Reformacja, czyli pierwsza rewolucja w Gdańsku

Dla gdańskich luteran, którzy stanowili znakomitą większość mieszkańców miasta aż do 1945 roku, kościół Bożego Ciała i jego okolice stanowiły miejsce niezwykle ważne. Tutaj, u stóp Hagelsbergu (Gradowej Góry), znakomity kaznodzieja i propagator nauk Marcina Lutra, Jakub Hegge, 13 lipca 1522 roku wygłosił swoje pierwsze kazanie. Później w tę okolicę przybywały tłumy gdańszczan, aby go posłuchać.

A
A
Ostatnia aktualizacja: 27 kwietnia 2017 r.

Jego słowa rozpalały wyobraźnię, wierzono, że na nowo odkryte, przełożone na języki narodowe Pismo Święte jest w stanie zmienić świat na lepsze. W XVIII wieku na pamiątkę tamtych wydarzeń do ściany kościoła dobudowano osobliwą, bo zewnętrzną, drewnianą ambonę. Miała przypominać wiernym, jaką moc posiada Słowo Boże. Głoszone z tego miejsca, doprowadziło do prawdziwej, nie tylko religijnej, rewolucji w mieście.

Kościół Bożego Ciała był miejscem aktywnej działalności reformacyjnych kaznodziejów, rycina Willera, a więc z drugiej połowy XVII wieku
Kościół Bożego Ciała był miejscem aktywnej działalności reformacyjnych kaznodziejów, rycina Willera, a więc z drugiej połowy XVII wieku
Fot. Zbiory BG PAN

Podatny grunt

Za początek reformacji uważa się moment, gdy Marcin Luter, zbuntowany mnich-augustianin upublicznił swoje 95 tez krytykujących odpusty. Dzięki wynalazkowi Gutenberga w ciągu dwóch tygodni poznały je całe Niemcy, w ciągu miesiąca cała Europa. Jego wystąpienie, początkowo przyjęte przez kurię z niedowierzaniem, a nawet lekceważeniem, już niebawem pociągnęło za sobą prawdziwą lawinę wydarzeń o nadzwyczaj doniosłych skutkach. Papież Leon X obłożył go ekskomuniką, cesarz Karol V wyjął spod prawa, a sejm Rzeszy, zwołany w 1521 roku w Wormacji, domagał się od Lutra publicznego odwołania bluźnierczych poglądów. Zagrożony reformator zdecydował się schronić u swego protektora, księcia saskiego Fryderyka III Mądrego na zamku Wartburg, tam przy pomocy współpracowników – sam również znał hebrajski i grecki – przetłumaczył Nowy Testament na język niemiecki. Z czasem Wittenbergę uczynił prężnym ośrodkiem nowego ruchu reformatorskiego.

Oblicza się, że w tamtych latach przez uniwersytet w Wittenberdze przewinęło się około setki studentów z Prus Królewskich, a  czterdziestu z nich pochodziło z Gdańska. W większości byli to synowie bogatego mieszczaństwa, wykształceni młodzieńcy o gorących głowach, chętnie podążający za modą płynącą z zachodu. Wielu z nich zafascynowała nowa nauka, jej prostota i szczerość. Za ich sprawą, lecz nie tylko – wszak Gdańsk wciąż przyciągał nowych kupców i rzemieślników z całej Europy – poglądy Lutra w tempie ekspresowym zdobyły sobie wielu zwolenników w nowym środowisku, gdzie znakomita większość posługiwała się językiem niemieckim. Krytyczne wobec poczynań Kościoła Katolickiego słowa trafiały do przekonania gdańszczanom. Gorsząca działalność finansowa kolektorów papieskich, samowola biskupów i sposób, w jaki proboszczowie, pochodzący z bogatych rodzin i rzadko przebywający w swoich parafiach, traktowali wiernych, wywoływało powszechne oburzenie. O frywolnych obyczajach panujących w niektórych gdańskich klasztorach krążyły legendy. Można było odnieść wrażenie, że sytuacja ta odpowiadała hierarchom Kościoła, nikt bowiem nie widział potrzeby zmian czy reform.

Podobnie jak w całych Niemczech, ogarniętych duchem rewolty, nad Motławą było wielu niezadowolonych, głoszona powszechnie nowa doktryna religijna dawała im szansę, aby zaistnieć. Wierzyli, że podnosząc hasła religijne, zdołają również przeprowadzić reformy społeczne. A rewolucja od dawna wisiała w powietrzu. W XVI stuleciu władza w mieście skupiona była w rękach naprawdę nielicznych; przedstawiciele dwudziestu kilku rodzin stali się jej monopolistami. Większość z nich pomnażała swoje fortuny niezbyt uczciwie, zajmowała się udzielaniem kredytów, spekulacją lub zwykłą lichwą, nie stroniła również od malwersacji i zwyczajnych oszustw. Mimo to uważali się za najlepszych obywateli miasta, solidnych kupców, dzierżawców, armatorów i bankierów, do nich należała kontrola nad dochodami i wydatkami bogatego Gdańska. Pasożytniczy, a nierzadko także przestępczy układ scalano małżeństwami, nikt z zewnątrz nie miał szans, by wejść do grona wybrańców, chyba, że okazał się jeszcze sprytniejszy, jeszcze bardziej bezwzględny lub miał mocniejszych protektorów.

Setki drobnych kupców żyło bez szans na jakikolwiek rozwój, zadłużeni rzemieślnicy, a także masy tzw. pospólstwa i biedoty, która nie miała nadziei na poprawę losu, pilnie oczekiwało zmian. To właśnie te najuboższe grupy społeczne najmocniej odczuwały ucisk podatkowy. Kiedy więc wiosną 1517 roku doszło do załamania finansów miejskich, nastąpił pierwszy akt rewolucji. Skompromitowana Rada musiała zgodzić się na natychmiastowe powołanie szerszej reprezentacji społeczeństwa – było to „kolegium 48” (tylu posiadało członków). Nikt jednak nie odważył się wówczas pociągnąć do odpowiedzialności osób, które doprowadziły miasto do bankructwa. Dla winowajców niewątpliwie szczęsnym był fakt, że również w tym nowym przedstawicielstwie większość stanowili ludzie zamożni i wpływowi. Gdy więc po długich rozważaniach ustalono plan ratunkowy, wybrano sposób z powodzeniem od lat praktykowany – zwiększono bezpośrednie obciążenia podatkowe. Co więcej, wprowadzono akcyzę piwną, uderzając po kieszeni szerokie masy ludności. Wywołało to głębokie i powszechne niezadowolenie, wszak piwo było wówczas trunkiem, jak i dziś, niezwykle popularnym.

Takie posunięcia nie pomogły na długo. Wydatki związane z nową wojną z Zakonem Krzyżackim i potrzeba rozbudowania fortyfikacji spowodowały, że problem pustych kas wypłynął już na przełomie 1519 i 1520 roku. Znienawidzony i wszechwładny burmistrz Eberhard Ferber, któremu słusznie zarzucano wszelkie możliwe niegodziwości i nadużycia, niewiarygodny wyzysk dzierżawionych przez niego dóbr miejskich na Żuławach, trwonienie pieniędzy publicznych, niespotykany nepotyzm, przywłaszczanie urzędów i wykorzystywanie ich do pomnażania osobistego majątku, uznał, że nadeszła odpowiednia pora, by ponownie wezwać na dywanik przedstawicieli społeczności, czyli „kolegium 48”. Mieli oni szybko zaradzić biedzie, a jednocześnie przekonać ludność miasta, że wszystko dzieje się za jej zgodą. Starania, jakie podjęli, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Niejednokrotnie wchodzili przy tym w jawny konflikt z burmistrzem Ferberem, zagorzałym przeciwnikiem reform w jakiejkolwiek dziedzinie.

W 1518 roku były dominikanin, Jakub Knade, jako pierwszy w mieście rozpoczął w kościele św. Piotra i Pawła na Starym Przedmieściu głoszenie kazań wyraźnie sprzyjające nowej doktrynie rodem z Wittenbergi. Jego zaangażowanie w krzewienie nowej wiary prawdopodobnie miało istotny motyw osobisty. Mówiło się, że popularny duchowny stracił głowę dla pięknej pasierbicy kupca z ulicy Kramarskiej i z tego powodu wygłasza kazania wymierzone przeciwko celibatowi. Rzeczywiście, wkrótce po zrzuceniu habitu Jakub Knade zawarł związek małżeński z Anną Rastenberger. Z Gdańska odbywał liczne podróże misyjne, w 1522 roku głosił kazania w duchu luterańskim w Malborku, gdzie przyjęto go niezwykle ciepło i po jakimś czasie ofiarowano probostwo w kościele św. Jerzego. Po jego śmierci w 1564 roku Anna wróciła do Gdańska z trojgiem dzieci, a kiedy zmarła została pochowana w kościele św. Piotra i Pawła.

Nad Motławą większość pierwszych propagatorów nowinek religijnych rekrutowała się spośród zakonników. Posiadali oni nie tylko wystarczającą znajomość realiów ówczesnego Kościoła Katolickiego, ale również niezbędne przygotowanie teologiczne. Prócz dominikanina Knade byli to także karmelita Maciej Binnewald czy franciszkanin Aleksander Svenichen (nigdy nie opuścił zakonu). Aktywny był pochodzący z patrycjatu Jan Bonholt, jeden ze wspomnianych wcześniej proboszczów-beneficjantów, rezydujący w kościele św. Gertrudy na Starym Przedmieściu. Swoje poglądy głosił także z dużym zaangażowaniem Jan Boschenschein z Eslingen w Szwabii, wcześniej profesor języka hebrajskiego na uniwersytecie w Ingolstadt.

Wiadomości o sukcesach reformacji w Gdańsku dochodziły na dwór w Krakowie już w 1520 roku. Zaniepokojony Zygmunt I Stary zdecydował się wydać niezwykle ostry w tonie edykt skierowany przeciwko luteranom, który miał przyhamować ich ekspansję. Rok później, na zapleczu kościoła św. Jana w Toruniu, podczas pobytu legata papieskiego Zachariasza Ferreri zorganizowano pokazową akcję, by zastraszyć zwolenników nowinek religijnych z Niemiec - spalono na stosie nie tylko książki trącące herezją, ale również wizerunek Marcina Lutra. Przez mieszczan zostało to przyjęte niemal wrogo. Wielu z nich sympatyzowało z poglądami reformatora i z nadzieją spoglądało na Gdańsk. Powszechnie spodziewano się, że do przełomu w kwestii akceptacji nowej doktryny na ziemiach Rzeczpospolitej dojść może tylko i jedynie w tym bogatym i wpływowym mieście.

Taką świadomość miał również Marcin Luter, który uważnie śledził sytuację w Gdańsku. By wzmocnić siłę i determinację wyznawców, wysyłał do miasta w swoich uczniów i wychowanków. Od 1522 roku prowadził tu ożywioną działalność Jakub Hegge zwany Finkenblockiem, jeden z najbardziej znanych kaznodziei luterańskich pierwszego okresu, urodzony w Gdańsku syn krawca. W wielu opracowaniach tę datę przyjmuje się jako rzeczywisty początek reformacji w Gdańsku. Jego kazania cieszyły się ogromnym powodzeniem, z dnia na dzień przybywało mu słuchaczy i rosła liczba zdeklarowanych wyznawców nowej nauki. Świadomi tego faktu przedstawiciele „kolegium 48”, w październiku 1522 roku, zdecydowali się wysunąć wobec Rady skromne pozornie żądanie, aby w mieście choć w jednym kościele wolno było głosić tzw. czyste Słowo Boże. Od kilku miesięcy domagali się tego luteranie.

Magistrat i stojący na jego czele Eberhard Ferber nie zamierzali ulegać jakimkolwiek naciskom. Aby jednak zachować pozory i nikogo sobie nie zrażać, powiadomili wnioskodawców, że wyrażą zgodę na ten postulat, jeśli tylko król przychyli się do takiej decyzji. Wykorzystując stan zawieszenia, pewny swej pozycji burmistrz usiłował doprowadzić do rozłamu między pospólstwem i rzemieślnikami. Jego próba przeciągnięcia na swoją stronę kilku bogatszych przedstawicieli tej drugiej społeczności ostatecznie zakończyła się niepowodzeniem i doprowadziła do wrzenia w mieście. Ferber, obawiając się o swoje życie, postanowił uciec do Tczewa, co stało się 20 listopada 1522 roku.

Na wieść o ucieczce znienawidzonego bogacza wściekłość tłumów była ogromna, pospólstwo wyszło na ulice. Jeszcze tego samego dnia wtargnięto do Kościoła Mariackiego i zniszczono znajdujący się w nim grobowiec rodziny Ferberów. Wydawało się, że rebelianci ruszą na ratusz i zrobią również porządek z Radą. Jej skórę zdołał jednak uratować elokwentny drugi burmistrz, Filip Bischof. W imieniu własnym i innych członków Rady zdystansował się wobec poczynań Ferbera. Ulubieńca króla i polskiej magnaterii ogłoszono banitą, a także – ku radości gawiedzi - zapowiedziano rychłą konfiskatę jego ogromnych dóbr. Tłum, z którego opadły już emocje, opuszczał Długi Targ.

Jednak kilka miesięcy później, 14 sierpnia 1523 roku, ponownie wypełnił ulice. Prowadzony przez czeladnika felczerskiego Maternę ruszył na Ratusz Głównego Miasta. Słabo uzbrojeni napastnicy zostali z łatwością rozgonieni, ich prowodyra ujęto. Został ścięty na Długim Targu przed Dworem Artusa. Patrycjat sądził zapewne, że przestraszył tych, którzy w przyszłości zamierzaliby podburzać spokojnych obywateli. Czas miał pokazać, jak bardzo się mylił.

 

Rewolta

Tymczasem ruch reformacyjny znajdował coraz szersze poparcie. Mieszczaństwo, a zwłaszcza pospólstwo, wiązało z nim wielkie oczekiwania. Ludzie stawali się niecierpliwi, chcieli zmian i to szybkich, nie zamierzali długo czekać. Już we wrześniu 1523 roku doszło do kolejnych wystąpień w mieście – tym razem ich celem były kościoły. Zdemolowano wnętrza i poturbowano kilku zakonników. Kler katolicki zaczął masowo opuszczać miasto. Skala wystąpień zwolenników reformacji oraz dynamika prowadzonej przez nich działalności zdumiały Zygmunta Starego, wszak jeszcze w marcu 1523  roku ostrzegał, że każdy zwolennik luteranizmu w Polsce może trafić na stos, a jego majątek zostanie skonfiskowany. Okazało się, że nikt w Gdańsku nie liczył się z jego słowami.

Tym razem król zwrócił się bezpośrednio do gdańskiej Rady i zażądał wydania zakazu szerzenia nowej nauki, sprowadzania książek luterańskich, a także wypędzenia z miasta raz na zawsze głoszących ją kaznodziejów. Rajcowie znaleźli się w trudnej sytuacji – choć byli zaniepokojeni ostatnimi wydarzeniami, obawiali się wystąpić przeciw tym, którzy je sprowokowali. W październiku 1523 roku zdecydowano się więc wysłać poselstwo do monarchy i osobiście błagać go o przybycie i przywrócenie spokoju w mieście. Na jego czele stali sekretarz miejski Ambroży Storm oraz ławnik i przyszły rajca Filip Angermünde (Argemunt), pochodzący z bogatej rodziny patrycjuszowskiej. Król wysłuchał ich, lecz niczego nie obiecał, był w tym czasie zbyt zajęty przygotowaniami do planowanej nowej wojny z Zakonem Krzyżackim (w 1521 roku zawarto zaledwie czteroletni rozejm) oraz sporami z papiestwem, dotyczącymi obsady biskupstwa płockiego.

Nie mogąc liczyć na królewską pomoc, patrycjusze zdecydowali się na sprytne z ich punktu widzenia posunięcie. Aby odwrócić uwagę tłumu od postulatów społecznych, postanowili wesprzeć jego starania dotyczące reform religijnych. Był to krok odważny, ale raczej mało zgodny z dotychczasową polityką monarchy. Można przypuszczać, że pomysł nie był z nim konsultowany. 24 lutego 1524 roku Rada zatwierdziła zakaz krytykowania w kazaniach jakichkolwiek osób i instytucji publicznych – to był kij. Marchewką miała być reforma liturgii, jaką w sierpniu tego samego roku przygotował wspomniany już franciszkanin doktor Aleksander Svenichen, zdecydowany przeciwnik radykałów zgromadzonych wokół Jakuba Heggego. Choć przyjęta przez większość duchownych (tych, którzy z sympatią odnosili się do reform), w zasadzie nie zadowoliła nikogo.

Kilka dni po wydaniu ordynacji ustalającej nowe reguły, tłumy zaatakowały kwaterę bawiącego w mieście przejazdem biskupa włocławskiego, Macieja Drzewieckiego (Gdańsk należał do jego diecezji). Dostojnik po części sam był sobie winien, gdyż nie uszanował wspólnych postanowień i kazał uwięzić Pawła Grünewalda, jednego z najpopularniejszych gdańskich kaznodziei. Być może obwiniał go o głoszenie luterańskich nauk wśród chłopów biskupich z okolic Gdańska. Podobno efekt był taki, że poddani odmówili płacenia świętej dziesięciny. Przyszły arcybiskup gnieźnieński musiał ustąpić pod naciskiem „gdańskiej ulicy” i z pewnością nie było to dla niego miłe doświadczenie.

Było lato 1524 roku. Na terenie cmentarza przy kościele św. Elżbiety zaczęli samorzutnie gromadzić się gdańszczanie. W tym miejscu, za zachowaną do dziś bramą, siedząc na nagrobkach dyskutowano zawzięcie o polityce, o władzach miasta i religii, o tym, co dalej robić. Wielkiej ludowej partii przewodzili kowal Piotr Koenig i wykształcony prawnik, wywodzący się ze średniego mieszczaństwa, Jan Wendland. Świadomi sytuacji przedstawiciele patrycjatu – burmistrz Filip Bischof i rajca Reinhold Feldstete (był nim od 1517 roku) – na zjeździe stanów pruskich w grudniu 1524 roku powtórnie wystąpili z projektem zaproszenia króla do Prus Królewskich, by poskromić rewolucyjne nastroje. Trafnie przewidzieli dalszy rozwój wypadków. Już wkrótce przedstawiciele ludu postanowili sięgnąć po rzeczywistą władzę w mieście. Stworzono nowe kolegium, w skład którego weszli tym razem zdeklarowani zwolennicy reform. Na czele dwunastu rentmistrzów w roli hauptmana stanął Jan Wendland. Dotychczasowa Rada, Ława, a nawet „kolegium 48”, choć w dalszym ciągu funkcjonowały, to faktycznie utraciły swoje wpływy. Gdańszczanie przekonani byli, że wprowadzenie istotnych reform społecznych mogą zagwarantować jedynie nowi ludzie dopuszczeni do rządzenia.

Tym razem się nie zawiedli. Wendland i jego współpracownicy opracowali dokument („Artikelbrief"), w którym ustalono punkt po punkcie nowy porządek w mieście. Zagwarantowano wolność głoszenia Słowa Bożego w takiej postaci, w jakiej pragnęli go słuchać wierni, a więc zgodnie z wytycznymi płynącymi z Wittenbergi. Tylko taką interpretację Biblii uznano za prawidłową, a co za tym idzie dopuszczalną. Nauki głosić mogli nie tylko duchowni, ale również świeccy i to nie tylko byli księża czy zakonnicy, ale także osoby bez przygotowania teologicznego. Zniesiono celibat i wprowadzono komunię pod dwiema postaciami. Nabożeństwa miały być odprawiane w języku wiernych, a nie po łacinie. Wystosowano listy do gdańskich proboszczów przebywających poza miastem, aby powrócili i stawili się przed swoimi wiernymi, czego tamci oczywiście nie mieli zamiaru zrobić. Opustoszałe parafie – św. Katarzyny, św. Piotra i Pawła, św. Bartłomieja, św. Barbary i św. Jana – zdecydowano się powierzyć kaznodziejom luterańskim. Pastorami zostali: Jakub Hegge, Ambroży Hitfeld, Maciej Binnewald, Jakub Müller i Paweł Grünewald.

Postanowiono raz na zawsze rozprawić się z zakonami, domagano się ich natychmiastowego rozwiązania jako wylęgarni pasożytów. Klasztory miały zostać zamienione na szkoły i szpitale. Rozzuchwaleni gdańszczanie zaczęli plądrować swoje świątynie, usuwano z nich boczne ołtarze i wynoszono srebra kościelne. Zagrabione monstrancje i kielichy, zgodnie z rozporządzeniem, przekazywano wybranym przedstawicielom Rady. Zamierzano również wyrzucić z miasta, w ramach oczyszczania stajni Augiasza, wszystkich cudzołożników i cudzołożnice, w końcu jednak odstąpiono od tego pomysłu, być może w nadziei, że teraz, gdy zwyciężyła prawdziwa nauka Chrystusowa, nawet najbardziej zatwardziali grzesznicy się nawrócą.

Patrycjuszowska Rada na próżno starała się powściągać najbardziej rewolucyjne nastroje. Odsunięci od rzeczywistej władzy przedstawiciele magistratu nie wahali się występować potajemnie przeciw swoim współobywatelom; co i rusz słali do króla rozpaczliwe listy z prośbą o interwencję. Na próżno. 22 stycznia 1525 roku wybuchły nowe zamieszki. Zapoczątkowały je wydarzenia w Kościele Mariackim – wchodzącemu na ambonę Svenichenowi zastąpił drogę czeladnik Berndt von Eyten wraz z grupą swoich zwolenników. Zdecydowanie odmówili mu prawa do wygłoszenia kazania. Rada odważnie ujęła się za franciszkaninem, a nawet poleciła uwięzić śmiałka, który spowodował zamieszanie.

Okazało się, że nie było to trafne posunięcie. Jeszcze tego samego dnia po południu, po wysłuchaniu kaznodziei Jakuba Schwarza, tłumy pod wodzą bosmana Jana Schultza skierowały się w stronę Ratusza Głównego Miasta. Wybuchło prawdziwe ludowe powstanie. Przestraszony patrycjat, przekonany, że nadchodzą jego ostatnie godziny, zamienił Długi Targ w rodzaj twierdzy. Przy pomocy łańcuchów i usypanych barykad zatarasowano wszystkie wyloty ulicy. Otoczeni przez rozwścieczone tłumy bogacze, choć dysponowali bronią i pachołkami, byli w znakomitej mniejszości i dobrze zdawali sobie sprawę, że stoją na straconej pozycji. Nie mogli liczyć na odsiecz ze strony króla, wciąż zajętego sprawami Zakonu Krzyżackiego, a wiedzieli, że z dnia na dzień ich sytuacja będzie się pogarszać.

Obawiano się, że długi opór spowoduje krwawą zemstę. Podjęto rozmowy, które rankiem 24 stycznia 1525 roku doprowadziły do kapitulacji patrycjatu. Jego przedstawiciele musieli uznać i potwierdzić pieczęcią to, czego żądała tzw. partia ludowa. Zarządzono likwidację wielkich spółek handlowych rujnujących drobnych kupców (dziś powiedzielibyśmy korporacji), zakazano uprawiania lichwy. Wysokość podatków miała być uzależniona od zamożności płatników. Ustalono, że urzędnicy miejscy będą wybierani przez całą ludność, podobnie jak proboszczowie. Przyjrzano się funkcjonowaniu sądów i rozbudowano system opieki nad ubogimi. Tłumy gdańszczan codziennie zbierały się na Długim Targu, wszyscy chcieli uczestniczyć w wydarzeniach, które – takie było przekonanie – zapoczątkują nową erę w dziejach miasta.

Widok Gdańska z 1573 roku, rycina Hogenberga
Widok Gdańska z 1573 roku, rycina Hogenberga
Fot. Zbiory BG PAN

25 stycznia 1525 roku po południu zapadła decyzja o powołaniu nowej Rady, jej skład był wynikiem kompromisu. Mieli w niej zasiadać przedstawiciele wszystkich liczących się sił w mieście. Na czele stanął Filip Bischof, który miał za sobą bogatą karierę urzędniczą (od 1506 roku był ławnikiem, potem w 1512 roku został rajcą, aby w 1517 roku otrzymać godność burmistrza; mimo zmieniającej się koniunktury pozostawał nim przez następnych osiemnaście lat, aż do śmierci w 1535 roku). Obok niego burmistrzami zostali Jerzy Zimmerman, Cordt von Süchten (był nim do 1538 roku) i Jan Wendland (tylko on w tym gronie nie piastował dotąd żadnych miejskich urzędów). W Radzie znaleźli się również wspomniany już Reinhold Feldstete, Ulrich Hupser (Huxer, rajca od 1502 roku), Dethard Brandt i Ewert Niederhof (rajca od 1520 roku i przyszły burmistrz Gdańska), sekretarzem miejskim został Jan Nimptsch (jeden z „kolegium 48”). Burmistrz Bischof i sekretarz Nimptsch cieszyli się sporą popularnością wśród ubogich warstw, gdyż przez lata uporczywie walczyli z Eberhardem Ferberem. 27 stycznia 1525 roku wszyscy przedstawiciele Rady złożyli uroczystą przysięgę na wierność Słowu Bożemu, królowi i miastu, w takiej właśnie kolejności. W tym czasie na Długim Targu pojawiła się wysoka drewniana szubienica i długi katowski miecz, symbole kary, jaka miała spotkać każdego, kto ośmieliliby się spiskować przeciwko nowym władzom.

Już w lutym z miasta wyruszyło poselstwo. Wiozło do króla dokument, informujący o wydarzeniach w Gdańsku. Wynikało z niego, że wszyscy na równi ponoszą odpowiedzialność za przemiany, jakie dokonały się w ostatnich miesiącach. Taki stan rzeczy miały uwiarygodnić podpisy członków tak starej, jak i nowej Rady. Sądzono, że przekona to króla do przedstawionych racji. W końcu – jak wykładano – opowiedzieli się za nimi wszyscy mieszkańcy miasta. Nad Motławą słusznie obawiano się intryg Eberharda Ferbera, który przebywał na dworze Zygmunta Starego i był popularny wśród polskich i litewskich możnowładców. Nowa Rada wydała kilka istotnych dla najuboższych mieszkańców rozporządzeń – ogłoszono wolność połowu ryb i ptaków, a także zniesiono karę śmierci za kradzież. Część zasobów broni zgromadzonych w ratuszu wydano pospólstwu, co zaniepokoiło nie tylko bogatych mieszczan, ale też średniozamożnych kupców, a nawet rzemieślników. Obawiano się przyszłości – w jaką stronę ruszy rewolucja, komu w następnej kolejności biedacy dobiorą się do skóry?

Zadowolona z siebie nowa władza zdawała się nie dostrzegać zagrożenia. Dumna ze swoich dokonań postanowiła wysłać przedstawiciela do Wittenbergi. Jej wybrańcem został Jan Bonholt, wspomniany proboszcz, teraz już luterański, należący do grona tzw. umiarkowanych. Miał przekazać list Rady na ręce Marcina Lutra. Ten ucieszył się z sukcesów reformacji w Gdańsku, ale był jednak mocno zaniepokojony sposobem, w jaki wprowadzono niektóre zmiany. Jego zdaniem, czyniono to zbyt radykalnie. Dał temu wyraz w liście z 5 maja 1525 roku, w którym wyraźnie zaznaczył, że na władzach miejskich ciąży odpowiedzialność za to, aby nikt nie ucierpiał podczas przejmowania katolickich świątyń. Usuwanie obrazów i ołtarzy z kościołów przez tłum uważał za absolutnie niedopuszczalne. Odcinał się od tych, którzy zamierzali, walcząc z Kościołem Katolickim, wywołać rewolucję społeczną i wywrócić dotychczasowy świat do góry nogami. Daleki był od tego, by wspierać takie poczynania. Protestanci – jego zdaniem – powinni być postrzegani wszędzie jako solidni i lojalni obywatele, nie zaś wichrzyciele lub buntownicy. Wiedział, że od poparcia ze strony możnych zależało zwycięstwo reform.

Zamożni gdańszczanie, których reprezentował wywodzący się z patrycjatu Bonholt, mieli nadzieję, że Luter wyśle do Gdańska głosiciela Słowa Bożego, „nie fanatycznego i burzliwego ducha, lecz o łagodnym i spokojnym charakterze”, który zdoła pohamować zapędy najbardziej radykalnych miejscowych kaznodziei. Zabiegano o osobę Jana Bugenhagena, wybitnego językoznawcy i współtwórcy pierwszego przekładu Biblii na język niemiecki, jednego z najbliższych współpracowników Lutra. Niestety, okazało się to wówczas niemożliwe. Zamiast niego 1 kwietnia 1525 roku (dość niefortunnie, bo był to dzień powszechnie uważany za dzień urodzin Judasza) do Gdańska przybyli inni znani wychowankowie Wittenbergi: teolog Michał Meurer, przyszły archiprezbiter i głosiciel słowa Bożego na Mazurach oraz Arnold Warwick. Ich kazania oraz poczynania Rady przyniosły pewien pozytywny skutek, bowiem od czerwca 1525 roku tłumy przestały gromadzić się na Długim Targu. Ten obyczaj wiecowania budził zrozumiały niepokój, zwłaszcza tych, którzy mieli tu swoje kamienice.

 

Królewska wola

Kiedy 10 kwietnia 1525 roku na krakowskim Rynku ostatni mistrz Zakonu Najświętszej Panny Marii Domu Niemieckiego i siostrzeniec króla polskiego Albrecht von Hohenzollern-Ansbach składał hołd, oddając podległe mu państwo – przekształcone w świeckie i luterański księstwo – w opiekę Rzeczpospolitej, Zygmunt Stary mógł w spokoju przystąpić do rozwiązania kwestii gdańskiej. Miał teraz wolne ręce i wiedział, że Gdańsk nie może liczyć na wsparcie znaczących sił zewnętrznych. Król, choć długo zwlekał z podjęciem działań, to gdy już do nich przystąpił był nieugięty. Sygnały, które zaczęły docierać nad Motławę, były jednoznaczne. 24 kwietnia 1525 roku władca nakazał zwrócić burmistrzowi Ferberowi i jego rodzinie wszystkie odebrane im urzędy i dobra, a także wypłacić odszkodowanie w wysokości 12 tysięcy złotych węgierskich. Niedługo potem, 8 maja 1525 roku, kategorycznie wyraził swoje żądania wobec władz Gdańska: „Rozkazujemy wam, pod grozą najwyższej naszej niełaski, abyście natychmiast przywrócili świętą katolicką religię do takiego poszanowania i porządku, jak przekazali wam wasi przodkowie i według której jesteście poddanymi we wszystkim. Wszystko, co zmieniono, zburzono, usunięto i zniszczono należy przywrócić, zachować w kościele św. Sakrament, dozwolić mnichom i mniszkom powrócić do klasztorów, których jesteśmy patronami, tych zaś, którzy zajęli klasztory, wygnać z nich”. Kiedy pismo królewskie doręczono nowej Radzie, doszło w niej do podziału; część gotowa była natychmiast skapitulować, okazać skruchę i w pokorze oczekiwać łaski, pozostali zaś sądzili, że mimo wszystko warto pokusić się o przedstawienie Zygmuntowi własnych racji i przekonaniu go do reform. Zachętą dla nich był fakt, że władca, choć zaprzysięgły katolik, zaakceptował, i to publicznie, przejście Albrechta Hohenzollerna na luteranizm.

W lipcu 1525 roku do Krakowa wyruszyło poselstwo z burmistrzem Jerzym Zimmermanem na czele. Gdańszczanie zostali przyjęci wrogo, a nawet na pewien czas – zapewne dla postrachu - uwięzieni. Nie było to powitanie, na jakie liczyli. Król wezwał przed swój trybunał osoby jego zdaniem odpowiedzialne za wydarzenia w mieście: kaznodziejów Jakuba Hegge i Jana Franka (Franckena) oraz osoby świeckie: bosmana Jana Schultza, browarników Jana Netacka i Wawrzyńca Bolhagena oraz straganiarza Joachima Neumana, którzy w razie niestawienia się mieli zostać uznani za banitów. Magistrat zrozumiał, że władca nie zamierza ustąpić, w mieście narastał niepokój, a przywódcy nowej Rady przestali sobie ufać. Obawiające się zdrady tłumy pospólstwa jeszcze raz wyległy na ulice w listopadzie 1525 roku. Widząc to, bogate mieszczaństwo chyłkiem zaczęło opuszczać miasto. Sytuacja nie wyglądała dobrze. Tym razem Rada zdecydowała się, mimo sprzeciwu radykałów Schultza i Netacka, szukać porozumienia z królem, nawet kosztem znacznych ustępstw. W liście z 4 grudnia skierowanym do wojewody malborskiego, Jerzego Bażyńskiego, zapewniono, że władze w mieście podporządkują się woli władcy i przywrócą stary porządek.

Mimo tego, 15 grudnia 1525 roku kancelaria królewska wystosowała kolejne, niezwykle surowe pismo przeciw buntownikom z Gdańska. Być może oba pisma minęły się w drodze, jednak efekt, jaki wywołało to drugie, był piorunujący. Twarde słowa króla wzbudziły przerażenie, zdecydowano się na kilka kroków, które miały go przekonać o szczerości poprawy. Natychmiast przywrócono w Kościele Mariackim mszę łacińską, a w styczniu 1526 roku usunięto z miasta Heggego i Franka. Do króla wyruszyło kolejne poselstwo, tym razem na czele stanął  burmistrz Filip Bischof, niechętny wobec pospólstwa i społecznych reform. Był nie tyle rzecznikiem nowej Rady, co patrycjatu. Wkrótce po opuszczeniu miasta nawiązał kontakty z członkami starej Rady, którzy zbiegli z miasta, ale również – 11 stycznia 1526 roku – spotkał się w Piotrkowie Trybunalskim z przedstawicielami hierarchii kościelnej, między innymi niezwykle wpływowym Piotrem Tomickim, w jednej osobie podkanclerzym koronnym, biskupem krakowskim, kolektorem danin papieskich oraz nuncjuszem apostolskim.

14 stycznia 1526 roku Bischof został przyjęty na audiencji przez króla i niemal od razu odstąpił od udzielonej mu przez Radę instrukcji. Zamiast próbować uzasadnić przewrót nadużyciami członków dawnych elit, błagał władcę o jak najszybsze przybycie do Gdańska i zrobienie porządku, choćby siłą. Zygmunt Stary postanowił przychylić się do jego prośby i poinformował, że osobiście odwiedzi prowincję. Tę właśnie wiadomość przywieźli posłowie do miasta. Blady strach padł na Prusy Królewskie. Radykałowie słusznie obawiali się wizyty króla. Podczas nocnych narad w pobliżu Wielkiego Młyna gorączkowo zastanawiali się, co czynić dalej. Część z nich, jeszcze w przeddzień uroczystego wjazdu władcy, usiłowała wywołać powstanie. W nocy z 15 na 16 kwietnia kilkadziesiąt osób chwyciło za broń, lecz grupa ta bez większego trudu została rozbita przez miejskich pachołków. Pozostali zaufali słowom Bischofa i polskich feudałów, którzy zapewniali, że nikomu w mieście nie grozi niebezpieczeństwo. Uspokoiło ich również łaskawe przyjęcie ze strony monarchy, jakiego doświadczyli na początku kwietnia w Malborku. Wśród posłów z Gdańska znaleźli się wówczas także przywódcy radykalnego stronnictwa: Jan Schultz, złotnik Jan Brunskorn, Joachim Neuman, Wawrzyniec Bolhagen. Król zapewnił ich obłudnie, że nikogo nie zamierza karać. Polecił im wrócić do domu i uspokoić tłumy.

17 kwietnia 1526 roku, około godziny ósmej rano, Zygmunt wjechał do miasta konno na czele 3 tysięcy żołnierzy (w niektórych źródłach podaje się, że aż 8 tysięcy), towarzyszyło mu wielu dostojników. Król zatrzymał się w Ratuszu Głównego Miasta i pozostał w Gdańsku przez trzy miesiące (aż do 23 lipca), starając się w tym czasie twardą ręką przywrócić dawne porządki. Miał zamiar raz na zawsze wyplenić luteranizm i skłonność do zachowań buntowniczych. Przywrócił starą Radę Miejską. 21 kwietnia 1526 roku przed Dwór Artusa zostały wezwane wszystkie cechy i gildie, wszczęto surowe śledztwo, a gdy przestraszeni aktywni uczestnicy niedawnych wydarzeń zaczęli opuszczać pośpiesznie miasto, zamknięto bramy. Nikt bez specjalnego zezwolenia nie mógł wyjechać z Gdańsk. 3 maja przed oblicze króla zostali wezwani członkowie starej i nowej Rady, wszystkich przesłuchiwano. W wyniku oskarżeń, głównie ze strony patrycjuszy, uwięziono „powstańczego” burmistrza Jana Wendlanda, sekretarza miejskiego Jana Nimptscha i trzech członków nowej Rady, a także kilkanaście osób spoza niej. Podczas kolejnych dni śledztwa mnożyły się aresztowania, blady strach padł na wszystkich mieszkańców. Często ludzie doprowadzani przed sąd jako świadkowie, zasiadali na miejscach dla oskarżonych. Wydano wiele wyroków skazujących. Kilkunastu przywódców rebelii zostało ściętych publicznie na Długim Targu 13 czerwca i 19 lipca 1526 roku. W tej grupie znaleźli się: Jan Wendland, Piotr Koenig, Jan Schultz, Joachim Netack, Jan Brunskorn, Wawrzyniec Bolhagen. Część z nich uczestniczyła w ostatnim poselstwie do króla w Malborku i była przez niego osobiście zapewniana o bezpieczeństwie. Skazani na karę śmierci czterej protestanccy kaznodzieje, wysłani pod strażą do Malborka, dzięki wstawiennictwu księcia Albrechta Hohenzollerna, który nie wahał prosić o ich życie na klęczkach, zostali uwolnieni. Musieli jedynie, podobnie jak Jan Bonholt, niezwłocznie opuścić Prusy Królewskie.

Tymczasem kancelaria królewska ogłosiła kolejne postanowienia. Zwolennicy reformacji mieli opuścić miasto w ciągu czternastu dni, a sprzyjający nowej religii księża w ciągu dwudziestu czterech godzin. Pod karą śmierci zakazano niszczenia sprzętów kościelnych. Kara banicji lub konfiskaty dóbr groziła za kolportowanie heretyckich książek. 18 czerwca 1526 roku powołana została przez króla nowa Rada i Ława, w której znaleźli swoje miejsca – co było do przewidzenia – reprezentanci najbogatszych w mieście rodzin. Złożyła ona wiernopoddańczy hołd na Długim Targu. 1 lipca 1526 roku rozpoczęły się procesy około dwustu (!) duchownych i zakonników, których oskarżono o złamanie ślubów czystości. Groziły im kary kościelne, a nawet banicja. Przywrócono nabożeństwa łacińskie. 25 lipca 1526 roku (już po wyjeździe króla) w Kościele Najświętszej Marii Panny triumfalnie, przy głównym ołtarzu, odprawiono uroczystą mszę, miała być ona symbolem powrotu katolicyzmu do miasta. Równocześnie restytuowano katolicyzm w całych Prusach Królewskich, a tym, którzy zamierzaliby go w przyszłości porzucić, zagrożono śmiercią.

Tak spektakularne stłumienie luteranizmu w Gdańsku miało uratować dobre imię polskiego władcy w oczach papieża i cesarza, którzy mieli mu za złe, że zgodził się – wbrew ich protestom – otoczyć opieką jako swego lennika Albrechta Hohenzollerna, władającego pierwszym w Europie krajem, w którym protestantyzm był religią państwową. Odznaczony w 1525 roku przez papieża Klemensa VII tytułem „Defensor Fidei” (Obrońca wiary) Zygmunt Stary wykazał się więc hipokryzją – z jednej strony przyjmował hołd z protestanckich Prus Książęcych, z drugiej niezwykle surowo ukarał luteran w Gdańsku. Można przypuszczać, że w ten właśnie sposób starzejący się władca chciał ostrzec resztę swoich poddanych przed wprowadzaniem jakichkolwiek zmian bez uzyskania jego wcześniejszej aprobaty. Ponieważ uważał, że stary system, choć ułomny, wystarczająco dobrze stabilizuje sprawdzony ład społeczny, doprowadził do jego restytucji. 20 lipca 1526 roku Zygmunt ogłosił statuty, stanowiące podstawę ustroju miasta. Utwierdzały one władzę patrycjatu i rozszerzały kompetencje królewskiego burgrabiego w mieście. Król z pewnością uważał, że postawił na swoim.

 

W ukryciu

Jednak, co udało się przeprowadzić na papierze i pod presją wojska, tylko w części zostało zaakceptowane przez gdańszczan. Byli oni szczerze przekonani  do słuszności nauk Marcina Lutra i nie zamierzali tak łatwo się ich wyrzec. Kościół Katolicki umarł w mieście przed kilku laty i na tym etapie żadna siła nie była w stanie go wskrzesić. Wierni gremialnie przestali uczestniczyć w łacińskich nabożeństwach. Świątynie wyludniły się, a ludzie szukali miejsc, gdzie w dalszym ciągu głoszono chrześcijaństwo w nowy, bardziej odpowiadający im sposób. Także pozostający w mieście zastępcy „widmowych” proboszczów (zazwyczaj byli to kanonicy warmińscy, którzy tak samo rzadko jak wcześniej odwiedzali swoje parafie) w znakomitej większości popierali luteranizm. Tak więc, choć najwyższe urzędy objęli ludzie silnie związani z dworem: wspomniany wielokrotnie Filip Bischof, Jan von Werden, Konstanty Ferber (bankier króla polskiego i księcia Albrechta oraz syn znienawidzonego Eberharda), to ich pozycja nie gwarantowała królowi, że  sytuacja w Gdańsku została w pełni opanowana. Reformacja rozwijała się wbrew wszelkim zakazom, jej siłą był szczery, bezpośredni przekaz, prostota i fakt, że w zasadzie nic nie stanowiło dla niej inspirującej alternatywy. Jej zwolenników do wytrwałości zachęcał przykład zza miedzy: dawne państwo krzyżackie, gdzie religia luterańska miała się znakomicie.

Wierzono powszechnie, że wkrótce los się odwróci i będzie można jawnie usankcjonować zmiany, które tak czy owak zachodziły w mieście za cichym przyzwoleniem wszystkich mieszkańców. Sama Rada Miejska starała się przypodobać tłumom, miejskie parafie obsadzano księżmi wyraźnie sympatyzującymi z protestantyzmem, nikt nie pociągał ich do odpowiedzialności, gdy naruszali dozwolone granice. Postępowano jednak bardzo ostrożnie i choć luteranizm rozwijał się całkiem swobodnie, nie chwalono się tym na zewnątrz. Dobrze pamiętano, że za jawne przyznawanie się do niego w dalszym ciągu groziły represje. W 1529 roku wprowadzono do Kościoła Mariackiego nabożeństwa luterańskie, jednak jeszcze przez wiele lat odprawiano je przy bocznym ołtarzu św. Mikołaja, katolikom pozostawiając ołtarz główny.

Marcin Luter utrzymywał z Gdańskiem ścisły kontakt, mimo że miasto oficjalnie było wciąż katolickie, a on obłożony był ekskomuniką. 20 grudnia 1532 roku napisał list do Rady Miasta („dobrych przyjaciół”), tylko po to, aby ująć się za ubogą wdową Else Mülmans, która miała problemy z uzyskaniem praw do majątku po swoim mężu Andreasie Bühe i zmarłych dzieciach Magdalenie i Hansie. Z tonu tego listu można wnosić, że Luter traktował rajców przynajmniej jako swoich sympatyków.

W tym czasie niezwykle aktywnym propagatorem jego poglądów w mieście był Pankracy Klemme, kolejny eksdominikanin (urodzony około 1475 roku w Hirschbergu – Jelenia Góra). Ponieważ dobrze znał Kościół i jego słabe strony, obnażał je bezkompromisowo podczas swoich kazań.  Był wybitnym mówcą i niezwykle prawym człowiekiem. W 1539 roku Klemme odwiedził Marcina Lutra, a kiedy wrócił z podróży pełen nowych sił, z zapałem przystąpił do kolejnej ofensywy. Nie tyle chodziło mu o obalenie starego porządku religijnego, co o prawdziwe nawrócenie wiernych i szczerze wierzył, że tym właśnie się zajmuje. Jego kazań słuchały tysiące gdańszczan. Kiedy w 1544 roku wieści o tym dotarły na dwór Zygmunta Starego, król wysłał do miasta komisarzy, którzy mieli zbadać sytuację, a także wzmocnić raz już wyrażone, i to jakże dobitnie, stanowisko królewskie dotyczące kwestii wyznania. Byli oni zaskoczeni postawą gdańskich mieszczan, kiedy 16 maja 1544 roku ich delegacja zwróciła się wprost z żądaniem, aby udzielano w mieście komunii pod dwiema postaciami.

Komisarze szybko zorientowali się, kto jest głównym wyrazicielem nowego ruchu. Wezwano Klemmego i zaczęto badać jego prawowierność. Nie trudno było stwierdzić, że pozostawia ona wiele do życzenia. Kaznodzieja, mając być może na uwadze los swoich poprzedników, zdecydował się ukorzyć i uzyskał przebaczenie. Czasy wyraźnie się zmieniły i chyba w Krakowie coraz lepiej zdawano sobie sprawę z faktu, że rozwoju protestantyzmu w Prusach Królewskich nic nie zatrzyma. Chociaż Rada Pruska, najwyższa władza w prowincji, do śmierci króla w 1548 roku zapewniała go o swojej nadzwyczajnej lojalności i przywiązaniu do katolicyzmu, rzeczywistość była zupełnie inna. Pankracy Klemme oficjalnie uczcił nad Motławą zgon Marcina Lutra (18 lutego 1546 roku), wygłaszając płomienne kazanie. Polecił też bić w dzwony, czemu nikt się nie sprzeciwiał. Kiedy zmarł on sam, a stało się to w tym samym roku, pochowano go w miejscu symbolicznym, bo pod amboną Kościoła Najświętszej Panny Marii. Uczyniono to w dowód zasług, a także po to, by wskazać potomnym, dzięki jakiemu talentowi porywał ludzi.

 

Zwycięstwo i jego pokłosie

Obraz Vredemana de Vries, zatytułowany „Alegoria grzechu i zbawienia”, pod koniec XVI wieku znalazł się w ołtarzu głównym w kościele Bożego Ciała. Był to pierwszy w Gdańsku ołtarz o tak zdecydowanie luterańskim charakterze. Teologiczna interpretacja obrazu ma wyraźnie luterańską, a jednocześnie antykatolicką wymowę.
Obraz Vredemana de Vries, zatytułowany „Alegoria grzechu i zbawienia”, pod koniec XVI wieku znalazł się w ołtarzu głównym w kościele Bożego Ciała. Był to pierwszy w Gdańsku ołtarz o tak zdecydowanie luterańskim charakterze. Teologiczna interpretacja obrazu ma wyraźnie luterańską, a jednocześnie antykatolicką wymowę.
Fot. Archiw. Millenium Media

Prawdziwe wyjście z cienia protestantyzmu odbyło się niemal nazajutrz po wstąpieniu na tron – w 1548 roku – nowego króla, Zygmunta II Augusta, z którym powszechnie wiązano wielkie nadzieje. Wiedziano, że władca wyraźnie sprzyja  reformacji i utrzymuje na dworze dwóch protestanckich kaznodziejów. Mówiło się nawet, że zamierza odejść od Watykanu i utworzyć w swoim państwie kościół narodowy. W istocie, podczas jego panowania obóz protestancki w kraju rósł w siłę, a nowa nauka bez przeszkód docierała do kolejnych prowincji i miast. Zainteresowani byli nią już nie tylko mieszczanie, lecz również szlachta. Jej zwolennikami stali się nawet magnaci i osoby z najbliższego otoczenia władcy.

Luteranie starali się wykorzystać ten sprzyjający klimat. Największe miasta pruskie (Gdańsk, Toruń, Elbląg) wspólnie starały się o przyznanie przywilejów, zezwalających na swobodne wyznawanie nowej nauki. Droga do tego nie była jednak łatwa, król był co prawda tolerancyjny, ale mało zdecydowany. By skłonić go do czegokolwiek należało trafić na właściwy moment i skorzystać z okazji. 30 grudnia 1556 roku kanclerz wielki koronny i sekretarz królewski Jan Ocieski wyjaśnił posłom pruskim, że Zygmunt August, choć im życzliwy, nie zamierza obecnie obdarzać protestantów jakimikolwiek przywilejami, ponieważ zależy mu na dobrych stosunkach z papieżem i innymi władcami katolickimi. Równocześnie kanclerz przekonywał, że mimo nacisków katolickiego kleru, a zwłaszcza biskupa warmińskiego Stanisława Hozjusza, król nie zrezygnuje ze swojej polityki tolerancji i będzie nadal otaczał protestantów opieką. Ta deklaracja, choć cenna, niczego jednak nie gwarantowała. Zwłaszcza, że katolicyzm w Polsce znalazł swojego zagorzałego obrońcę, który pochwalał wszelkie dostępne środki w walce z heretykami.

Był nim właśnie biskup Hozjusz, z pochodzenia Niemiec, przyszły kardynał i liczący się kandydat do papieskiej tiary podczas konklawe w 1565 roku. Zapamiętany został jako człowiekiem o mocnym temperamencie i znany z niezwykle kontrowersyjnych wypowiedzi. Uparcie starał się o ponowne nawrócenie na katolicyzm wiernych, którzy ośmielili się go porzucić, a zwłaszcza mieszkańców leżącego w jego diecezji Elbląga. Nazywał ich po prostu „kozłami”, dla duchownych pozostawiając inny epitet: „słudzy szatana”. Głosił powszechnie, że w ciągu trzech miesięcy – gdyby to tylko od niego zależało – zdołałby wyplenić z Prus Królewskich „błędną naukę”. Odpowiedzieli mu dwaj wojewodowie: malborski – Achacy Camra i pomorski – Fabian Cema, obaj zdeklarowani luteranie. Przypomnieli biskupowi, że reformacja istnieje na Pomorzu od trzydziestu lat i fakt, że obecnie posiada tak wielu zwolenników, dowodzi jej popularności. Przekonywali, że ich powót do katolicyzmu, o ile w ogóle możliwy, wymagałby przede wszystkim radykalnych reform w samym Kościele.

Dopiero przygotowania, a następnie wyjazd biskupa Hozjusza na Sobór Trydencki stworzyły protestantom z Prus Królewskich niepowtarzalną szansę na uzyskanie wymarzonych swobód wyznaniowych. Do wydania odpowiednich przywilejów doszło dzięki staraniom kilku osób zainteresowanych powodzeniem całego przedsięwzięcia. W gronie tym znaleźli się wspomniany już Achacy Camra, książę Albrecht Hohenzollern oraz potężny wojewoda wileński, Mikołaj Radziwiłł Czarny. Posłużono się najprostszym i najskuteczniejszym sposobem – przekupstwem. W 1557 roku Zygmunt August otrzymał kuszącą propozycję. Najwierniejsi z wiernych gdańszczanie poinformowali króla, że zebrali na potrzeby nowej wojny w Inflantach kwotę 30 tysięcy guldenów reńskich; są również przygotowani, aby udzielić mu pożyczki w wysokości kolejnych 70 tysięcy. Jednocześnie niedwuznacznie dano do zrozumienia, że mieszczanie – zdając sobie sprawę ze skali obecnych wydatków – byliby gotowi poszukać dodatkowych rezerw finansowych, gdyby tolerancyjny władca zechciał okazać łaskawość swoim miastom: Gdańskowi, Toruniowi, Elblągowi i obdarzył je (podobnie jak arcykatolicki cesarz Ferdynand I Habsburg obdarzył protestancki Wrocław) przywilejami zapewniającymi im swobody religijne. Negocjacje prowadzono w najgłębszej tajemnicy, korespondencja krążyła między stronami w tempie, jak na ówczesne czasy, ekspresowym. Wiadomo, że Gdańsk zapłacił 100 tysięcy florenów, kwoty – być może nieco skromniejsze – musiały wnieść również pozostałe dwa miasta.

Zygmunt August dotrzymał danego słowa. 25 marca 1557 roku  Toruń, 4 kwietnia 1557 Gdańsk, a 22 grudnia 1558 roku Elbląg obdarzone zostały królewskimi przywilejami. Odtąd oficjalnie można było w tych miastach prowadzić nabożeństwa protestanckie oraz udzielać komunii pod dwiema postaciami. Ustalenia, choć nie gwarantowały pełnej wolności religijnej i miały obwiązywać jedynie przez określony czas – do zebrania następnego sejmu lub  zwołania soboru narodowego, który mógł je zmienić lub podtrzymać – wprowadziły zasadniczą zmianę i okazały się trwałe. Zasada, że raz przyznane prawo trudno odebrać, w tym wypadku potwierdziła się w całej rozciągłości. Wkrótce po wydaniu królewskich przywilejów protestantyzm stał się dominującym wyznaniem nie tylko w Gdańsku, ale również w większości miast Prus Królewskich. Ponieważ ewolucja form kultu postępowała – choć nieoficjalnie – od wielu lat, tym razem zmiany wprowadzano stopniowo i na daleko mniejszą niż pierwotnie zamyślano skalę, np. tylko częściowo i nie wszędzie usunięto ze świątyń ołtarze i obrazy. Zaakceptowano fakt, że w Kościele Mariackim, głównej świątyni w mieście, zgodnie z wolą króla wciąż będą rezydować katoliccy proboszczowie, a nabożeństwa katolickie z protestanckimi będą odprawiane na zmianę. Utrzymała się również w Gdańsku część klasztorów: dominikanie, karmelici oraz brygidki, jednak liczba zakonników stale i to w sposób dramatyczny się zmniejszała. W 1555 roku w klasztorze przy kościele Św. Trójcy pozostało już tylko pięciu franciszkanów (w tym prawdopodobnie dwóch Polaków). Wówczas gwardian zakonu, o. Jan Rollaw, zdecydował się przekazać cały zespół klasztorny wraz z kościołem Radzie Miasta. Trzy lata później powstało tu słynne luterańskie Gdańskie Gimnazjum Akademickie.

O podobne przywileje religijne, jakie uzyskały trzy główne miasta prowincji, zaczęły się niebawem ubiegać mniejsze ośrodki. Otrzymywały je w zasadzie bez przeszkód, oczywiście z wyjątkiem tych, które należały do biskupów warmińskiego i chełmińskiego. Swój majątek oraz przywileje utrzymały stare klasztory cystersów w Oliwie i Pelplinie, cysterek w Żarnowcu, norbertanek w Żukowie i kartuzów w Kartuzach. Także szlachta pruska, zgodnie z postanowieniami sejmu w 1555 roku, mogła teraz swobodnie przechodzić na luteranizm, w związku z czym parafie ewangelickie zaczęły powstawać także we wsiach pomorskich, przy majątkach. Dotyczyło to również wiosek położonych na terenie posiadłości ziemskich miasta Gdańska: Koszwały (Gottswalde – 1548), Leszkowy (Letzkau – 1556) oraz  Drewnica (Schönbaum – 1562). Przyjmuje się, że w latach 1560-1580 znaczna część ludności Prus Królewskich opowiedziała się zdecydowanie po stronie reformacji. Był to, jak można przypuszczać, szczytowy moment jej rozwoju na tych terenach.

Ruch reformacyjny, dość niejednorodny, od samego początku miał tendencje do ulegania podziałom i wchodzenia we wzajemne spory. Dwa jego główne nurty -  luteranizm i kalwinizm, już niebawem przystąpiły do walki o przewagę nad rywalem. Ponieważ przywilej Zygmunta Augusta w żadnym miejscu nie precyzował, do kogo powinna ona należeć w Gdańsku, dawało to władzom szerokie pole manewru. Zdecydowaną większość w nich stanowili luteranie, zwolennicy wyznania augsburskiego, opracowanego przez Filipa Melanchtona i ogłoszonego na sejmie Rzeszy 25 czerwca 1530 roku. Mimo to, Rada Miejska przez pewien czas starała się zbytnio nie akcentować tego faktu. Do czasu. Choć bowiem oficjalnie zakwestionowała niektóre postanowienia „formuły zgody”  jako zbyt luterańskie, to w 1567 roku wyraźnie zaleciła wszystkim miejskim pastorom, aby jednoznacznie odcięli się od tego, co głosili Jan Kalwin oraz Huldrych Zwingli, i aby udzielając komunii stosowali się do ustaleń augsburskich. Także na arenie ogólnopolskiej postępowanie gdańszczan bywało niejednoznaczne, bo choć 14 kwietnia 1570 roku ich posłowie zaaprobowali postanowienia „ugody sandomierskiej”, starającej się pojednać wszystkie główne nurty protestantyzmu działające na terenie Rzeczpospolitej, to już w 1573 roku oficjalnie oprotestowali konfederację warszawską, ponieważ dawała te same prawa luteranom i wyznawcom nauk Kalwina.

Tymczasem w samym Gdańsku liczba kalwinistów stale wzrastała. Nauka ta stawała się w tym czasie popularna nie tylko wśród szlachty, ale też w kręgach zamożnego mieszczaństwa, które również w jakiejś części mogło już legitymować się przyznanym mu herbem. W tym gronie znalazło się przynajmniej kilku wpływowych obywateli miasta. To oni, decydując w ramach Rady o obsadzie poszczególnych parafii, sprawili, że  kościoły Św. Trójcy, św. Bartłomieja, św. Piotra i Pawła oraz św. Elżbiety praktycznie trafiły w ręce tych, którzy określali siebie mianem reformowanych, wierzyli w predestynację i uważali, że powodzenie w interesach i generalnie w życiu dowodzi jasno, że Bóg nam sprzyja.

Kolejne lata spokoju sprawiły, że wyznania protestanckie okrzepły na dobre w Gdańsku i Prusach Królewskich. Protestantyzm zdecydowanie zwyciężył we wszystkich wielkich miastach, tam w rękach katolików pozostało niewiele kościołów, we wsiach jednak, biorąc pod uwagę liczbę posiadanych parafii, przewagę w dalszym ciągu posiadali katolicy. Kaszubi z Prus Królewskich zdecydowanie opowiedzieli się po stronie starej wiary. W 1572 roku, podczas bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta, luteranie ostatecznie przejęli Kościół Najświętszej Marii Panny i na dobre usunęli z niego nabożeństwa łacińskie. Wtedy też po raz pierwszy oficjalnie celebrowali mszę przy głównym ołtarzu. Stefan Batory – po przegranym konflikcie z miastem – musiał zaakceptować wszystkie religijne przywileje, jakie nadał jego poprzednik, a także przyjąć do wiadomości i potwierdzić fakt, że dominującym wyznaniem w Gdańsku będzie właśnie luteranizm.

Protestantyzm znalazł się w odwrocie dopiero wtedy, gdy na tronie zasiadł Zygmunt III Waza. Kiedy zaraz po przybyciu do swego nowego królestwa zapragnął uczestniczyć w nabożeństwie, zdziwił się, że gdańszczanie odmówili mu do tego prawa w Kościele Mariackim. Stało się więc tak, że przybysz ze Szwecji 7 października 1587 roku zaprzysięgał „Pacta conventa” w cysterskim kościele w Oliwie. Ale 11 stycznia 1588 oku potwierdził przywileje religijne Gdańska.

 

Waldemar i Nataniel Borzestowscy

 

Wykorzystano m.in.:

Bogucka Maria, „Walki społeczne  w Gdańsku w XVI w.”, w: „ Szkice z dziejów Pomorza”, pod red. G. Labudy, t. 1, Warszawa 1958;

Czapliński Władysław, „Problem Gdańska w czasach Rzeczpospolitej szlacheckiej”, „Przegląd Historyczny”, t. 43, 1952;

Dworzaczkowa Jolanta, „O genezie i skutkach rewolty gdańskiej 1525/1526”, „Roczniki Historyczne”, t. 28, 1962;

Tazbir Janusz, „Świt i zmierzch polskiej reformacji”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1956;

Tokarczyk Andrzej, „Marcin Luter”, Warszawa 1985.

 

Pierwodruk: „30 Dni” 5/2011

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia