MIIWŚ. Dlaczego Helena Płotnicka została pokazana w miejsce ojca Kolbe?

Lektura pozwu o złamanie praw autorskich, który byli szefowie MIIWŚ złożyli przeciwko obecnemu dyrektorowi Karolowi Nawrockiemu, pozwala zajrzeć za kulisy tworzenia ekspozycji. Twórcy tłumaczą na przykład, dlaczego pokazali mało znaną Helenę Płotnicką a pominęli ojca Maksymiliana Kolbe. I dlaczego, ich zdaniem, wystawa powinna pozostać dokładnie taka, jak ją stworzyli.

MIIWŚ. Dlaczego Helena Płotnicka została pokazana w miejsce ojca Kolbe?
A
A
data publikacji: 07 lutego 2018 r.

Helena Płotnicka: aresztowana przez Niemców w 1943 roku, zmarła rok później w Auschwitz-Birkenau
Helena Płotnicka: aresztowana przez Niemców w 1943 roku, zmarła rok później w Auschwitz-Birkenau
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Przypomnijmy, że twórcy wystawy głównej MIIWŚ - prof. Paweł Machcewicz, prof. Rafał Wnuk, prof. Piotr Majewski i dr Janusz Marszalec - złożyli w zeszłym tygodniu w gdańskim Sądzie Okręgowym pozew o złamanie praw autorskich przeciw MIIWŚ i jego obecnemu dyrektorowi dr Karolowi Nawrockiemu.

Chodzi o trzy zmiany na wystawie głównej, które zostały wprowadzone bez zgody i konsultacji z autorami. To zmiana filmu o Żelaznej Kurtynie, wcześniej puentującego wystawę, na film produkcji IPN; zamiana gry planszowej “Plan pięcioletni” na rewolwer Nagant w sali poświęconej propagandzie sowieckiej oraz wyciszenie piosenki “The House of the Rising Sun” zespołu The Animals w sali poświęconej powojennemu podziałowi Europy na komunistyczny Wschód i wolny Zachód.

W pozwie twórcy pokazują, że wystawa jest ich utworem, chronionym prawami autorskimi, ich opowieścią, narracją, którą oni wymyślili i opracowali. Nie można więc jej dowolnie zmieniać, przestawiać kolejności, podmieniać eksponatów, bo zmienia się wtedy sens całej opowieści, jej wydźwięk i treść.

Co mogą więc zrobić obecne władze MIIWŚ, jeśli nie podoba im się ta wystawa? Prawnicy tłumaczą: dr Karol Nawrocki i jego współpracownicy mogą po prostu stworzyć swoją nową wystawę. Mogą opracować jej koncepcję, napisać scenariusz, przygotować eksponaty, zbudować ją od nowa. Opowiedzieć historię tak, jak ją sami pojmują. Nie mogą jednak nanosić poprawek na istniejącej już wystawie bez zgody jej twórców, bo to ingerencja w utwór (scenariusz). 

Dr Karol Nawrocki, obecny dyrektor MIIWŚ, tłumaczy jednak, że zmienia wystawę ze względów patriotycznych: bo chce wyeksponować polskich bohaterów: ojca Kolbe, Irenę Sendlerową i rotmistrza Pileckiego. Jego zdaniem są oni za mało widoczni, zbyt mało uwagi im poświęcono.

Problemy z tym podejściem są dwa: po pierwsze twórcy wystawy twierdzą, że te postaci (Sendlerowa i Pilecki) są na wystawie obecne i poświęcono im tyle miejsca, ile trzeba. - Nie przystoi przeliczanie polskich bohaterów na centymetry kwadratwowe - mówi dr Janusz Marszalec, były wicedyrektor MIIWŚ. - Irena Sendlerowa nie jest wcale schowana za hydrantem, ale jest w zaułku, w którym można się zatrzymać, posiedzieć w ciszy, zastanowić nad tym, co robiła. To dobre miejsce do kontemplacji. Nie licytujmy się, kto jest większym patriotą i kto pokaże większe zdjęcie Pileckiego, bo nie o to chodzi, ale o rzeczowe przemyślenie naszej historii.   

Po drugie: jest kłopot z prawami autorskimi. Jak obrazowo tłumaczy mecenas Tomasz Ejtminowicz z Gdańska: - Przypuśćmy, że komuś nie podoba się “Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki. Po pierwsze ktoś może uważać, że Władysław Jagiełło jest na obrazie zbyt mało wyeksponowany, jest na dalszym planie, w prawym górnym rogu, pod lasem i trzeba go wstawić na środek obrazu, na pierwszy plan. Po drugie: książę Witold wygląda za mało walecznie, z wąsem byłby bardziej męski, odważny. Czy można więc na obrazie Matejki domalować księciu Witoldowi męskie wąsy i przesunąć Jagiełłę spod lasu bardziej do środka? Nie można! Jeśli komuś nie podoba się obraz Matejki, może zawsze namalować swoją wizję bitwy pod Grunwaldem, ale nie ma prawa poprawiać, domalowywać i gumkować postaci na oryginale. Tak samo jest z muzeum narracyjnym: tu też nie można dowolnie zmieniać wystawy. Jej układ, scenariusz i kompozycja stanowią utwór, który ma swojego autora, któremu przysługują prawa osobiste. Bez jego zgody ingerencja w integralność utworu jest niemożliwa, a każde zniekształcenie zamysłu twórczego narusza po prostu prawa osobiste twórcy.

Sowiecki rewolwer Nagant. Do początku lat 40. Naganty były podstawą uzbrojenia Armii Czerwonej oraz NKWD
Sowiecki rewolwer Nagant. Do początku lat 40. Naganty były podstawą uzbrojenia Armii Czerwonej oraz NKWD
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Kim jest Helena Płotnicka?

Lektura pozwu daje unikalny wgląd w pierwotny zamysł autorów. Tłumaczą, jak budowali swoją opowieść, jakie wątki łączyli, jakie eksponowali, co pomijali, jaka miała być kolejność, dlaczego pewne nazwiska czy eksponaty są na pierwszym planie, a innych brakuje. To tysiące decyzji. W ten sposób pokazują, że scenariusz jest ich dziełem autorskim. 

Dlaczego na przykład bohaterką w sali “System obozów koncentracyjnych” jest Helena Płotnicka, o której mało kto słyszał, a nie ma tam powszechnie znanego ojca Maksymiliana Kolbe?

Twórcy wyjaśnianiają: “Helena Płotnicka stanowi z pewnością jedną z najważniejszych postaci na całej wystawie, a jej losy odgrywają istotną rolę z punktu widzenia ideowych założeń muzeum i jego misji. Helena Płotnicka działała w Armii Krajowej i Batalionach Chłopskich, angażowała się w dostarczanie korespondencji, żywności, lekarstw dla więźniów Auschwitz. Z tego powodu 15 marca 1943 roku została aresztowana i osadzona w tym obozie. W kwietniu 1944 roku zmarła tam na tyfus. Osierociła sześcioro dzieci. Jej postać, nieznana w ogóle szerszemu kręgowi odbiorców, pokazuje heroizm zwykłych ludzi, za który często trzeba było płacić najwyższą cenę. Wybór właśnie tej postaci był świadomą decyzją autorów. Jego celem było upamiętnienie i oddanie hołdu tysiącom anonimowych bohaterek i bohaterów wojny, których poświęcenie było niemniejsze niż w przypadku powszechnie znanego i jak najbardziej słusznie czczonego za swą męczeńską śmierć w obozie ojca Maksymiliana Kolbego”.

Klucze Żydów, którzy zostali spaleni żywcem przez Polaków w stodole w Jedwabnem (około 300 osób). Żydzi sądzili, że wrócą do domów, dlatego zabrali ze sobą klucze...
Klucze Żydów, którzy zostali spaleni żywcem przez Polaków w stodole w Jedwabnem (około 300 osób). Żydzi sądzili, że wrócą do domów, dlatego zabrali ze sobą klucze...
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Dlaczego z wielu pamiątek po Żydach spalonych przez polskich sąsiadów w Jedwabnem wybrano akurat klucze?

Twórcy wystawy: “Symboliczną rolę w części “Zagłada” odgrywają wydobyte w czasie ekshumacji w 2001 roku klucze znalezione przy szczątkach ofiar. Wybór kluczy spośród wielu innych znalezionych przedmiotów (np. butów, fragmentów pasków, sprzączek, guzików) był świadomą decyzją ekspozycyjną. Powodowie [twórcy] podkreślili w ten sposób, że ofiary miały nadzieję na przeżycie i powrót do swoich domów. Wzmacnia to dramatyzm i ładunek emocjonalny tej części wystawy”.

Zabawka erotyczna radzieckiego żołnierza
Zabawka erotyczna radzieckiego żołnierza
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Skąd na wystawie niewielka zabawka erotyczna?

“W pokoju “Upadek Tysiącletniej Rzeszy” konieczne było znalezienie języka muzealnego, za pomocą którego możliwe byłoby opowiedzenie o masowych gwałtach czerwonoarmistów popełnianych na Niemkach, Kaszubkach, Ślązaczkach, itp. Powodowie [twórcy] zdecydowali się w tym celu zaprezentować niewielką zabawkę o charakterze erotycznym, wykonaną przez radzieckiego żołnierza. Stała się ona materialnym punktem wyjścia do prezentacji tego delikatnego zagadnienia w stanowisku multimedialnym. Zamieszczone tam relacje kobiet zostały celowo opatrzone utrzymanymi w szarościach grafikami. Powodowie celowo zrezygnowali z epatowania dosłownością obrazu, aby widz mógł się skoncentrować na wstrząsających a jednocześnie intymnych relacjach kobiet. Podkreślić należy, że pokazywanie brutalności i śmierci tak, by z jednej strony nie naruszać godności ofiary, z drugiej zaś nie estetyzować cierpienia, było jednym z największych wyzwań towarzyszących tworzeniu wystawy”.

OFICJALNE STANOWISKO MUZEUM II WOJNY ŚWIATOWEJ:

Dyrektor Karol Nawrocki działa na podstawie popartej analizą prawną pewności, że to, co względem wystawy robi i planuje zrobić jest w pełni zgodne z prawem. O tym kto ma w tym sporze rację rozstrzygnie niezawisły sąd, więc formułowanie kategorycznych wypowiedzi w tym względzie jest co najmniej przedwczesne, żeby nie powiedzieć, że stanowi formę manipulacji. Wystawa stworzona za publiczne (ogromne) pieniądze nie jest własnością osób, które pracując w Muzeum II Wojny Światowej tworzyły ją w ramach swoich obowiązków, za co otrzymały wynagrodzenie. Jako własność publiczna nie może być brana na zakładnika w celu ochrony prywatnych interesów grupy osób. Rzeczą normalną jest to, że wystawa muzealna prezentowana bezterminowo ewoluuje. I to właśnie dzieje się w Muzeum II Wojny Światowej pod kierownictwem dyrektora Karola Nawrockiego.

Jeśli panowie, którzy złożyli przeciw Muzeum pozew uważają, że postaciom najistotniejszym dla polskiego historycznego przekazu o II wojnie światowej poświęcili „tyle miejsca, ile trzeba”, to są w głębokim błędzie. No chyba, że celowo umieścili je w układzie wystawy tak, żeby łatwo było je pominąć przy zwiedzaniu. Zarówno miniaturowe zdjęcie rtm Pileckiego, jak i ukrycie Ireny Sendlerowej „za hydrantem” trudno uznać za poświęcenie im uwagi takiej „jak trzeba”. Obserwacje czynione przez pracowników Muzeum w trakcie jej zwiedzania przez Gości dowodzą, że bardzo wielu z nich po prostu nie zauważa Witolda Pileckiego w natłoku informacji o obozach zagłady, a Irenę Sendlerową mijają, w ogóle nie przypuszczając, że za załomem ściany jest coś, dla czego warto by nadłożyć drogi pod koniec zwiedzania, gdzie zwiedzanie staje się już bardzo męczące. Rodziny Ulmów, czy św. o. Maksymiliana Kolbego nie mają szans przeoczyć, bowiem zostali całkowicie pominięci przez autorów pozwu, którzy widocznie uznali, że tak właśnie „trzeba”.

Pominięcie postaci św. o. Maksymiliana Kolbego jest jednym z największych i karygodnych zaniechań, jakich dopuścili się autorzy pozwu. Postać św. Maksymiliana bowiem jest nie tylko prawdziwą ikoną martyrologii Polaków i polskich duchownych zarazem, ale stanowi przykład postawy łamiącej terror niemieckich obozów zagłady. Zawiera w sobie nie tylko to, co jest treścią martyrologii innych ofiar – takich jak Helena Płotnicka – ale również pokazuje, że w warunkach obozowych, pozbawiony w zamierzeniu oprawców podmiotowości, godności ludzkiej, a nawet nazwiska polski zakonnik zdolny był do ofiary z własnego życia dla innego człowieka, którą Niemcy, zaskoczeni taką postawą, po prostu zaakceptowali. Jest to bodaj jedyny przypadek, kiedy więzień podjął decyzję o życiu i śmierci, która do tego momentu spoczywała niepodzielnie w rękach niemieckich zbrodniarzy. Czy taka postać i taka postawa zasługują na całkowite pominięcie?

Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora