PORTAL MIASTA GDAŃSKA
PL | EN | DE

Emigracji strony jasne i… niejasne. Samuel wraca do swoich pierwszych doświadczeń z Cambridge

Emigracji strony jasne i… niejasne. Samuel wraca do swoich pierwszych doświadczeń z Cambridge
Język, różne konteksty kulturowe i nie tylko. Polityka, geografia, celebryci, telewizja, szkoła – to tylko część tematów o których rozmawia się na co dzień i na które wiedza wynika z przynależności lokalnej, czy to na poziomie osiedla, czy miasta lub narodu, i całego tego kontekstu kulturowego przeciętny imigrant jest pozbawiony.

Market Square i kościół St. Mary's
Market Square i kościół St. Mary's
z archiwum autora

Skąd się bierze bariera językowa

Ostateczna decyzja mojej uczelni o przyjęciu mnie do grona studentów zapadła dosyć późno, tuż przed połową sierpnia (co swoją drogą przysporzyło mi wielu problemów przy ubieganiu się o Stypendium Fahrenheita). Następne półtora miesiąca upłynęło szybko i raczej na przejmowanie się nie starczyło czasu, ale jeśli już znalazłem moment by wybiec myślami w przód, to martwiłem się przeważnie kwestiami językowymi. Uczciwie przyznając, formalnie byłem przygotowany bardzo dobrze, ale pewnych elementów komunikacji nie ćwiczy się w szkołach, na przykład slangu albo partycypowania w grupowej dyskusji, gdzie każdy jeden mówi przez drugiego. Niemniej myślę, że to dobrze, że nie poświęcałem zbyt wiele czasu na wyobrażenia w ogóle, bo i tak nie dotknęłyby większości tego, co miało nadejść.

Zaczynając od tego oczywistego, czyli właśnie języka, to miałem rację. W istocie na wykładach nigdy nie było żadnego problemu; wykładowcy mówili wyraźnie, a i tak niemal wszystko, co się liczyło, trafiało na tablicę, już niekoniecznie w formie słownej. Dodatkowo, matematyka jest niejako sama w sobie oddzielnym językiem i którego byśmy nie wybrali do mówienia o niej, będzie brzmiało to podobnie. Faktycznie jednak w sferze towarzyskiej z początku trochę problemów było. Może akurat nie z kolokwializmami, wydaje się, że przeciętny bywalec Cambridge nie używa ich aż tak nagminnie, ale już pierwszej nocy, kiedy zebraliśmy się matematycznie w pokoju wspólnym, odkryłem, że zwyczajnie trudno mi się odezwać1. Bariera językowa to zresztą tylko jeden czynnik. Jednym jest nie mówić czegoś (z jakichkolwiek przyczyn), a drugim nie mieć po prostu niczego do powiedzenia.

Wypowiedziałem się kiedyś, że po raz pierwszy dobitnie uświadomiłem sobie znaczenie słowa ,,kultura”, kiedy po przyjeździe zdałem sobie sprawę w jak wielu rozmowach nie mogę uczestniczyć. Polityka, geografia, celebryci, telewizja, szkoła – to tylko część tematów o których rozmawia się na co dzień i na które wiedza wynika z przynależności lokalnej, czy to na poziomie osiedla, czy miasta lub narodu, i całego tego kontekstu kulturowego przeciętny imigrant jest pozbawiony. Oczywiście nie piszę tego, żeby przestraszyć; wprost przeciwnie, ta tabula rasa daje wyjątkową i wręcz ekscytującą możliwość na zgłębienie tego wszystkiego od zera, na wzbogacenie się o nową świadomość i perspektywę wynikające z nowej przynależności, i które powinno się je przywitać z wyciągniętymi ramionami i otwartym umysłem.

Most Magdalene
Most Magdalene
z archiwum autora

Niemniej zanim obydwie wyżej wspomniane bariery zostały przebyte (pierwszą przestałem zauważać chyba po pół roku, drugą trudniej mi skomentować), naturalnym stanem rzeczy było więcej milczeć i słuchać. Jestem pewny, że zdarzało mi się czegoś nie powiedzieć, bo doszedłem do wniosku, że wymagałoby to nieproporcjonalnie wiele wysiłku. Trochę wolniej wyłapywałem żarty, dwuznaczności, być może nawet ironię. W dodatku zmienił mi się humor; straciłem możliwość rozbawienia niecodzienną formą wypowiedzi, więc musiałem nadrabiać zachowując się mniej przewidywalnie. Nie są to być może bardzo znaczące różnice, ale dla kogoś dobrze znającego siebie na pewno zauważalne i ,,brytyjski ja” jest zwyczajnie trochę inną osobą.

Ostra nauka, przerwa i przyjaźnie

Semestry na Cambridge (na rok akademicki składają się trzy: Michaelmas, Lent i Easter) są bardzo krótkie, zaledwie ośmiotygodniowe2. W związku z tym przedmioty są bardzo gęsto upakowane i sztywno rozplanowane i utrata choćby jednej godziny najczęściej wiązałaby się po prostu z niezrealizowaniem programu w całości. Zatem niezależnie od tego, czy wypada akurat święto, wykłady muszą się odbyć, nierzadko sobota też nie jest żadną przeszkodą. Między semestrami są przerwy trwające trochę ponad miesiąc i kiedy osiem tygodni dobiegało końca, zostawał wolny czwartek, piątek, sobota i w niedzielę do południa mój college mnie wypraszał z mojego lokum, jeśli nie chciałem płacić dodatkowo za mieszkanie poza semestrami. To wszystko prowadziło do sytuacji niejako zawieszenia między dwoma światami; będąc w Cambridge, z racji powyższej intensywności, poza nauką niestety nie starczało czasu na wiele. Natomiast ten miesiąc w Polsce również nie do końca pozwalał się poczuć ,,u siebie”; w końcu to były tylko wakacje, jakiś stan tymczasowy, w którym trzeba było przed powrotem dużo załatwić, z każdym się zobaczyć i nim się obejrzało, dobiegał końca. Dwa akapity wyżej pisałem o nowej przynależności – był jednak okres, gdy ta się jeszcze nie wykrystalizowała, a stara już zdążyła osłabnąć. Skutkowało to pewnym poczuciem samotności, niezależnym od tego, czy było się w towarzystwie, czy nie; jego powody były niejako głębsze.

Z drugiej, jaśniejszej strony, że wszyscy na Cambridge są w tej samej sytuacji, jeśli o intensywność nauki chodzi. Wszyscy przeżyli choć raz jakieś załamanie nerwowe i każdy miał momenty, w których miał dość tego miejsca. Wszyscy jesteśmy w jednej łódce, płynącej powoli przez burzliwe morze ku niewyraźnie jawiącej się na horyzoncie wyższej edukacji. To pozwala zawiązać naprawdę dobre przyjaźnie, którym nie przeszkadza odległość i które mogą się ostatecznie okazać najcenniejszymi rzeczami wyniesionymi z tej uczelni.

Jak tam jest?

Studiowanie za granicą wiąże się z pewną zmorą, prześladującą takiego nieszczęśnika od samego studiów początku i (najwyraźniej) jeszcze długo po ich zakończeniu, i ilekroć przebywam w Polsce z lękiem obchodzę rogi budynków w obawie, że znowu się z nią zetknę. Jest nią to traumatyczne pytanie ,,jak tam jest?”. Zabójcze w swojej prostocie; usłyszałem je już tyle razy i choć już dawno powinienem mieć wyuczoną, bystrą i elegancką odpowiedź, którą ze swadą bym podawał dociekliwym, ja za każdym kolejnym odpowiadam równie niezdarnie. No bo czego taki pytający oczekuje? Na krótkie pytanie idealna jest krótka odpowiedź, ale jeszcze nigdy nie udało mi się tak przepleść ze sobą nitek pozytywnych i negatywnych doświadczeń, żeby wyszedł z tego zgrabny, niewielki węzeł. I chociaż powyższy tekst nie jest odpowiedzią na to pytanie (zastanawiałem się przez chwilę, czy tak by go nie napisać, ale perspektywa ponownego się z nim zmagania zmroziła mi krew w żyłach), to mam nadzieję jest poprawną plecionką, jakąś niewielką częścią potężnego, włókienniczego majstersztyku, który adekwatnie zaspokoiłby wszelką dociekliwość.

Samuel Kozłowski


1Żeby zobrazować mój stan skonfundowania w tamtej sytuacji oferuję anegdotkę. Na studenta informatyki, czyli Computer Science, mówi się na Cambridge compsci [komski]. W którymś momencie tamtego wieczoru owo słówko padło, a ja pomyślałem, że chodzi o kogoś o takim nazwisku, Komski. Rosyjskim, być może?

2Co zabawne, tydzień akademicki zaczyna się w czwartek i kończy w środę. Na szczęście dni tygodnia mają zwyczajowe nazwy i trwają 24 godziny każdy.