Piotr Luboch i jego śniadaniowa droga do dużego biznesu

“Nadchodzą posiłki” - hasłu gdańskiej firmy Loveat, której kanapki i sałatki jedzą codziennie tysiące mieszkańców Trójmiasta, nie można odmówić słuszności. Posiłki z kuchni Piotra Lubocha nadchodzą już nie tylko w Gdańsku, Gdyni i Sopocie. Są także we Wrocławiu, wkrótce dotrą do Bydgoszczy, Torunia. A może i Londynu?

Piotr Luboch i jego śniadaniowa droga do dużego biznesu
A
A
data publikacji: 24 kwietnia 2016 r.

Piotr Luboch w centrali Loveat w Gdańsku. Powstają tu tysiące kanapek dziennie.
Piotr Luboch w centrali Loveat w Gdańsku. Powstają tu tysiące kanapek dziennie.
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

Droga do powstania Loveat nie rozpoczęła się bynajmniej w szkole gastronomicznej. Piotr Luboch studiował oceanografię i występował w gdańskim Teatrze Snów. W roku 2000, tuż po obronie dyplomu wyjechał do Anglii, żeby zobaczyć jak się mieszka w Londynie i podszkolić angielski. Zaczynał typowo, od pracy “na zmywaku”, później parzył kawę bankierom w londyńskim City (m.in. w banku Lehman Brothers, od upadku którego rozpoczął się światowy kryzys finansowy).

W tym czasie na Wyspach tworzyła się nowa gałąź gastronomii - lokale wyspecjalizowane w kanapkach, sałatkach i dobrej kawie na wynos wyrastały jak grzyby po deszczu. Gdańszczanin pracował m.in. w takiej sieci.


Powrót do Polski i kuchni

- Po trzech latach przypomniałem sobie, że jestem magistrem i że te trzy literki przed nazwiskiem obligują. Zmęczyłem się też trochę podawaniem jedzenia i cięciem ogórków. Wróciłem do Polski - opowiada Piotr Luboch.

Pracował w w firmie programistycznej jako konsultant treści naukowych (z zakresu fizyki i biologii). Przy biurku wytrzymał półtora roku.

- Korzystając z moich doświadczeń w branży kulinarnej, postanowiłem założyć własną działalność - mówi. - W pracy na własną rękę podoba mi się, że mam czas i możliwości, by dostrzec i wykorzystać to, co w pracownikach najlepsze. To jest fajne, że każdy przynosi coś ze sobą coś istotnego, to ogromna wartość.

Kto na przykład? Na przykład pani Jadzia, która od początku istnienia firmy piecze pasztet do kanapek i ciasto drożdżowe.

Może kanapeczkę?
Może kanapeczkę?
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl



To nie sieć, to spółdzielnia

Początki Loveat sięgają ośmiu lat wstecz, kiedy powstał pierwszy z siedmiu obecnie lokali funkcjonujących pod tym szyldem - w Audytorium Novum na Politechnice Gdańskiej. Drugi lokal zaczął funkcjonować później przy przystanku SKM Politechnika, i kolejne - też w Gdańsku. Końcówka 2014 r. to pierwszy punkt w Gdyni, końcówka 2015 r. - pierwsze wyjście w Polskę, do Wrocławia.

Firma cały czas się rozwija. 18 kwietnia 2016 r. wystartował drugi punkt we Wrocławiu, jeszcze przed majówką ruszy Bydgoszcz, za miesiąc - Sopot. W dalszych planach jest Toruń. Powoli tworzy się sieć Loveat. Dwa z działających obecnie lokali zarządzane są bezpośrednio przez firmę Piotra Lubocha, pozostałe prowadzą ludzie, którzy postanowili skorzystać ze sprawdzonego wzorca (franczyzobiorcy).

- Od początku planowałem, że Loveat będzie siecią, ale to nie jest najlepsze określenie, wolę słowo spółdzielnia - tłumaczy Piotr Luboch. - Każda sieć polega na tym, że ma jednorodną strukturę, każde oczko jest takie samo, a poza tym się w nią wpada. A ja chciałbym żeby to był zespół punktów, które łączy jakość i dostępność produktów, ale poza tym one wręcz powinny różnić się między sobą - w zależności od osobowości i pomysłu właściciela. Nie jesteśmy jak McDonald`s: z gotowym wzorcem na wszystko. Lokale łączy wspólne menu, szkolimy personel i pilnujemy żeby przepisy były realizowane i jakość produkcji była przestrzegana - właściwie nic odkrywczego.

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że przez pierwsze lata śniadaniowo-lunchowe lokale miały inną nazwę, która jakoś nie do końca “grała”. Trzy lata temu ogłoszono wśród klientów konkurs na nową. I tak narodziła się marka Loveat (z brandingiem opracowanym przez profesjonalną agencję z Warszawy).

A może sałatkę?
A może sałatkę?
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl



Raczej zdrowo, zawsze smacznie

Głodni mieszkańcy Gdańska lub Gdyni spiesząc do pracy i na uczelnie codziennie zjadają tysiące kanapek, które powstały w wytwórni Loveat. Jedzą też tarty warzywne, zupy, sałatki, hummus, muffiny, piją koktajle mleczne. Niedawno w menu pojawiła się “opcja roślinna” opracowana przez blogerkę i pasjonatkę kuchni roślinnej, Justynę Ledwoch. W jaki sposób można określić kuchnię gdańskiego potentata kanapek i sałatek?

- Często przyczepia się nam etykietę zdrowego jedzenia, ale nie podpisałbym się pod tym. Nasze menu to forma kompromisu pomiędzy tym co w Polsce znane a tym co nieznane, tym co zdrowe a tym co może trochę mniej - uważa właściciel. - Osobiście wychodzę z założenia, że lepiej zjeść mniej, ale za to czegoś smacznego, a poprzez to trochę może bardziej tłustego, niż zjeść dużo byle czego. Oczywiście, jesteśmy tym co jemy, ale ludzie którzy się katują dietami siedząc za biurkiem i nie mają czasu na ruch, i tak mają małe szanse na to, że będą zdrowi.


Kanapka żyje jeden dzień

Chciałoby się powiedzieć “bułka z masłem” i łatwizna. Kanapki, kawa, sałatki - cóż prostszego, skoro klientów nie brakuje. W najbardziej obleganych punktach Loveat rano ustawiają się kilkunastoosobowe kolejki głodnych i do południa półki w lokalach potrafią już świecić pustkami. A jednak:

- Sprzedaż jednodniowych produktów jest dość trudna. Pracujemy bardzo intensywnie przez 24 godziny na dobę, żeby zdążyć ze wszystkim na szóstą rano - mówi Piotr Luboch. - Trzeba tak wypośrodkować produkcję, żeby jedzenie nie skończyło się za wcześnie i żeby nie zostało zbyt wiele w momencie zamknięcia, żeby straty nie były zbyt mocno odczuwalne finansowo dla sprzedającego.

Pracownicy Loveat od lat analizują sprzedaż w poszczególnych punktach, szukając prawidłowości, które pozwoliłyby lepiej oszacować zapotrzebowanie na produkty w danym punkcie sprzedaży. Jaka była pogoda? Jaki dzień tygodnia? Czy na politechnice trwała wtedy sesja?

Do Loveat lepiej przyjść po posiłek wcześniej, niż później. Chyba że danego dnia, wbrew wszelkim znakom statystycznym, apetyty nie dopisały - wtedy odbywa się popołudniowa wyprzedaż: produkty są wówczas tańsze o 20-50 proc.

Prowadząc rozmowy z osobami chętnymi do otwarcia lokalu pod szyldem Loveat, Piotr Luboch od razu uczula je na największy problem - brak ludzi do pracy.

- Jest coraz bardziej odczuwalny na gdańskim rynku i bezustannie właściwie poszukujemy personelu, chociaż płacimy raczej dobre, konkurencyjne pensje - zaznacza. - A nie zajedziemy daleko bez odpowiednich ludzi, którzy rozumieją, że to co robią trafia do takich samych ludzi jak oni i że ich starania są docenianie, i pomagają tworzyć lepszy świat.

Lokomotywy Loveat nie da się tak łatwo zatrzymać! Piotr Luboch i jego „dwie prawe ręce”: po lewej Ewa Rusiecka-Dziczek, po prawej Dominika Wilińska.
Lokomotywy Loveat nie da się tak łatwo zatrzymać! Piotr Luboch i jego „dwie prawe ręce”: po lewej Ewa Rusiecka-Dziczek, po prawej Dominika Wilińska.
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl



Jak dobrze, pyszny ratunku

Lepszy świat dzięki smacznemu śniadaniu? Dlaczego właściwie nie? Czytając komentarze klientów Loveat na firmowym Fanpage`u na Facebooku można dojść do wniosku, że przynajmniej ich nastrój po spożyciu posiłku jest znakomity: “Dzięki, że jesteś mój pyszny ratunku od głodu”, “kocham wasze kanapki miłością nieskończoną”, “robicie dobre rzeczy”, “nigdy już nie zjem innych kanapek”, “uwielbiam was”, “dałabym wszystkie lajki świata”, “tęsknię za wami, jak będę w Gdańsku to mi nie uciekniecie” - to tylko kilka z dziesiątek pochwalnych wpisów internautów.

I ze świecą szukać tu hejtów czy nawet komentarzy o choćby negatywnym zabarwieniu.

Piotr Luboch uważa, że taki odbiór jest następstwem prostej filozofii firmy: uczciwości wobec klienta, świadomości jego wysokiego poziomu inteligencji oraz niewygórowanych cen (duże kanapki w cenie od 5-7).

- Gastronomia w polskim wydaniu często polega na oszukiwaniu ludzi w myśl zasady: kupić jak najtaniej i sprzedać jak najdrożej, z założeniem, że klient jest osobą pozbawioną potencjału intelektualnego i nie umie ocenić wartość tego co otrzymuje - tłumaczy Luboch. - A to błąd. Zawsze tłumaczę współpracownikom, że klient jest przynajmniej tak samo inteligenty jak my i trzeba go traktować jak siebie, albo z jeszcze większym szacunkiem - dodaje. - Zdajemy sobie sprawę z niedoskonałości tego co robimy. Zwykle wychodzi nam dobrze, czasem średnio, a bywa też, że słabo. Wydaje mi się, że ludzie mają świadomość, że przy racjonalnie wycenionych produktach nie zawsze można osiągnąć doskonałość i mają dla nas przez to większą wyrozumiałość.


Na innym poziomie pieczywa

Co będzie dalej z Loveat? Czy sieć (spółdzielnia!) Loveat oplecie cały kraj i zapanuje nad śniadaniami i lunchami Polaków? A może pójdzie dalej w świat?

Póki co szukają nowej lokalizacji dla swojej wytwórni w Gdańsku. Trwają rozmowy z inwestorem. Jeśli się powiodą, powstanie hala produkcyjna z prawdziwego zdarzenia, łącznie z piekarnią.

I to jest marzenie nr 1 szefa Loveat - “wejście na inny poziom pieczywa” (jak mówi). Wciąż pamięta fenomenalne smaki ośmiu gatunków bagietek, które jadł w małej wiejskiej piekarni na południu Francji. Chciałby tam wrócić, wyszkolić się u Francuzów i importować smak francuskich bagietek do Gdańska.

A może Londyn? Wśród licznych zapytań o możliwość otwarcia kolejnego Loveat w Polsce, nadeszło zapytanie z “kolebki” śniadaniowego biznesu w Anglii.

- Wydało mi się to na początku absurdalne, żeby w miejscu gdzie to wszystko już hula i jest ogromna konkurencja otwierać nasz punkt, ale potem pomyślałem, że wbrew pozorom tam może być najłatwiej - odpowiada Piotr Luboch. - Rynek pracy jest tam świetny, produkty kosztują tyle samo co w Polsce, robocizna jest oczywiście droższa, ale i produkt jest droższy. Klienci, przyzwyczajeni do tego typu jedzenia szukają nowości. Gdybyśmy znaleźli “własny język” na potrzeby Londynu, to może być całkiem sympatycznie.

Izabela Biała (0)
www.gdansk.pl
izabela.biala@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Izabela Biała (0)
www.gdansk.pl
izabela.biala@gdansk.pl
więcej tekstów autora