Wolontariusze w schronisku dla zwierząt: selfie z pieskiem nie wystarczy!

Schronisko dla zwierząt Promyk w Gdańsku przygotowuje się do zimy. Wolontariusze i pracownicy tłumaczą, dlaczego przed świętami nie będzie adopcji zwierząt, ale zawsze można przyjść i pomóc.

Wolontariusze w schronisku dla zwierząt: selfie z pieskiem nie wystarczy!
A
A
data publikacji: 14 grudnia 2016 r.

Wolontariuszki na spacerze z psami ze schroniska. Panie spędzają tu kilka dni w tygodniu
Wolontariuszki na spacerze z psami ze schroniska. Panie spędzają tu kilka dni w tygodniu
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Maro to śliczny kundel. Ma około siedmiu lat. Gdy widzi Maćka Petelskiego, rzuca się z radości na kraty swojej klatki. Maro domyśla się, że zaraz pójdzie na upragniony spacer. Ile można siedzieć w klatce?

Petelski to dla Maro wybawienie. Maciek pracuje na co dzień w firmie ubezpieczeniowej, ale kilka razy w tygodniu zgłasza się do schroniska dla zwierząt Promyk, przy ul. Przyrodników 14, by zabierać psy na spacer. Spędza z nimi kilka dobrych godzin. Dzięki takim, jak Maciek psy mają o wiele lepsze życie, mimo, że żyją w klatce w schronisku. Maro żyje tak już trzy lata...

Aż strach pomyśleć, co by z tymi zwierzętami - psami i kotami - było, gdyby nie wolontariusze. To oni zabierają psy na spacer, pielęgnują je, a w przypadku tych źle traktowanych przez poprzednich właścicieli, muszą je oswoić na nowo.

- Maro najpierw siedział skulony w kącie, bał się ludzi - mówi Petelski. - Potem stopniowo się oswajał: zaczął jeść z łyżki, potem nawet z ręki. Teraz już sam przychodzi i nie boi się wychodzić na spacer. To wielka poprawa! 

W socjalizacji psa brały udział trzy osoby: poza Petelskim, także Natalia Lewandowicz i Monika Stikiel, bo pies na początku bał się mężczyzn. 

Maro, jak blisko dwieście psów w schronisku, czeka na właściciela. Wiadomo, że był maltretowany, dlatego jego naturalną reakcją były strach i wycofanie. Ale teraz jest coraz mniej wypłoszony, coraz bardziej chętny do zabawy. Merda ogonem na widok Petelskiego. Ten pies wciąż nie nadaje się do domu pełnego dzieci, ale może dla osoby samotnej?
 

Idzie zima, a pieski z nadzieją czekają na nowych właścicieli...
Idzie zima, a pieski z nadzieją czekają na nowych właścicieli...
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Pies na teraz do Niemiec 

Takich historii i takich psów jest w tym schronisku więcej. Na przykład Kosmitka, nazwana tak, bo gdy trafiła do schroniska, była zielono-filoletowa z choroby, zaniedbana, zapadła. Nie z tego świata. Po prostu Kosmitka. Teraz trudno znaleźć ładniejszego psa. Łasi się i cieszy na widok ludzi. Albo Piorun, zostawiony w schronisku, bo coraz uboższej rodziny nie było już stać na psa. Kacper, który przesiedział w schronisku sześć lat! Bary - pies ze stróżówki, oddany tu, gdy się zestarzał.

Wolontariuszy, którzy przychodzą regularnie do Schroniska jest około 50. W tym może 5-6 mężczyzn. Reszta to kobiety. Takie, jak Alicja Pluwak, studentka weterynarii, która spędza tu dwa dni w tygodniu. Jej ulubione zadanie, poza wyprowadzaniem psów na spacery, to robienie im sesji zdjęciowych: psy i koty trzeba sfotografować, a zdjęcia umieścić na stronie schroniska. A nuż ktoś zobaczy zdjęcie w internecie i zdecyduje się adoptować czworonoga?! Ludzie przyjeżdżają masowo: w weekendy po 80 osób dziennie, a bywa że i 200!

Jednak przed świętami nie będzie adopcji. Schronisko ma złe doświadczenia. Ludzie brali psy na święta, pod choinkę, w prezencie dla dzieci, a po świętach okazywało się, że to jednak nie to, że pieska trzeba zwrócić.

- Bo pies przewrócił choinkę i stłukł bombki - mówi Grzegorz Zaleski, pracownik schroniska, nie wolontariusz. - Niektórzy mają emocjonalny odruch serca na wigilię, ale po świętach szybko im przechodzi. Jak komuś zależy na psie, wróci po niego w styczniu.

Wolontariuszka Aleksandra Burlińska mówi, że ludzie bywają różni: - Histeryczna pani, która robi awanturę, bo chce psa natychmiast, albo pan który właśnie jutro jedzie do Niemiec, więc chce psa od razu! A u nas trzeba wrócić parę razy, żeby oswoić się z czworonogiem. Nie wydajemy psów na żądanie. 

Choć rzeczywiście psy i koty z Promyka trafią do Gdańska, na całą Polskę, a nawet do Niemiec czy Finlandii. Ale po odpowiedniej procedurze. 
 

Wolontariuszka Asia z pieskiem. Nie wiadomo, jak się wabi. Nowy właściciel będzie mógł go nazwać
Wolontariuszka Asia z pieskiem. Nie wiadomo, jak się wabi. Nowy właściciel będzie mógł go nazwać
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Przystanek hau hau 

Wkrótce adopcja ma się odbywać w lepszych warunkach. Schronisko Promyk wygrało bowiem tegoroczne głosowanie na budżet obywatelski w Gdańsku. Stanie więc w Promyku za 510 tysięcy złotych budynek, którego pokoje będą imitowały mieszkanie. Kto będzie chciał adoptować psa, będzie mógł w cywilizowanych warunkach spędzić z nim godzinkę, oswoić go. Poza tym mają tu stanąć wiaty festynowe, by można na miejscu organizować imprezy, dzięki którym więcej osób dowie się o pracy schroniska, o zwierzętach. To ważny edukacyjny aspekt pracy Promyka.

Są też inne plany, by przyciągnąć ludzi do położonego na uboczu schroniska. Zatrzymują się tu autobusy linii 126 i 158, może więc zostaną zrobione specjalne przystanki, charakterystyczne, jakieś takie hau hau i miau miau? Specjalne sygnały dźwiękowe w autobusach? To powinno przyciągnąć ludzi na ul. Przyrodników 14.

Promyk zatrudnia około 25 osób, a reszta to wolontariusze. Wspólnie tworzą charakterystyki czworonogów, tak by potencjalni adoptujący wiedzieli, z jakim psem, czy kotem, mają do czynienia.

Zaleski: - Zależy nam na wolontariuszach, którzy tu wracają, a nie że ktoś ma dzień dobroci, przyjdzie, zrobi sobie selfie z psem i koniec przygody. Pies w klatce nie zrozumie, dlaczego ten ktoś już nie wrócił.

Schronisko odwiedził zastępca prezydenta Gdańska Piotr Grzelak. Rozmawiał z wolontariuszami i pracownikami, pytał o potrzeby, obiecał pomoc miasta w kwestii budowy nowego budynku, reklamowania imprez. Dał też wolontariuszom w prezencie ekspres do kawy, na mroźne zimowe dni.

Pracownicy napiją się więc ciepłej kawy. A zwierzęta? Szef schroniska Piotr Świniarski zapewnia, że zwierzęta nie zamarzną, że nawet jak było tu minus 36 stopni, to przeżyły. Są budy wysłane słomą, są też ogrzewane kaloryferami pomieszczenia. Karmy też jest mnóstwo, od miasta i darczyńców. Jeśli już, to schronisko prosi o karmę specjalistyczną. Chętni zawsze mogą pomóc.
 

Od lewej: Michał Targowski, dyrektor oliwskiego zoo; wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak oraz Piotr Świniarski, dyrektor schroniska Promyk. U ich stóp - psina.
Od lewej: Michał Targowski, dyrektor oliwskiego zoo; wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak oraz Piotr Świniarski, dyrektor schroniska Promyk. U ich stóp - psina.
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Ciężkie czasy dla kotów 

Najdłużej w schronisku są stare psy: trzy czwarte z nich ma 10 bądź więcej lat. Ludzie biorą psy młodsze, bo wiadomo, chcą z nimi spędzić kilka dobrych lat. A te biedne, schorowane siedzą w klatkach długie lata, bez perspektyw.

Skąd tu się biorą? Weźmy Franka. Jak wspomina Świniarski, ludzie znaleźli go w polu, za miastem. - A to był stary pies, ledwo chodził, więc sam tak daleko nie doszedł, ktoś go po prostu tam wyrzucił - mówi dyrektor schroniska.

Czasem trafiają tu psy, nad którymi znęcali się ludzie. Czasem te, które po prostu się zgubiły, a właściciel nigdy się po nie nie zgłosił. Błąkają się po ulicy. Czasem starsza osoba, chora, w szpitalu, nie ma już sił, ani możliwości by opiekować się psem. Trzeba go oddać do schroniska.

A co z kotami? Te też tu siedzą i czekają na właścicieli. Kocią wolierą zajmuje się wolontariacko Małgorzata Zawadzka. Na co dzień rozlicza projekty europejskie. A tu? Z kotami trzeba się pobawić, wyczyścić im kuwety, zbić im jakieś mebelki z desek. Pracownicy schroniska mówią, że dla kotów nastały ciężkie czasy. Nowe osiedla mają zamknięte śmietniki, nie ma więc co zjeść, a w zimie koty nie mają jak dostać się do piwnic, bo nie ma okien.

- A przecież bez kotów mielibyśmy plagę szczurów i myszy w mieście - mówi Zaleski. - Koty są potrzebne, muszą w mieście być. Dlatego proponujemy dozorcom by rozstawiali domki dla bezdomnych kotów.

Wolontariusze mówią, że dla nich to normalne tu przychodzić, bo kochają psy i koty i nie wyobrażają sobie, żeby nie poświęcić części swojego wolnego czasu dla nich. “Uzbrojeni” w smycze, kagańce, jakieś zabawki do aportu, idą wyprowadzić pieski na spacer.

Jeden widok zostaje ze mną na długo. Pies z różowym oznaczeniem na obroży: dopiero tu trafił, co znaczy, że jest w okresie kwarantanny. Nie można go jeszcze wyprowadzać na spacery - za wcześnie. Patrzy na mnie tymi smutnymi, wiernymi i pełnymi nadziei ślepiami, nie spuszcza ze mnie wzroku, łasi się, cieszy. Pewnie chciałby, żebym był jego następnym panem.

Nie mogę tego widoku zapomnieć jeszcze kilka godzin później, Ta mordka, te ślepia. Jeden z blisko 200 piesków, które czekają tu na adopcję.

Wrócić po niego?!



Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora