“Zapiski na paczce papierosów”. Życie polityczne i uczuciowe od PRL do dziś wg Antoniego Pawlaka

- Z Pawlakiem jest jak z puszką orzeszków. Otwierasz, zaczynasz, a potem już nie możesz się oderwać - czytamy na obwolucie “Zapisów na paczce papierosów” rekomendację Jacka Federowicza. Najnowsza książka Antoniego Pawlaka to zbiór anegdot, których bohaterami są znajomi i przyjaciele autora, ludzie kultury i polityki lat 70. XX wieku aż po współczesność. Co zachwyca Pawlaka, a co go martwi dziś?

“Zapiski na paczce papierosów”. Życie polityczne i uczuciowe od PRL do dziś wg Antoniego Pawlaka
A
A
data publikacji: 23 kwietnia 2018 r.
Antoni Pawlak
Antoni Pawlak
Grzegorz Mehring

Anna Umięcka: W prologu książki “Zapiski na paczce papierosów” czytamy: “Anegdota nie musi być unikiem. Czasami jest pigułką na rzeczywistość, metaforą, przypowieścią.” Czy tak pan widzi świat? Alegorycznie i anegdotycznie?

Antoni Pawlak: - Jak w przypowieści Starego Testamentu, która też jest metaforą... Rzeczywiście, trochę widzę świat fragmentarycznie. Te fragmenty muszą składać się w jakąś całość. Anegdota jest, moim zdaniem, najprostszym sposobem przekazu.

 

A nie - najtrudniejszym?

- Do napisania szalenie trudnym, to prawda. Pamiętam, że kiedy jeszcze pracowałem w Wyborczej dostałem zlecenie, żeby z dwóch notatek PAP-owskich zrobić jedną, krótką. Na pięć wersów. Siedziałem nad tym godzinę!

 

Bo to wymaga umiejętności syntezy.

- Tak, a poza tym... mam pewną obsesję - nie zawsze się to udaje - żeby w takiej formie nie było niepotrzebnego słowa. Każde powinno coś ważyć, znaczyć. Dlatego nad niektórymi z tych historyjek siedziałem prawie miesiąc.

Autor 'Zapisków na paczce papierosów' rozdaje autografy przed spotkaniem autorskim
Autor 'Zapisków na paczce papierosów' rozdaje autografy przed spotkaniem autorskim
Grzegorz Mehring

 

One pojawiały się najpierw na Facebooku, co mogłoby sugerować, że są pisane pod wpływem chwili, spontanicznie - nic bardziej błędnego. Skąd w ogóle pomysł, żeby je spisywać?
- Założyłem konto na FB z przekorną myślą, że będzie mi służyło tylko do zamieszczania wierszy. Ale potem zacząłem pisać te historie. One się spodobały czytelnikom, więc czułem się zobligowany, by pisać dalej. Sądziłem, że wystarczy mi ich na, góra, kilka miesięcy. I tak minęło już kilka ładnych lat.

 

Sięgał pan pisząc do notatek? Bo wydarzenia tu opisywane dotyczą różnych okresów życia, również z tych lat 70., 80.

- Nigdy nie prowadziłem dziennika. Jedyne wydarzenie, z którego robiłem notatki to był strajk w sierpniu ‘80 roku, byłem wtedy w Stoczni. (Muszę odszukać ten zeszyt, bo gdzieś zaginął.) Nie robiłem notatek, ale teraz żałuję. Kiedy odchodziłem z Wyborczej pod koniec 1993 roku, Helena Łuczywo powiedziała: “I Antek teraz wszystko opisze, co się tutaj działo”.  

 

I blady strach padł na kolegów?

[uśmiech] - Wtedy Adam Michnik użył czegoś w rodzaju szantażu: “Nie, Antek jest naszym przyjacielem. On tego nie zrobi!” Jednak żałuję, że nie robiłem notatek, bo działy się tam szalenie ciekawe rzeczy, daleko wybiegające poza normalną pracę redakcyjną. Na przykład - kultowa piaskownica w żłobku na ul. Iwickiej, gdzie przeprowadzaliśmy bardziej tajne rozmowy w obawie, chyba słusznej, przed podsłuchami w redakcji. Tam powstawały zręby rządu Mazowieckiego.

 

W “Zapiskach” znajdziemy jednak smakowite opowieści o niejednym ministrze i premierze. Nawet o dwóch prezydentach.

- Miałem w życiu to gigantyczne szczęście - i uważam to za największe moje osiągnięcie - że udało mi się poznać,a czasem zaprzyjaźnić się, z bardzo ciekawymi ludzi, z których wielu zajęło dosyć poczesne miejsce w historii Polski. Czasem zaszczytne, czasem - mniej. Kolegowałem się z Bronkiem Komorowskim, ale też z Antkiem Macierewiczem...

 

Czytając tę książkę mniej anegdotycznie, a bardziej psychologicznie można wyciągnąć wniosek, że ludzie się nie zmieniają, jak na przykład Jacek Kurski, oraz że "Prawdziwi Polacy" zawsze byli wśród nas, tylko w karnawale Solidarności nie bardzo ich zauważaliśmy. To ci sami ludzie, którzy teraz kierują PiS-em.

- Zawsze w Polsce byli ludzie o prawicowych i lewicowych poglądach. Fenomenem opozycji i pierwszego okresu Solidarności było to, że oni potrafili działać razem. Teraz już nie, prawdopodobnie dlatego, że nie mają wspólnego wroga. Wtedy Solidarność miała jasno określonego przeciwnika i musiała zachowywać jedność. Część z nas widziała, jak się to kotłuje w środku. Ja tam pracowałem, moi przyjaciele z Młodej Polski zasiadali w Komisji Krajowej, często się o tym gadało. Mnie nie dziwiło, że to pruje się od środka, ale na zewnątrz nie było nic widać.

 

To nie wróży niczego dobrego. Wspólnego wroga na razie nie ma.  

- My nie potrafimy pracować - jak ja nie lubię takich słów - dla dobra kraju. Potwornie mnie wzruszyła w 1989 roku reakcja Jacka Kleyffa po wyborach 4 czerwca. Zobaczył wyniki i powiedział: "No to teraz nie będę mógł jeździć na gapę, bo to jest moje państwo."

Największym moim rozczarowaniem był moment, kiedy wybory wygrał AWS, bo gdy po wyborach w 1989 roku pytaliśmy: “Co możemy zrobić dla Polski?”, to po wygranej AWS przyjaciele mówili: "Ty idź na kurs." - Jaki? - pytam. - No, do rad nadzorczych. Bo teraz bierzemy wszystko.

Już wtedy było widać, że wszystko się zmienia. Rok później, na jakimś przyjęciu, pytam przyjaciela - posła: "Czy mógłbyś na palcach dwóch rąk wyliczyć mi posłów, którym zależy bardziej na interesie kraju, niż swoim lub partii?" - "Żartujesz?" - odpowiedział. To jest przykre. Również to, że bardzo wielu ludzi, których poznałem w latach 70. czy w stanie wojennym, odważnych, prawych, uczestników opozycji… teraz się boi, że nie dostaną dobrego miejsca na liście wyborczej. Stracili odwagę.

 

Może boją się, że ludzie stracili pamięć, a ich osiągnięcia wyblakły?

- Tak, to też. W każdym razie, nie patrzę teraz na nasz kraj ze specjalnym optymizmem.

 

Wśród tych słodkogorzkich opowiastek znalazłam jedną - szczerze mnie rozbawiła - na potwierdzenie tezy, że “Prezes widzi wszystko”. Kiedy w 2006 roku prezydent Lech Kaczyński przyznawał odznaczenia państwowe twórcom i współpracownikom KOR-u, do których pan należał, na przyjęciu po uroczystości Jarosław Kaczyński podszedł do prof. Ireneusza Krzemińskiego, z którym pan rozmawiał. Przywitał się, grzecznie wymienili kilka słów, a do pana wyciągnął rękę i powiedział: ”Tobie Antek, też wszystkiego najlepszego”. Był pan zaskoczony. Nadal nie pamięta pan tej znajomości? [śmiech]

- Nie pamiętam, niestety. Ale prezes fascynuje mnie od dawna. Kiedy prezydentem był Lech Wałęsa, w jego kancelarii pracowało wielu moich przyjaciół, ale też obaj Kaczyńscy. I wszyscy mówili, że nie po drodze im z Jarosławem, ale niewątpliwie jest to wybitnie inteligentny, fantastyczny strateg. Jedyna nadzieja dla kraju jest więc taka, że on też bywa destrukcyjny. Tak było z prezydenturą Wałęsy, którą bracia sami wymyślili, a potem próbowali ją zniszczyć.       

Zapiski na paczce papierosów
Zapiski na paczce papierosów
Grzegorz Mehring

 

Na końcu tej książki znajduje się pana “życiorys równoległy”. Każde z jego zdań można sobie uzupełnić o jedną z trzech podanych możliwości. Która z nich jest prawdziwa?

- Pomieszałem je. Bywało różnie.

 

Życiorys kończy się jednak na 1989 roku. Dlaczego? Potem nie wydarzyło się nic tak ważnego, żeby to zapisać?

- Ten tekst pisałem bardzo dawno, jeszcze w latach 90. opublikowała go Wyborcza.

Ale na pewno, w życiu zawsze dzieją się rzeczy ważne. Tylko to, że są ważne, często uświadamiamy sobie daleko po. Bierzemy w czymś udział, wydaje nam się to naturalne, nie wyciągamy głębszych wniosków, a dopiero po kilku latach okazuje się, jak było to istotne Tak było z moim uczestnictwem w opozycji przedsierpniowej. To było tak naturalne, że się nawet nie zastanawiałem, co ja tutaj robię. Uważałem, że tak trzeba.

 

W wywiadzie dla albumu o historii nagrody Splendor Gedanensis, której jest pan również beneficjentem, powiedział pan: “Jestem w takim momencie życia, że czas myśleć o odejściu”. Skąd ten pesymizm?

- Pesymizm? Jak ma się sześćdziesiąt kilka lat, to już naprawdę czas. Jedną z ułomności naszego życia jest to, że nie jesteśmy nieśmiertelni. Każdy rok nas do tego momentu zbliża. Kiedy jesteśmy młodzi możemy spędzać mnóstwo czasu z innymi ludźmi, czytać mnóstwo książek nie zastanawiając się czy są dobre, czy złe. W pewnym wieku zaczynamy jednak selekcję. I ludzi, i książek, bo czas przed nami się kurczy i lepiej go wykorzystać dobrze.

 

A co z ciekawością świata, o której pan tu też mówi? Nie znika?

- Nie. Dla mnie najbardziej fascynującą rzeczą w życiu jest poznawanie innych ludzi. Kiedyś zastanawiałem się, co mi dało pisanie wierszy? Właśnie możliwość ich poznania.

Spotkanie autorskie, 17 kwietnia 2018 r. w IKM, podczas premiery książki Antoniego Pawlaka poprowadził Michał Piotrowski
Spotkanie autorskie, 17 kwietnia 2018 r. w IKM, podczas premiery książki Antoniego Pawlaka poprowadził Michał Piotrowski
Grzegorz Mehring

Ale poeta tworzy w samotności i głównie zagląda w siebie.

- Ale żeby coś napisać, trzeba coś przeżyć. Takie nizanie na sznurek doświadczeń życiowych jest niezwykle ważne. Tak samo jak ważne jest środowisko, w którym się dojrzewało, lektury jakie się czytało i co człowieka przez całe życie zachwycało.

 

A co pana teraz zachwyca?

- A jedna pani mnie strasznie zachwyca.             

 

To ona musi być po trzydziestce, bo wg “Zapisków”: “Od wczesnej młodości interesowały mnie tylko kobiety po 30. Dziś też. Różnica tylko taka, że wtedy one były ode mnie starsze”...

- Ona jest po pięćdziesiątce [uśmiech]. A mnie fascynuje, że nie utraciłem ciekawości innych, ludzie nadal mnie intrygują. Podam taki przykład: kiedy kilka lat temu wybuchła wieść, że agentem SB w dawnej opozycji był mój kolega Maleszka, jego przyjaciel Bronek Wildstein go znienawidził. A we mnie nie ma nienawiści. Jest raczej ciekawość - jak to się stało, że został tym, kim został.

Jeden z filozofów egzystencjalnych sformułował koncepcję zdarzeń granicznych - gdzie linia życia przypomina tor bili w grze w bilard. Dlaczego kula, czyli moje życie, biegnie inaczej niż się wydawało? Śledzenie takich punktów granicznych jest bardzo ciekawe. Czasami da się je namierzyć, czasami - nie.

 

A takim punktem granicznym w pana życiu nie było odejście z dziennikarstwa do pracy w urzędzie? Przez 10 lat był pan rzecznikiem prezydenta Adamowicza. To raczej nietypowe dla poety.

- Rzeczywiście. Długo się wtedy wahałem. Miałem przekonanie, że chciałbym pracować dla Adamowicza, bo wydawał mi się dobrym prezydentem, ale szedłem do urzędu z gigantycznym strachem, bo wchodziłem w środowisko kompletnie mi obce. Ale, i to też zaliczam do sukcesów, szybko się tam odnalazłem nie tracąc swojej odmienności.

 

Nie był pan tradycyjnym rzecznikiem.

- To wina szefa. W Polsce za normę na stanowisku rzecznika uznaje się młodego człowieka w garniturze i krawacie, którzy kłapie, co mu się karze. A ja miałem już za sobą doświadczenie pisania publicystyki, felietonów, itd. Korciło mnie. Bardzo trudno było mi się nagiąć, przypilnować i pamiętać, że wszystko co powiem będzie mogło być odczytane jako opinia szefa. W związku z tym, miałem dużo różnych wpadek.

 

A ta największa?

- Zdarzyła się już pierwszego dnia, kiedy prezydent ogłosił moją nominację. Po konferencji, która zresztą odbyła się 1 kwietnia, jednen z dziennikarzy zapytał mnie, kto jest dla mnie wzorem rzecznika. Odpowiedziałem: “Jerzy Urban”. Chodziło mi o sprawną organizację jego biura, ale rozpętała się ogromna awantura. Fakt pytał: “co on bredzi?”, pojawiły się żądania odwołania mnie z funkcji. Chciałem już złożyć urząd, ale prezydent Adamowicz się nie zgodził.

 

Ale o prezydencie Adamowiczu anegdot w “Zapiskach” nie znajdziemy?

- W książce są anegdotki z czasów mojego “rzecznikowania”, ale uważam że w stosunku do mojego szefa obowiązuje mnie lojalność. Tak samo nigdy nie powiem złego słowa o Adamie Michniku. Bo był to mój szef i przyjaciel.

 

Żartuje pan w książce z różnych ludzi, ale nie ma w tym złośliwości.
- Bo ja generalnie lubię ludzi. Tego nauczył mnie w dużej mierze Jacek Kuroń, że ludzie są z natury dobrzy. To była jedna z najbardziej cudownych jego cech. Kiedy umarł, Andrzej Celiński powiedział: - Jacek Kuroń, co prawda, był człowiekiem niewierzącym, ale był świętym.

I to jest prawda.

 

Zapiski na paczce papierosów ukazały się 28 marca 2018 roku nakładem wydawnictwa Wielka Litera. Książkę można kupić w dobrych księgarniach w całej Polsce.

Anna Umięcka (0)
www.gdansk.pl
anna.umiecka@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Anna Umięcka (0)
www.gdansk.pl
anna.umiecka@gdansk.pl
więcej tekstów autora