Lechia czy Legia: kto lepiej opanował zarządzanie kryzysem? Zobaczymy w niedzielę

Na Legii kibice biją piłkarzy. Ale klub z Gdańska też szuka antidotum na kilkumiesięczną depresję. Mecz dwóch piłkarskich kryzysów, czyli Legia Warszawa - Lechia Gdańsk, w niedzielę, 15 października, o godz. 18 przy ul. Łazienkowskiej 3 w Warszawie.

Lechia czy Legia: kto lepiej opanował zarządzanie kryzysem? Zobaczymy w niedzielę
A
A
data publikacji: 13 października 2017 r.

Spotkania Lechii z Legią to zawsze mecze walki. Na zdjęciu Kung Fu Pazdan i Karate Krasić
Spotkania Lechii z Legią to zawsze mecze walki. Na zdjęciu Kung Fu Pazdan i Karate Krasić
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

To nie jest śmieszne, to jest dramatyczne. Przypomnijmy, że gdy 2 października piłkarze Legii wrócili do Warszawy z Poznania po przegranym meczu z Lechem 0:3, zostali pod stadionem fizycznie zaatakowani przez 50 własnych kibiców.

Jak to się stało, że klub z wielkimi tradycjami, powołujący się na ideały Powstańcze, z największym w Polsce budżetem, jest w tak poważnym kryzysie? Zamiast walki na stadionach Ligi Europy mamy bicie piłkarzy “z liścia” na parkingu pod stadionem?

Wilk z Łazienkowska Street

Wszystko zaczęło się od konfliktu właścicielskiego. Jeszcze niedawno główna linia podziału w Legii przebiegała między dwójką właścicieli.

Pierwszy z nich to Bogusław Leśnodorski. Człowiek żyjący chwilą, cieszący się życiem. Taki “Wilk z Łazienkowska Street”. Jego filozofia była prosta: żyjemy na kredyt, wydajemy, jedziemy po bandzie, ale te pieniądze zaraz się zwrócą, kiedy Legia wejdzie do Ligi Mistrzów czy Europy. Rzeczywiście - udawało się. Legia regularnie grała w Lidze Europy, a raz nawet w Lidze Mistrzów.

Leśnodorski przeprowadzał kilka spektakularnych transferów, jak Vadis Odjidja Ofoe, Nikolić czy Prijović. Cała trójka szybko z Legii zresztą uciekła do innych klubów w Grecji czy USA, ale Legia dobrze na tych transferach zarobiła.

Czasem jednak transfery były dramatycznie chybione: patrz Steeven Langil czy Tomas Necid. Do tego w Legii następowały częste zmiany trenerów: raz był to solidny Stanisław Czerczesow (obecnie trener reprezentacji Rosji), potem niestabilny i zagubiony Albańczyk Besnik Hasi.

Legia żyła kolorowo; Leśnodorskiego dużo było w mediach. Kibice byli zadowoleni, bo prezes się z nimi układał, pozwalał im na dużo. A potem robili mu taki “prezent”, jak np. atak kibiców z Żylety na fanów Borussi Dortmund w czasie meczu Champions League w Warszawie, gaz na trybunach, zamieszki czy też rasistowskie obelgi pod adresem piłkarza belgijskiego Lokeren. W efekcie duże finansowe kary dla Legii czy wręcz gra z Realem Madryt przy zamkniętych trybunach.

Legia kupuje dobrych zawodnikó, jak Vadis Odidja Ofoe (z prawej), ale też szybko ich sprzedaje z zyskiem. Ciężko o kontynuację i budowanie drużyny na wciąż rozchwianych fundamentach
Legia kupuje dobrych zawodnikó, jak Vadis Odidja Ofoe (z prawej), ale też szybko ich sprzedaje z zyskiem. Ciężko o kontynuację i budowanie drużyny na wciąż rozchwianych fundamentach
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Oszczędny, rozsądny, zagubiony

Przeciwieństwem Leśnodorskiego jest obecny właściciel klubu Dariusz Mioduski. On reprezentuje filozofię niemieckiego księgowego: nie szastajmy pieniędzmi, oszczędzajmy, nie stać nas na życie ponad stan. Plan Mioduskiego jest jasny: po pierwsze mocna akademia i lokalni wychowankowie klubu zamiast drogich transferów otyłych graczy z Belgii. Po drugie: uporządkowanie księgowości. Mioduski mówi bowiem, że jeśli Legia chce mieć poważnego i silnego sponsora z poważnymi pieniędzmi, takimi europejskimi, to musi najpierw wysłać w świat sygnał, że jest poukładanym, oszczędnym i rozsądnym klubem.

Mioduski wygrał batalię o Legię. Przejął klub, pozbył się Leśnodorskiego i jego ludzi. Ale zanim zaczął uzdrawiać klub według swojego planu, zaliczył dwie katastrofy. Najpierw Legia przegrała z Szeryfem Tyraspol bój o Ligę Europy. To bardzo poważny cios dla budżetu. Później Mioduski, po słabych wynikach, zwolnił trenera Jacka Magierę i zatrudnił Chorwata Romeo Jozaka, który nie ma doświadczenia w roli trenera. Jozak tuż po przegranym 0:3 meczu z Lechem Poznań nazwał swoich piłkarzy... dziewczynkami, powiedział, że czuje się przez nich zdradzony i zapowiedział czystkę w szatni. Piłkarze ledwo przełknęli tę gorzką pigułkę, a kilka godzin później, po powrocie do Warszawy z Poznania, zostali w nocy pobici przez własnych kibiców na klubowym parkingu.

Dramat, wstyd i hańba

Prezes Legii Dariusz Mioduski w specjalnym oświadczeniu napisał: “Atak kibiców na własnych piłkarzy jest zjawiskiem niewytłumaczalnym. Wyciągniemy też wnioski z niedopuszczalnej sytuacji, w której kibice podający się za grupę wyjazdową, swobodnie poruszają się po obiekcie klubu. Uszczelnimy ten system i zmienimy procedury w tym zakresie. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że w tej sytuacji system ochrony zawiódł i wymaga zmian. Takie wydarzenia nigdy więcej nie mogą mieć miejsca. Dla mnie osobiście incydent ten jest szczególnie przykry także ze względu na to, że przemoc kibiców wobec piłkarzy podważa fundament tożsamości Legii Warszawa. Legia jest klubem, który jest ze swoimi piłkarzami niezależnie od wyników sportowych, nigdy się nie poddaje, zawsze walczy do końca i zawsze razem. Przechodzimy bardzo trudny moment. Po raz pierwszy od pięciu lat nie awansowaliśmy do europejskich pucharów. Zawiedliśmy samych siebie i wszystkich kibiców, ale to właśnie w takich czasach możemy pokazać charakter klubu. Walkę do końca, mimo wszystkich trudności. Żeby tę walkę wygrać potrzebna jest jedność. Dlatego szczególnie dziś oczekuję od kibiców pełnego wsparcia dla Legii i jej piłkarzy. Od piłkarzy oczekuję zaś pełnego zaangażowania. Chcę zobaczyć, że walczą o każdy centymetr murawy, nie odpuszczają, nie odstawiają nogi. Liczę na to, że w następnym meczu udowodnią, że wbrew zwątpieniu kibiców potrafią walczyć i wygrywać.”

Ten następny mecz, o którym pisze Mioduski, to właśnie mecz z Lechią Gdańsk.

Szarpanina: Artur Jędrzejczyk z Legii w starciu z Marco Paixao z Lechii
Szarpanina: Artur Jędrzejczyk z Legii w starciu z Marco Paixao z Lechii
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Lechia: kity dla skrajnie naiwnych?

Tymczasem Lechia Gdańsk ma swoje problemy. Tu też niedawno, po przegranym meczu Pucharu Polski z Bytovią Bytów, kibice wyłamali w Bytowie płot oddzielający ich od parkingu i przecięli opony w klubowym autobusie. Na stadionie w Gdańsku pojawiają się transparenty, za które klub płaci kary. Kibice wyzywali z trybun i prezesa Adama Mandziarę i byłego trenera Piotra Nowaka.

Piłkarsko Lechia sezon zaczęłą fatalnie, czego efektem jest odsunięcie od drużyny trenera Piotra Nowaka (został dyrektorem sportowym). Spekulowało się o złej atmosferze w szatni, o kłopotach finansowych klubu. Aby uzdrowić sytuację, miejsce Nowaka zajął Adam Owen, debiutant w tej roli, wcześniej trener przygotowania fizycznego. Owen zaczął dobrze, od zwycięstwa nad Lubinem 1:0, co nieco uspokoiło kibiców Lechii. Czy dalej będzie wyciągał klub z dołka? Lechia wciąż jest na dole tabeli - 12. miejsce - i musi się powoli odbudować: piłkarsko, mentalnie, organizacyjnie. Jak mówi prezes Mandziara: czeka nas reset.

Zmiany w Lechii zostały oczywiście zauważone w Polsce. I najczęściej były krytykowane. Dziennikarz Krzysztof Stanowski pisał w “Przeglądzie Sportowym”:

“Dyrektorem sportowym w Lechii Gdańsk został Piotr Nowak i to tylko dlatego, że klub nie miał dobrego pomysłu, w jaki sposób go zwolnić. W normalnym futbolu to nie do pomyślenia, by na tak istotne stanowisko powoływać kogoś tylko z takiego powodu. Oczywiście, można udawać, że Nowak rzeczywiście będzie dysponował władzą przynależną dyrektorowi sportowemu, ale dobrze wiemy, że to wyłącznie kity dla skrajnie naiwnych. Jednocześnie Lechia – jako kolejny klub w Polsce – powierza stanowisko pierwszego szkoleniowca cudzoziemcowi, który nigdy w tym zawodzie w tej roli nie pracował. Jeszcze raz: to nie są standardy znane mi z poważnych lig. Owszem, zdarza się, że klub daje awans byłemu piłkarzowi, najpierw przepuszczając go przez juniorów czy drużynę rezerw, śledząc jego pracę i charakter latami. Ale w naszej ekstraklasie mamy ekstremum: trenerami zostają ludzie przypadkowi i odnoszą przypadkowe rezultaty.”

Rafał Wolski (z lewej) grał w Legii Warszawa w latach 2008-2013. Teraz zapewnia, że Gdańsk jedzie do stolicy po trzy punkty
Rafał Wolski (z lewej) grał w Legii Warszawa w latach 2008-2013. Teraz zapewnia, że Gdańsk jedzie do stolicy po trzy punkty
Grzegorz Mehring/gdansk.pl

Ostudzić emocje i wygrać

I dla Legii i dla Lechii będzie to więc kluczowy mecz. Jedni i drudzy muszą pokazać, że programy naprawcze działają, że nowe pomysły sprawdzają się w praktyce, a decyzje o zwolnieniu trenerów i zatrudnieniu nowych, nie były błędami. Trzeba powoli, mecz po meczu, ciułać punkty, odbudować drużyny mentalnie, ustabilizować składy i uspokoić szatnie. Na razie bowiem zbyt wiele dzieje się - zwłaszcza w Legii - z bałkańskim temperamentem, na dużych emocjach, w atmosferze skandali i pomówień, czy wręcz ataków fizycznych! Gdzie w tym wszystkim rozsądek, pozwalający w spokoju budować sukces?

Zobaczymy, kto pierwszy wyjdzie z dołka: Lechia czy Legia. Niech to będzie mecz walki. Oby tylko nie było w niedzielę tak nudno, jak w ostatnim spotkaniu tych drużyn w Warszawie, w meczu o mistrzostwo zeszłego sezonu, w którym nikt nikogo nie miał zamiaru atakować, a obie drużyny zagrały asekuracyjnie, co Legii dało w efekcie tytuł Mistrza Polski, a Lechii… wiadomo co.

Rafał Wolski, pomocnik Lechii, pytany o mecz z Legią, powiedział: - Nie wiemy, co się teraz dzieje w szatni Legii i jaki wpływ miała na piłkarzy sytuacja z kibicami. Nie wiemy, jak to na nich podziałało. Po Mączyńskim i Pazdanie nie było nic widać na zgrupowaniu reprezentacji. My mamy wpływ tylko na siebie i na naszą grę. Jedziemy tam po trzy punkty. Legia ma dobrych piłkarzy i prędzej czy później odpali i zacznie wygrywać. Oby nie było to w meczu z nami.

Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora
Sebastian Łupak (0)
www.gdansk.pl
sebastian.lupak@gdansk.pl
więcej tekstów autora