Marta Gocłowska, krewna: o zmarłym arcybiskupie i Gdańsku

Podczas piątkowych uroczystości żałobnych w Bazylice Archikatedralnej w Oliwie, Marta Gocłowska zabrała głos w imieniu całej rodziny zmarłego abpa Tadeusza Gocłowskiego. Bardzo osobiste i poruszające przemówienie cytujemy w całości, co do słowa, ponieważ przynajmniej w części skierowane jest bezpośrednio do gdańszczan.

Marta Gocłowska, krewna: o zmarłym arcybiskupie i Gdańsku
A
A
data publikacji: 06 maja 2016 r.

Marta Gocłowska podczas mowy żałobnej w Bazylice Archikatedralnej w Oliwie.
Marta Gocłowska podczas mowy żałobnej w Bazylice Archikatedralnej w Oliwie.
Grzegorz Mehring/www.gdansk.pl

Marta Gocłowska:

Kochany Stryjku, drogi Wujku, śp. Księże Arcybiskupie,

Ekscelencjo, jesteśmy tutaj wszyscy. Rodziny Twojego rodzeństwa, do którego 3 maja dołączyłeś: dzieci Czesława, Celiny, Jana, Marty, no i my - od Staśka, z Twojego rodzinnego domu, w którym raz, czasami dwa razy do roku świętowaliśmy Twoje odwiedziny.

Jest Ryszard, gospodarz Czerwina i parafianie piskowscy z księdzem proboszczem Krzysztofem. Tym razem jednak zebrałeś nas na Pomorzu, w Gdańsku. Nie na Mazowszu, nie w Piskach.

Przywykliśmy, że w codzienności naszego życia Bóg zsyła nam czas pogody i czas burzy. Przychodzą chwile wesela i chwile żałoby. Ale bywają też chwile, które choć są bardzo trudne, przepełnione niezmierzonym żalem, to jednak jest w nich jeszcze miejsce na wdzięczność, tak wielką, że sięgającą  nieba samego. Dla nas właśnie taką chwilą jest możliwość udziału w tej żałobnej uroczystości.

Bo chociaż oczy są pełne łez - w końcu na śmierć nigdy nie ma odpowiedniej chwili: ta też jest przecież gościem nie w czas - to jednak przez słowa żałobnej pieśni i dźwięki żałobnych dzwonów przebija się radosny magnificat za piękny wzór Twojego szlachetnego i godnego życia. Dzisiaj nie jesteśmy w stanie wyliczyć wszystkich powodów naszej wdzięczności, więc niech wybrzmi chociaż kilka.

Dziękujemy przede wszystkim za wzór prawdziwego kapłana. Mówiłeś, że droga kapłaństwa to i “Hosanna” i “Ukrzyżuj”. Że taka jest natura powołania. Doświadczałeś jednego i drugiego. Właśnie takie jest świadectwo Twojej prawie 60-letniej służby wobec tęskniącego za Bogiem człowieka, ale i służby Ojczyźnie, a nawet światu - nie tylko w posłudze misjonarza.

My dobrze wiemy, a każdy kto Cię poznał na pewno podzieli ten pogląd, że głębokie westchnienie bohatera powieści Stendhala “Och, gdybym spotkał kapłana!… prawdziwego kapłana!” realizowałeś w całym życiu Waszej Ekscelencji i zapewne było radością dla tych, wśród których ta misja była sprawowana... Wierzymy, że owoce jej będą trwać jeszcze długo, bo takie kapłaństwo ma wartość, której czas nie niszczy.

Dziękujemy za niedościgniony dla nas wzór przyzwoitego człowieka. Za piękne lekcje, i przykład jak postępować właściwie, nawet jeśli to niełatwe. Każde spotkanie z Tobą miało dla nas ogromne znaczenie formacyjne. Oczywiście, zawsze rozmawialiśmy o sprawach rodzinnych, ale obok nich było miejsce na dyskusje wokół innych wartości. Pamiętam pytania o granice wybaczania, o szacunek dla drugiego człowieka, także, a może przede wszystkim myślącego odmiennie... O działanie na rzecz dobra wspólnego… czy pytania o bieżące sprawy społeczne, często trudne także dla nas ... To co nas najbardziej wtedy fascynowało, to Twoja nieprawdopodobna umiejętność łączenia trwania przy ważnych pryncypiach z otwartością na poglądy innych... W tych dyskusjach każdy głos był ważny. Nikt nie czuł się pomijany... Potrafiłeś przyznać rację najmłodszemu z nas… Co więcej, wsłuchiwałeś się właśnie w nasze głosy. Pewnie nie wiedziałeś, bo nigdy nie mówiłam, jaką nobilitacją były dla mnie Twoje pytania: “Marciu, ale co myślisz?...”. Dawałeś wartościowe, chociaż niełatwe lekcje. Ogromne znaczenie przypisywałeś prawdzie - oczywiście nigdy się jej nie sprzeniewierzając. I nas uczyłeś trwania przy niej, bez względu na przeciwności. Powtarzałeś za Prymasem Tysiąclecia, że prawda wypowiadana w słowie - kosztuje. Tylko za plewy się nie płaci… Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba płacić. Te wszystkie lekcje zapamiętamy co do słowa.

Dziękujemy za mobilizację do pójścia w szczyt i nie zżymania się na trudną drogę. Cieszyłeś się naszymi sukcesami, podkreślałeś jakie mają dla Ciebie znaczenie... Wyrażałeś podziw, budując w nas poczucie satysfakcji z ich osiągania… Odpowiadaliśmy, że dorastaliśmy przecież w cieniu Twojego autorytetu, a to zobowiązuje…

Miałeś plany, o niektórych mówiłeś… Oczywiście najpierw te związane z powołaniem… Że 8 maja będziesz w Warszawie na ważnych uroczystościach… Liczyliśmy po cichu na godzinkę dla nas… Potem w Krakowie, na święceniach księży misjonarzy… Jakieś plany prywatne... Umawialiśmy się na wspólny obiad, na przyjazd do Pisk. Obiecałeś kibicować Pawłowi w aplikacji... Do mnie przyjechać na obronę doktoratu… Wiem, że umawiałeś się też z Wojtkami w Krakowie... Miałeś poznać Alicję - najmłodszą w naszym klanie… Może niepotrzebnie to odkładaliśmy… Przegrywaliśmy albo z terapią, albo z głęboką Twoją potrzebą służenia gdańskiemu Kościołowi… Pierwszy raz nie dotrzymałeś słowa.

Kochany Stryjku, czuwaj nad nami, a my zapewniamy Cię, że w naszych sercach masz stałe miejsce. Pozostajesz dla nas nadal zobowiązaniem. Będziemy jeszcze długo czerpać z Twojej wielkiej osobowości.... ba… nawet w sposób jeszcze bardziej pełny, bo na żadną polemikę czy negocjacje nie mamy już szans.

Spoczywaj w pokoju. Wierzymy że także do zobaczenia...

Pozwolę sobie jeszcze w imieniu bliskich Księdza Arcybiskupa serdecznie podziękować za wszelkie dobro, jakiego nasz Stryjek doświadczył posługując gdańskiemu Kościołowi. Zarówno od duchowieństwa i osób zakonnych we wszystkich godnościach i urzędach - jak i świeckich, których tak bardzo cenił. Szczególną wdzięczność wyrażamy wszystkim wspaniałym pracownikom służby zdrowia i księdzu Rafałowi, za opiekę, stały kontakt, bieżące informacje o stanie zdrowia Księdza Biskupa. A nade wszystko za stworzenie nam możliwości bycia z Nim w ostatnich godzinach Jego życia. Jesteśmy wszystkim, bez wyjątku, bardzo wdzięczni, chociaż wiemy, że wasz - jak zwykł mawiać nasz drogi Stryjek - Zawsze Wolny Gdańsk pewnie jutro zrzuci żałobne kiry, wróci do rytmu tętniącej życiem metropolii, a dla nas nigdy nie będzie taki sam.  

Notowała K.G.