.

Wygnanie na Leśną trwało około trzech miesięcy. Potem można było wrócić do domu i zabierać się do wielkiego sprzątania. A dom był prawie pusty. Razem z nami zamieszkały dwie siostry mojej matki, których domy w Gdańsku zostały spalone. W mieszkaniu obok kwaterowało wojsko sowieckie, a w piwnicy – ku mojej radości – „stacjonowały” dwa konie. Żołnierze traktowali nas dobrze, przynosili kartofle i chleb. Z budynku przy ulicy Podhalańskiej (dawniej Am Wachterberg) stary kucharz wojskowy dostarczał nam świeżo gotowaną zupę. Ustawiał ją w wiaderku pod krzewem porzeczek w naszym ogrodzie. Był to gest dobroci, czyniony jakby w tajemnicy. Moim zadaniem było odbieranie tego pożywienia i też robiłam to dość tajemniczo. Bywało, że kucharz dokładał biały chleb, który był wówczas dużym rarytasem.

Wojsko kwaterowało w naszym domu do 1946 roku. Przez ten okres – siłą rzeczy – nawiązały się między nami kontakty, które pozwalały nieść sobie wzajemną pomoc. Dla mnie miały one szczególny charakter, gdyż żołnierze zabierali mnie wozem konnym na łąki, gdzie kosili trawę. Pozwalali mi jeździć konno na oklep. Stanowiło to pewne niebezpieczeństwo, gdyż konie nie były do tego przyzwyczajone. Ale dla mnie, zafascynowanej taką sytuacją, nie miało to żadnego znaczenia. Galopując od leśnych pól przez całą ulicę Liczmańskiego, czułam się w swoim żywiole. Koń pode mną wprost przeciwnie, kąsał mnie w palce nóg i próbował zrzucić z grzbietu. Nie dawałam za wygraną, trzymałam się mocno jego grzywy.

To były dni, w których na naszej ulicy spotykały mnie co rusz nowe przygody. A to przez krótki czas byłam posiadaczką psa, którego wzięłam na sznurek, gdyż błąkał się po okolicy, a to niespodziewanie jakiś czerwonoarmiejec obdarzył mnie dużym, męskim rowerem bez opon. Był to mój pierwszy w życiu rower i – mimo jego wielkości – nauczyłam się na nim (pod ramą) jeździć. Jednak nie zdążyłam nabrać wprawy, bo rower zniknął. Bardzo żałowałam, ale cóż, należał do mnie tylko przypadkiem. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Podobnie było z podarowaną mi przez innego żołnierza hulajnogą, wyposażoną w gumowe koła i napęd. „Pruło” się na niej przez całą ulicę, od Słonecznej w dół do Leśnej. Wszystko, co działo się wokół, nosiło charakter tymczasowy. Był to czas, kiedy ludzie zabierali sobie to, co chwilowo leżało w zasięgu ręki. Każda rzecz była przydatna.

Wkrótce do Gdańska zaczęli napływać ludzie z centralnej Polski, a także z terenów zabużańskich. Znajdowali domy i mieszkania opuszczone przez ludność niemiecką. Panował ogólny chaos i obowiązywało prawo silniejszego. Wybuchały kłótnie o mieszkania, jedni drugich wyrzucali. Do dużych mieszkań w domach przy Liczmańskiego wprowadzało się kilka rodzin równocześnie. Zaczęło się szabrownictwo „cywilne”, będące przedłużeniem szabru dokonywanego przez wojska radzieckie. Wyraźnie dawało się dostrzec wrogie stosunki między przybyszami a „tubylcami”. Obie strony czuły się pokrzywdzone przez wojnę. Aktualne stały się argumenty o sprawiedliwości dziejowej. Doznałam w tym czasie niejednej krzywdy ze strony przyjezdnych dzieci, a także wielu krzywd rodzinnych od dorosłej części nowej społeczności.

Zawłaszczono nam połowę mieszkania we własnym domu. W pewnej mierze rozumieliśmy zachowanie tych ludzi – przecież stracili swoje domy, a często cały dobytek. Jednak, gdy sytuacja stała się nieznośna, gdy podstępnie upchnęli nas do najmniejszego pokoju, mama rozpoczęła urzędowo-sądowe starania o przyznanie nam naszej własności. Te sprawy trwały długo i były bardzo trudne. Rozstrzygnięcia, które zapadły, były dla nas tylko częściowo korzystne i nastąpiły dopiero w połowie lat sześćdziesiątych.

W czasach powojennych ulica Liczmańskiego zaczęła zmieniać swoje oblicze. Domy stały jak dotychczas, natomiast miejsca wokół nich stawały się bezładną przestrzenią. Przeddomowe ogródki, jako niczyje, pozbawione pielęgnacji szybko zarastały. Ładne ogrodzenia zaczęły się rozpadać. Mocno trzymały się płoty kute z żelaza, ale też zaczęły znikać, gdy komunistyczne władze dopatrzyły się w nich burżuazyjno-mieszczańskiego przeżytku. Zastępowano je płotami z metalowej siatki. Zmiany powstawały też wewnątrz domów. Duże mieszkania zaczęto przebudowywać, gdyż zamieszkiwane były jednocześnie przez kilka rodzin. Zostawiano długie, wspólne korytarze, a gdzie się tylko dało ustawiano ścianki działowe i nowe drzwi. Aż zgrzytało od kontrastów. Dawne drzwi były na ogół duże, często dwuskrzydłowe, lakierowane na ciemny mahoń, z ozdobnymi klamkami; te nowe raczej skromne i bez porównania gorszej jakości. Wielu mieszkańców szorowało podłogi z desek, a kiedy lakier został już starty, przykrywano je modnymi wówczas płytami paździerzowymi. Takimi płytami zastępowano też rozbite wzorzyste szyby, które stanowiły prześwietlenie drzwi wahadłowych na klatkach schodowych wielu domów. Niektórzy nowo przybyli zakładali małe przydomowe hodowle, więc w ogrodach pojawiły się klatki i przeróżne komórki. Ogrody zamieniały się w podwórka, a niektóre z nich upodabniały się do zaplecza wiejskich gospodarstw.

W późniejszych latach powojennych wydarzeniem na ulicy Liczmańskiego stało się wybudowanie nowego domu na dużej działce ogrodowej między domami o numerach 1 i 3. Budynek postawiony został z inicjatywy Fabryki Farb i Lakierów w Oliwie, z przeznaczeniem dla jej pracowników. Budowla ta nie pasowała do architektury Starej Oliwy, jednak szczęśliwie jej wysokość dostosowana została do wysokości zabudowy naszej ulicy. Coraz wyraźniej zanikał więc swoisty charakter oliwskiego kurortu. Oliwa przestawała być zieloną oazą w mieście i kameralnym uzdrowiskiem.

W ostatnich dwudziestu latach Oliwa powoli zmienia swój wygląd. Widoczne stały się działania, które prowadzą do renowacji starych domów i ulic. Również ulica Liczmańskiego wraz z sąsiadującymi ulicami też się zmienia. W 2001 roku wykonano kanalizację burzową, ułożono nową nawierzchnię jezdni i chodników, wymieniono stare latarnie na nowe, dużo ładniejsze, odpowiednio stylizowane na wzór dawnych, przedwojennych.

Zmienia się również nastawienie mieszkańców. Z chodników zniknęły duże pojemniki na śmieci, podwórka i ogródki coraz częściej są zadbane i ukwiecone, wiele osób stało się właścicielami swoich mieszkań i odnowiło swoje domy. Idzie ku lepszemu i należy mieć nadzieję, że powoli wróci magia Starej Oliwy.

 

Jutta Szuster

 

Pierwodruk: „30 Dni” 5-6/2012

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia