Kazachskie manty na stole. Jak żyją repatrianci w Gdańsku?

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz odwiedził w środę, 4 kwietnia, Walentynę i Wiktora Martysiewiczów - polskich repatriantów z Kazachstanu.

Kazachskie manty na stole. Jak żyją repatrianci w Gdańsku?
A
A
data publikacji: 04 kwietnia 2018 r.

Z Kazachstanu do Gdańska przyjechały ślubne zdjęcia
Z Kazachstanu do Gdańska przyjechały ślubne zdjęcia
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Pamiątek z Kazachstanu jest tu kilka. Najważniejsze jest oczywiście ślubne zdjęcie Walentyny i Wiktora. Do tego święte obrazki. I jeden obrazek z Astany - z monumentalną wieżą widokową Bäjterek.

Na stole też pamiątka z Kazachstanu - tradycyjne duże pierogi kazachskie z mięsa wołowego z cebulą i ziemniakami, otoczone ciastem. To manty

Walentyna i Wiktor są w Gdańsku od roku. Dostali od miasta mieszkanie komunalne przy ulicy Rajskiej, nieco ponad 30 metrów kwadratowych.

W Kazachstanie mieli dom z sadem. Czy nie tęsknią? - Nie! Bo tęskniłam do dzieci i wnuków a teraz my wsje razem - mówi pani Walentyna.

Płacze. Czekała na połączenie z dziećmi i wnukami… 15 lat. Tyle trwała procedura uzyskania statusu repatriantów.

W Gdańsku wcześniej byli już trzej synowie Martysiewiczów. W środę jeden z nich - Witalij był z żoną Swietłaną w domu rodziców przy Rajskiej. Witalij jest elektrykiem, Swietłana pielęgniarką. Ich córka skończyła liceum nr 5 w Oliwie i studiuje teraz biotechnologię.

Witalij: - Najcięższe są pierwsze dwa lata, gdy nie znasz języka. Stres jest duży, ciężko psychicznie. Potem jest dużo łatwiej.

Walentyna, mama Witalija, jest już na emeryturze. Zajmuje się piątką wnuków. Ojciec - Wiktor dostał właśnie pracę złotej rączki, pracownika gospodarczego, w pobliskiej hali targowej Kupców Dominikańskich. W Kazachstanie był zootechnikiem w kołchozie. 

Cieszą się, że są wszyscy razem w Gdańsku. Ich babcia (i prababcia) została przesiedlona przez Stalina w 1936 roku z żytomierskiej obłasti do Kazachstanu. To był goły step. Później zaczęły powstawać wsie i osady dla przesiedlonych Polaków i Niemców, zwane: pierwsza, druga, trzecia... Z czasem zaczęły dostawać nazwy własne. Ta, w której mieszkali Martysiewiczowie nazywa się Czkałowo. - To na sjewierie - tłumaczy Walentyna. Na północy Kazachstanu. 

Pani Walentyna pokazuje zdjęcie z imprezy pożegnalnej w Kazachstanie. Przyszła bliża i dalsza rodzina, sąsiedzi...
Pani Walentyna pokazuje zdjęcie z imprezy pożegnalnej w Kazachstanie. Przyszła bliża i dalsza rodzina, sąsiedzi...
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Jak pokolenia przekazywały w rodzinie polskość? To był polski język i zwyczaje oraz święta religijne. Do wspólnego świętowania przyłączali się nawet miejscowi Kazachowie - muzułmanie.

- Oni z nami świętowali Wielkanoc, my z nimi ichni Nowy Rok - mówi Witalij.

- Nie dokuczali Panu za polskość w szkole? - pytam.

- Czasem - śmieje się Witalij. - Dla Kazachów liczył się kolor skóry. Jak biały - znaczy Rusek. Nie było ważne, czy Polak, Rosjanin czy Białorusin. Rusek i tyle! Czasem dochodziło do bójek i nie było powiedziane, że zawsze Kazachowie wygrają. Różnie bywało.

Kiedyś w ich okolicy mieszkało nawet 20 tysięcy ludzi. Ale repatriacje do Niemiec i Polski zrobiły swoje, teraz jest tam około 5 tysięcy. Wielu Polaków i Polek wciąż czeka na wyjazd.

Państwo Walentyna i Wiktor Martysiewiczowie w mieszkaniu przy ul. Rajskiej
Państwo Walentyna i Wiktor Martysiewiczowie w mieszkaniu przy ul. Rajskiej
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Zaprasza Gdańsk i MSWiA 

Jak tłumaczy Paulina Wlaźlak z Wydziału Rozwju Społecznego UM w Gdańsku, Gdańsk od 1996 roku systematycznie realizuje program repatriacji rodzin polskiego pochodzenia z republik środkowoazjatyckich byłego ZSRR. W styczniu 1996 roku Rada Miasta Gdańska podjęła uchwałę umożliwiającą realizację tego procesu.

Aktualnie w Gdańsku zamieszkują 52 rodziny polskiego pochodzenia z Kazachstanu, Uzbekistanu, Gruzji i azjatyckiej części Federacji Rosyjskiej. 32 rodziny przybyły na zaproszenie Prezydenta Miasta, a 20 zaś osiedliło się we własnym zakresie lub na zaproszenie innych osób fizycznych. Wszystkie rodziny otrzymywały i otrzymują wsparcie w Gdańsku.

Dodatkowo na szczeblu centralnym (MSWiA) prowadzona jest baza „Rodak”, w której rejestrowane są osoby oczekujące na repatriację do Polski. Z tej listy Gdańsk także przyjmuje polskie rodziny, zapewniając im identyczną pomoc jak repatriantom wyłonionym z podań wpływających bezpośrednio do miasta.

Już 32 rodziny repatrianckie skorzystały z zaproszenia Gdańska
Już 32 rodziny repatrianckie skorzystały z zaproszenia Gdańska
Dominik Paszliński/ gdansk.pl

Każdego roku z wnioskiem o repatriację do Gdańska zwraca się ponad 50 rodzin. Co roku przyjmowane są dwie rodziny (zgodnie z Uchwałą RMG). Niezależnie od wsparcia przysługującego na podstawie ustawy repatriacyjnej, Rada Miasta Gdańska zdecydowała o przydzielaniu rodzinom repatrianckim dodatkowych środków miejskich wypłacanych tuż po przyjeździe do Gdańska, jest to kwota 7 tysięcy zł na każdą osobę w rodzinie.

Jak mówi Paulina Wlaźlak z UM, głównym problemem, który ogranicza liczbę osiedlanych rodzin są możliwości mieszkaniowe. Mimo to Gdańsk jest jedną z nielicznych gmin w Polsce, które tak systematycznie realizują program repatriacji. Wszystkie zaproszone przez Gdańsk rodziny otrzymały pełnostandardowe lokale mieszkalne na zasadzie umowy najmu na czas nieokreślony. Pozyskiwane mieszkania pochodzą z zasobów komunalnych Miasta. Są to w większości lokale „z odzysku”, które przeszły kapitalny remont sfinansowany ze środków Miasta oraz budżetu Państwa (Gdańsk pozyskuje dotację na ten cel z MSWiA).

oprac. SŁ (0)
www.gdansk.pl
oprac. SŁ (0)
www.gdansk.pl