Umarła Pani Ala. Przez 35 lat z własnego wyboru opiekowała się Placem Solidarności

W nocy z czwartku na piątek (1/2 września 2016 r.) po ciężkiej chorobie zmarła Aleksandra Olszewska, popularna pani Ala, która z własnego wyboru przez 35 lat była gospodynią Placu Solidarności w Gdańsku.

Umarła Pani Ala. Przez 35 lat z własnego wyboru opiekowała się Placem Solidarności
A
A
data publikacji: 02 września 2016 r.

Aleksandra Olszewska
Aleksandra Olszewska
Maciej Kosycarz/KFP Press

Aleksandra Olszewska przy stoczniowej bramie po raz pierwszy pojawiła się jeszcze w latach 70. Przychodziła do męża, stoczniowca i zapalonego związkowca. - Jak go tydzień w domu nie było, a tu wojna, czołgi... byłam przerażona. I od tego wszystko się zaczęło... Wtedy też poznałam prawdziwych stoczniowców. Nieraz to już mówiłam im, co wy tu produkujecie: statki czy bimber? A oni wszyscy odpowiadali, że to takie czasy... - wspominała w rozmowie z "Naszym Miastem Gdańsk".

Wszyscy mówili o niej "Pani Ala" - choć zdrobnienie od imienia Aleksandra to Ola. Tak się przyjęło.

Od 1981 r. pani Ala stale opiekowała się Pomnikiem Poległych Stoczniowców na Placu Solidarności. Tuż obok historycznej bramy Stoczni Gdańskiej znajduje się kiosk, w którym sprzedawała "solidarnościowe" pamiątki. Pod Trzema Krzyżami w stanie wojennym układała czwarty krzyż - z kwiatów.

- Tak jak Ala pielęgnowała Pomnik Poległych Stoczniowców, tak nikt nie potrafi. Każdy listek był pozbierany, wszystko było uprzątnięte - mówi Karol Guzikiewicz, szef stoczniowej "Solidarności" - Ona była taka babunia nasza. Chociaż nie pracowała w stoczni, traktowaliśmy ją jak swoją. Nawet na wycieczki z nami jeździła.

W 2012 roku zasłynęła tym, że przegoniła ekipę, która chciała zdjąć logo Solidarności z nazwy stoczni, zasłaniające napis „im. Lenina”. Tak opowiadała o tym wydarzeniu: "Oni przyjechali i ja się ich pytam, czego tu chcą. A ci mówią, że przyjechali zdjąć flagę "Solidarności". Ja więc im powiedziałam, że na to nie pozwolę, nigdy nie pozwolę jej zdjąć. Oni jednak zaczęli wyciągać drabinkę, mówili, że "rozkaz to rozkaz". A ja no to, że dosyć mamy tutaj tego całego Lenina. Wtedy jeden z nich zadzwonił do swojej szefowej, takiej pani Ewy, i powiedział, że "Ale nie pozwala". Ona na to odpowiedziała, że w takim razie sama nie może decydować i że gdzieś tam musi jeszcze zadzwonić. Tymczasem tamci nadal chcieli wchodzić, ale przestraszyli się, że ja im zrzucę tą drabinę. Trochę się wtedy ze mną poszarpali, ale w końcu zadzwonili jeszcze raz i powiedzieli: "Pani Ala nie pozwoliła, a to ona jest gospodynią na tym placu".

- Widziałam na tym placu wszystkich świętych. Widziałam Ronalda Reagana, pamiętam Thatcher i Busha. Widok naszego papieża został ze mną na zawsze. Co tu się na tym placu nie działo. Długo by opowiadać.

Pani Alu, smutno będzie tutaj bez Pani...

Autor: Hanna Sakowicz-Daszczyńska

Tekst pochodzi ze strony internetowej Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność - www.solidarnosc.org.pl