Oblężenie Gdańska w roku 1734 (2)

Szkic historyczny cz. 2 (fragmenty)

A
A
Ostatnia aktualizacja: 18 listopada 2016 r.

Owa walka dnia 27 maja, ów dzień upamiętniony męczeńskim poświęceniem bohaterskiego Plelo, stanowią epokę w dziejach oblężenia ciężko dotkniętego miasta. Francuzi, sparzeni niefortunną próbą na okopy moskiewskie, przeprawili się znów na lewy brzeg Wisły i zajęli swój dawny obóz na Westerplatte. Nie tracący i teraz jeszcze ducha markiz de Monti wysilał odtąd całą swą pomysłowość na sprowadzenie swych ziomków do miasta rzeką. Nadaremno jednakże. Do wykonania podobnie śmiałego przedsięwzięcia przeszkadzał pierworodny grzech wyprawy, jej liczebna niemoc. 2000 ludzi było za mało, aby wstępnym bojem przełamać oblężniczy pierścień moskiewski i dostać się do miasta; było za wiele, aby ujść uwagi nadbrzeżnych posterunków, ognia szańców moskiewskich i przedostać się do Gdańska ukradkiem, jak się to udawało jeszcze rybackim łodziom i pojedynczym ochotnikom pomimo belek i łańcuchów, za pomocą których Moskale tamowali komunikację na Wiśle. Nie przeszkadzało to wywiązaniu się bardzo cierpkiej korespondencji między Montim a de la Mottem. Pierwszy żądał pod każdym warunkiem ponownej próby przełamania linii moskiewskich i groził de la Motte'owi ciężką odpowiedzialnością w razie, gdyby się znów pokusił czasem wracać do Kopenhagi. De la Motte natomiast nasyłał króla Stanisława propozycjami, aby się schronił na okręty francuskie i wrócił do Francji a przedstawiał powtórny atak na armię oblężniczą, jako rzecz czystego niepodobieństwa. (…)

Dnia 12 czerwca zaczęły się strażnicy ustanowionej na wieży weichselmundzkiej ukazywać z dala, z ponad morskiego horyzontu białe żagle. Liczba ich wzrastała z każdą chwilą, widok ich wywołał początkowo wielką radość tak w twierdzy, jak w samym Gdańsku, ponieważ wyobraźnia oblężonych nie mogła przypuścić, aby to nie miała być flota francuska. Kilka godzin niestety starczyło, aby złudzenie to rozchwiać. Nie była to na nieszczęście flota francuska, ale flota moskiewska pod dowództwem admirała Gordona, składająca się z czternastu okrętów liniowych, ośmiu fregat i kilku mniejszych statków wojennych, przywożąca nadto armii oblężniczej działa i amunicję, która się już poczęła wyczerpywać. (…)

15 czerwca, zaczęła flota moskiewska, początkowo bez wielkiej szkody, rzucać bomby do obozu francuskiego. Ogień ten stawał się coraz silniejszym, zaczął dolegać Francuzom. De la Motte odpowiedział na to posypaniem baterii wzdłuż piaszczystego brzegu, rozpoczął ogień na flotę moskiewską, wskutek czego ją dnia 19 czerwca zmusił do milczenia. Pomimo, że 500 bomb i 800 kul działowych rzucono do obozu francuskiego, nie były ani szkody w nim zrządzone, ani straty w ludziach znaczne. Ostatnia wynosiła w rannych i zabitych przez cały czas ten zaledwie dwudziestu kilku ludzi. Piętrzyły się jednakże istnie z dnia na dzień nowe niebezpieczeństwa około oblężonego miasta. Bezczynni dotychczas, rozłożeni za przedmieściem Langfuhr Sasi poczęli teraz również uczestniczyć w robotach oblężniczych, ściskać z jednej strony coraz szczelniej obóz francuski, z drugiej ostrzeliwać na lewym brzegu Wisły położoną Westschantze i utwierdzenia na Górze Gradowej. Główna uwaga naczelnego dowództwa armii oblężniczej zwróciła się odtąd ku obozowi francuskiemu. (…)  Licząc niespełna 2000 ludzi, bez dachu i dostatecznej, żywności, uwięzieni dokoła w posypanych i utwierdzonych przez nieprzyjaciela szańcach, znaleźli się w najrozpaczliwszym położeniu. Feldmarszałek Münnich korzystając zeń, wyprawił dnia 16 czerwca do de la Motte'a trębacza z wezwaniem złożenia broni. Francuski dowódca, jakkolwiek skłonny może do kapitulacji, jakkolwiek uznający smutną jej konieczność, obawiał się przecież odpowiedzialności wobec króla swego, więcej może jeszcze wobec groźnego i energicznego Montego. Złożył tedy radę wojenną, wskutek której zapadła uchwała wyprawić do Gdańska dwóch oficerów francuskich z zapytaniem króla Stanisława i markiza de Monti o dalsze rozkazy. Feldmarszałek Münnich był zbyt pewnym ostatecznego zwycięstwa, aby się nie zgodzić na to skromne dla skrupułów francuskiego dowództwa ustępstwo.

Dnia 20 czerwca zakomunikował de la Motte'owi swą zgodę na jego żądanie a dnia następnego udało się do Gdańska wskroś saskich i rosyjskich posterunków dwóch oficerów francuskich, by Stanisławowi i znajdującemu się przy jego boku Montemu, w żywych barwach przedstawić rozpaczliwy stan obozu francuskiego. Posłuchanie miało miejsce u Stanisława w obecności Montego. Charaktery jednego i drugiego odsłoniły się przy tej sposobności z właściwej sobie strony. Stanisław odpowiadał łzami tylko na przedstawienia przysłanych przez de la Motte'a oficerów, Monti nalegał ciągle jeszcze, aby Francuzi przedarli się jakim bądź sposobem do miasta a pod żadnym warunkiem nie składali broni. Na ten raz istotnie jednakże nie pozostawało nic lepszego do roboty, jak ulec nieuniknionej konieczności. Obrona była niepodobną; Francuzi blokowani ze strony morskiej przez całą flotę rosyjską, ze strony lądowej zamknięci nieprzyjacielskimi okopami, byli wskazani na śmierć głodową. Dnia 23 czerwca nastąpiło to, czego odwrócić w żaden sposób nie było można. Rano dnia tego wyjechało z obozu francuskiego trzech oficerów, podpułkownik Terri, kapitan de la Luzerne i kapitan Cornico, poprzedzeni trębaczem, ku okopom saskim. Wyszedł naprzeciw nich saski podpułkownik Pflug i zaprowadził ich do domku na tak zwanej Heubude, gdzie się znaleźli: książę Adolf Weissenfelski w towarzystwie znanego faworyta Augusta III, hr. Aleksandra Sułkowskiego, feldmarszałek Münnich, generał Lascy, wreszcie, jako pośredniczący od niejakiego czasu między feldmarszałkiem rosyjskim a zagrożonym miastem agent elektora saskiego polski, Antoni Poniński, marszałek zawiązanej za Augustem konfederacji. W domku tym na Heubudzie przyszła do skutku podpisana między feldmarszałkiem Münnichem, księciem Adolfem Weissenfelskim a brygadierem de la Motte kapitulacja, mocą której Francuzi mieli z wszelkimi honorami wojskowymi opuścić obóz, złożyć następnie broń i oddać się w niewolę. Wieczorem tego samego dnia nastąpił smutny akt wykonania kapitulacji. Liczba wziętych do niewoli Francuzów dochodziła zaledwie 2000 ludzi. Nadzieja, że im będzie wolno bezzwłocznie powrócić do Francji, chybiła. (…)

Katastrofa spotykająca obóz francuski pociągnęła za sobą, jak inaczej być nie mogło, w nieuniknionym następstwie upadek klucza obrony gdańskiej, twierdzy weichselmündzkiej. Z lewego brzegu Wisły, po wzięciu Westschantze ściskali ją i ostrzeliwali przez rzekę Sasi, z prawego Rosjanie. Załoga składała się z przeszło 400 ludzi, w pewnej części Szwedów; na żywności i amunicji nie zbywało; obaj dowódcy, czy to szwedzki pułkownik Stackelberg, czy miejski kapitan Fatzer, byli ludźmi dzielnego charakteru i nie myśleli z początku kapitulować. Bombardowanie robiło przecież coraz większe szkody, zniszczyło wieżę i pewną część zasobów amunicyjnych. Po przecięciu komunikacji z morzem i miastem zaczęło zbywać na żywności; co zaś najgorsza, wkradła się między załogę istna zaraza niedyscypliny i dezercja, zwłaszcza, odkąd Francuzi kapitulowali a wszelka nadzieja francuskiej odsieczy znikła. (…) Wśród tak krytycznych okoliczności stawił się w twierdzy z polecenia księcia Adolfa Weissenfelskiego saski podpułkownik Rechenberg z wezwaniem do poddania. Plackommendant Patzer nie chciał rozumieć gróźb feldmarszałka Munnicha, wysłał do Gdańska oficerów z zapytaniem, co ma czynić. Podobno, przynajmniej, jak sam przez całe życie twierdził, dostał w skutek tego zapytania od rady i magistratu ciche upoważnienie do zawarcia kapitulacji, ale i bez takiego upoważnienia nie pozostawiało rozpaczliwe położenie rzeczy naczelnikom twierdzy żadnego wyboru.

Dnia 24 czerwca podpisano między pułkownikiem Stackelbergiem i kapitanem Patzerem z jednej, między feldmarszałkiem Munnichem i księciem Adolfem Weissenfelskim z drugiej strony kapitulację, mocą której twierdza weichselmundzka została oddana Sasom. Załoga, opuściwszy warownie z bronią w ręku i dwoma działami, miała złożyć przysięgę na wierność Augustowi III, jako królowi polskiemu i udać się wszędzie, gdzie jej się podoba, byle tylko nie do Gdańska. Zbyteczną naturalnie powiadać byłoby rzeczą, że dwie te kapitulacje, obozu francuskiego i weichselmündzka rozstrzygały los samego Gdańska, choć ostatnie chwile jego konającej obrony przedstawiają pełne ciekawości szczegóły i objawy.  (…) Jako smutny więc i bolesny objaw należy przede wszystkim zapisać, że kiedy król Stanisław, tak walecznie, tak ofiarnie i bohatersko broniony przez obcych, pozostając w otoczeniu licznej bardzo, bezczynnej kolonii polskiej w Gdańsku, w obozie obu armii oblężniczych nie przestają się do ostatniej chwili kręcić polscy agenci sprawy antynarodowej, istni kusiciele i wyzyskiwacze upadku ducha, jaki się pośród obcych obrońców sprawy Stanisławowej wkradać począł. Do rzędu takich należeli: Krzysztof Szembek biskup kujawski, Hozyusz biskup poznański, Aleksander hr. Sułkowski generał w służbie saskiej, Antoni Poniński marszałek konfederacji Augustowskiej, Czapski wojewoda pomorski. O niższych figurach nie mówimy. Zgoda i jedność podobnych żywiołów rozstroju, wierne ich trwanie wraz z całym narodem przy wybrańcu jego woli, byłoby może wyjednało zwycięstwo narodowej sprawie. Jeżeli skończyła się klęską, przypisać to tylko nie lepszemu od późniejszego targowickiego odstępstwu stronników Sasa i jego sprzymierzeńców. Wśród srożącego się z nieustającą gwałtownością bombardowania, wśród strasznego głodu poczynającego trapić i dziesiątkować ludność przedmieściową; wśród pokus i nagabywań odstępnych i występnych Polaków w chwilach, kiedy nawet nieustraszony dotąd Monti począł po raz pierwszy oddawać się czarnym przeczuciom i przeniósł się z mieszkania swego zwykłego na rynku, wraz ze Stanisławem do domu kupca Mackiena, na tak zwanym Langgartenie. (…)

Ostatnie dni czerwca zapisują stan zbliżającej się katastrofy. Nie można się dziwić, jeżeli magistrat, jeżeli rada miasta Gdańska, pomimo wszelkiej wytrwałości, pomimo wszelkiego nawet zapału dla sprawy i osoby Stanisława, zaczęli myśleć o ocaleniu powierzonej swym rządom społeczności od ostatecznej zagłady (…).

Dnia 24 czerwca zapadła uchwała: wejść w porozumienie z królem Stanisławem i jego przyboczną radą co do rozpoczęcia układów kapitulacyjnych z feldmarszałkiem Münnichem. Konferencja odbyta między deputacją miejską a Stanisławem, Montim, Załuskim biskupem płockim, Przebendowskim wojewodą malborskim, Czartoryskim podkanclerzym litewskim, odznaczała się ze strony miejskiej przede wszystkim wielkim szacunkiem dla osoby Stanisława. Bez wyraźnego porozumienia z nim, nie chcieli gdańszczanie niczego przedsiębrać. Król Stanisław zachował się podczas tej konferencji z pewną biernością; otoczenie jego chciało jeszcze układy kapitulacyjne przewlekać, liczyło widocznie na jakieś nadzwyczajności, których spodziewać się było czystym już teraz tylko urojeniem. Po niejakiej wymianie zdań, oświadczyła rada miejska, że za pośrednictwem księcia Adolfa Weissenfelskiego, pruskiego rezydenta Brandta i saskiego ministra Bulowa, postara się u feldmarszałka Münnicha o zawieszenie broni w celu podjęcia układów kapitulacyjnych. Münnich zgodził się na przyjęcie deputacji miejskiej i przysłał jej paszporty wolnego przejazdu do głównej kwatery na przedmieściu Ohra, ale propozycję zawieszenia broni odrzucił a bomby nie przestały ani na chwilę niszczyć miasta.

Na dniu 27-ym czerwca postanowił magistrat wyprawić do głównej kwatery moskiewskiej deputację, składającą się z radców miejskich: Jana Wahla, Natanaela Ferbera, sekretarzy Kleina i Jantzena z propozycją uznania Augusta III jako króla polskiego, zatwierdzenia wszelkich praw i przywilejów miasta Gdańska, nadto wolnego odjazdu króla Stanisława wraz z towarzyszącymi mu Polakami, wreszcie swobodnego wymarszu pułków koronnych polskich. Deputacja stanęła w obozie moskiewskim około południa. Münnich zgadzał się na zawieszenie broni tylko pod warunkiem, jeżeli mu fortyfikacje zewnętrzne i jedna z bram miejskich będą oddane; żądał nadto wydania markiza de Monti, króla Stanisława i znajdujących się przy jego boku panów polskich. Deputacja miejska odrzuciła te warunki ze względu na osobę króla Stanisława i wróciła do miasta wśród huku i świstu bomb, wzlatujących nad jej głowami.

Moment był istotnie strasznej krytyczności, piękny wieczór 27 czerwca pełen smutku i zaniepokojenia dla miasta. Prawdziwie to tragiczne zawikłanie rozwiązuje w tych samych niemal godzinach postanowieniem swym poczciwy król Stanisław, postanowieniem, na jakie się mógł zdobyć, licującym dziwnie z całą jego przeszłością, usposobieniem i temperamentem. Zagrożony niewolą lub wydaniem, postanowił król Stanisław w najgłębszej tajemnicy przed całym swym otoczeniem, w porozumieniu jedynie tylko z markizem de Monti i nieodstępnym od swego boku towarzyszem, szwedzkim generałem Steinflychtem, wydobyć się z Gdańska, schronić się ucieczką na pobliskie, neutralne terytorium pruskie. Zapadający zmrok dnia 27 czerwca był przeznaczony na wykonanie smutnego przedsięwzięcia. Dom kupca Mackie na Langgartenie, w południowo-wschodniej części miasta, zajmowany przez posła francuskiego i Stanisława, przylegał do okopów strzeżonych tylko przez żołnierzy miejskich, znanych, nawiasowo powiedziawszy, z imienia i nazwiska.

Za okopami rozciągał się na całej przestrzeni aż do Wisły ogromny, płytki zalew, którego nieprzyjaciel, nie chcąc rozpraszać do zbytku swych sił, należycie stróżować nie mógł. Ucieczka tą stroną przedstawiała jeszcze stosunkowo największe widoki powodzenia.

Stanisław, Monti i Steinflycht zgodzili się na nią. Późnym wieczorem 27 czerwca znaleźli się w mieszkaniu Monti’ego, który króla przebrał na pospolitego człowieka, zaopatrzył w odpowiednie przybranej roli obuwie i znaczną, nieodpowiednią jej sumę pieniędzy. Napisawszy pożegnalny, dziękczynny list do miasta Gdańska, napisawszy drugi podobny do panów polskich, opuścił Stanisław tylnymi schodami mieszkanie posła francuskiego i poszedł ku okopom. Trzymający tu straż miejski podoficer poznał go widocznie, salutował i przepuścił.

Ucieczka Stanisława Leszczyńskiego z oblężonego Gdańska; rycina Daniela Chodowieckiego
Ucieczka Stanisława Leszczyńskiego z oblężonego Gdańska; rycina Daniela Chodowieckiego
Fot. Zbiory BG PAN

Nad ranem dostał się król wraz ze Steinflychtem do nędznej chaty, na której strych się schował a przez otwór w dachu patrolującym w pobliżu Kozakom  przypatrywał. A tymczasem grzmiały od strony Gdańska ciągłe działa i wznosiły się czarne dymy coraz to nowych pożarów! Pod wieczór udało się królowi dostać przewoźnika, który go znów po długiej błąkaninie przewiózł do wsi Käsmarku nad Wisłą. Tutaj zszedł się znów ze Steinflychtem. Nie wdając się w szczegóły tej romantycznej ucieczki, jako nie należące już do dziejów   oblężenia gdańskiego, powiemy tylko tyle, że po przebyciu wielu   niesłychanych niebezpieczeństw i trudów, Stanisław wraz ze  swym towarzyszem dostali się nareszcie dnia 3-go lipca do Kwidzyny, na neutralne terytorium pruskie, skąd znów dalej przeniósł się na dłuższy pobyt do Królewca.

Ucieczka ta znalazła swoją różową legendę, swoich powieściopisarzy; malarz Chodowiecki odtworzył swym znakomitym pędzlem jeden z jej najcharakterystyczniejszych ustępów; przedstawił Stanisława w ubiorze żuławskiego wieśniaka wsiadającego do łodzi, która go ma przewieźć na przeciwległy, bezpieczny brzeg rzeki. Co do nas, wyznajemy szczerze, nie możemy się entuzjazmować ani dla tego czynu, ani dla jego bohatera, jakkolwiek sprawa, którą przedstawiał, jest sprawą naszą. Ależ właśnie dlatego, że ją reprezentował, powinien był stanąć na wysokości jej majestatu, pozostawić własnym przykładem wznioślejszy dziejom i pamięci narodowej testament. Niestety, bohaterem obrony gdańskiej pozostanie po wieczne czasy, nie król, który w przebraniu wieśniaczym bombardowany i tryskający płomieniami Gdańsk pokryjomu opuścił, ale ów Plelo, który nie za swoją sprawę, wśród białego dnia, wolał z odsłonioną piersią polec.

Wróćmy teraz do opuszczonego przez Stanisława, bombardowanego ciągle Gdańska. Wiadomość o ucieczce króla rozeszła się dopiero po południu dnia następnego. Około 4-ej została oficjalnie zakomunikowaną radzie i magistratowi, stąd doszła do głównej kwatery moskiewskiej w Ohra. Feldmarszałek Münnich, który głównie na połów Stanisława liczył, który myślał zeń uczynić ozdobę swego tryumfalnego rydwanu, nie posiadał się z gniewu, nakazał niesłychanie surowe traktowanie wszystkich znajdujących się w niewoli gdańskich jeńców, pisał groźne i szorstkie listy do magistratu, domagał się surowego śledztwa i uwięzienia wszystkich osób wplątanych w sprawę królewskiej ucieczki, porozsyłał na wszystkie strony patrole kozackie, aby zgubę gdziekolwiek bądź odszukać.

Magistrat gdański tymczasem i rada, spełniwszy święcie swój obowiązek z narażeniem własnym, aż do ocalenia osobistego swego królewskiego gościa, znieśli z pewnym stoicyzmem objawy gniewu feldmarszałka rosyjskiego i przystąpili na serio do układów kapitulacyjnych. (…)

Jak wiadomo przebywali od początku oblężenia w murach bombardowanego, płonącego miasta, księstwo kurlandzcy, on stary Ferdynand Kettler, mający cztery lata później w tychże samych murach gościnnych długi żywot zakończyć; ona, młoda jeszcze, zalotna, spokrewniona z oblegającym miasto księciem Adolfem Weissenfelskim. Do niej tedy udał się magistrat gdański w swych kłopotach i utrapieniach a księżna nie wymówiła się od podjęcia żądanej usługi.

Wieczorem, dnia 30 czerwca, wybrała się księżna kurlandzka wśród okazałych, uwagę powszechną zwracających pozorów z miasta do obozu księcia Adolfa Weissenfelskiego pod Langfuhr. Księżna wsiadła do karety, za nią postępowała z wolna świta, jadąca w siedmiu towarzyszących jej powozach.

Bombardowanie ustało na chwilę, gdy kawalkada wyjeżdżała do obozu saskiego. Natomiast ozwały się zewsząd wyrzekania i rozpaczliwe głosy gdańskiego pospólstwa, które nie znając celu wycieczki księżnej kurlandzkiej, było przekonane, że po wyjeździe jej wszelkie zgrozy nieprzyjacielskiej mściwości rozwścieklą się nad miastem. Obawa ta nie była istotnie tak płonną, jakby się zdawać mogło.

Rozdrażniony ucieczką Stanisława feldmarszałek Münnich, postanowił naprawdę, w razie gdyby kapitulacja miasta w przeciągu 48 godzin nie nastąpiła, podwoić środki i rozmiary bombardowania. (…) Interwencja księżnej kurlandzkiej okazała się skuteczną; „dobosz” wysłany od magistratu z listem do feldmarszałka Munnicha przyniósł jak najbardziej formalne zaręczenie, że miasto gotowe ofiarowaną kapitulację przyjąć.

W nocy z dnia 30 czerwca na 1 lipca ustało bombardowanie a miasto wyprawiło deputatów swych: Wahla, Ferbera i sekretarza Kleina do obozu moskiewskiego pod Ohrą, w celu ułożenia warunków kapitulacji. W pierwszym rzędzie ze strony nieprzyjacielskiej figurowało żądanie, aby miasto wykryło winnych ucieczki Stanisławowej i zarządziło w tym celu surowe śledztwo, następnie, aby wydało prymasa Potockiego i posła francuskiego markiza de Monti. Obaj, dowiedziawszy się o tym żądaniu feldmarszałka Münnicha, uprzedzili sami przykry akt, jakiego spełnienie nałożono miastu.

Dnia 1-go lipca wyjechał prymas poszóstną karetą w otoczeniu swych przybocznych dragonów i stawił się w obozie moskiewskim pod Ohrą. Feldmarszałek Münnich dodał mu straż 150 dragonów moskiewskich i kazał go odprowadzić później do Torunia, gdzie w luźnym areszcie aż do zawartego w r. 1735 pokoju pozostawał. Dumny i energiczny, jak zawsze Monti, ogłosiwszy silny protest przeciw pretensji nieprzyjaciela, aby był uważanym za jeńca wojennego, udał się dla oszczędzenia kłopotu nieszczęsnemu miastu, dnia 3 lipca, również sam do obozu moskiewskiego i oddał się pod rozporządzenia feldmarszałka Münnicha, który go podobnie do Torunia odstawić kazał, gdzie byt trzymany w ścisłej i surowej klauzurze. Za przykładem prymasa i Monti'ego poszli wszyscy inni, obecni jeszcze w Gdańsku panowie polscy: podkanclerzy litewski Czartoryski, regimentarz Poniatowski, marszałek nadworny Bieliński, podskarbi Ossoliński, biskup płocki Załuski, nie wyliczając innych.

Było ich za wielu, zajmowali zbyt wysokie i wpływowe stanowiska, aby w zamian uznania elektora saskiego królem polskim, nie mieli byli od niego uzyskać skwapliwego rozgrzeszenia swej dotychczasowej opozycji. Najoporniejszy stosunkowo pośród załogi miejskiej żywioł przedstawiały dwa pułki koronne dragonów Stanisławowych. Nie chciały w żaden sposób poddać się kapitułacji, złożyć broni przed Moskalami, uznać się ich jeńcami wojennymi. Nie chcieli się ruszać z miasta; przychodziło między żołnierzami a oficerami do gwałtownych scen. Żołnierze rzucali się na swych przełożonych, chcieli obracać armaty na kapitulujące miasto. Major pewien, zagrożony przez jednego ze swych podkomendnych, położył go wystrzałem z pistoletu trupem. Mimo to wszystko było położenie zniszczonego, odciętego od wszelkiej komunikacji z zewnętrznym światem miasta zbyt rozpaczliwym, aby los jego mógł liczyć na jakąkolwiek korzystniejszą odmianę a rozpoczęte układy kapitulacyjne postępowały niepowstrzymanym biegiem i doprowadziły do następnego, ostatecznego rezultatu. Gdy Sasi w dwustu ludzi zajmowali ze strony przedmieścia Neugarten Oliwską Bramę, gdy Sasi i Moskale dzielili się jeńcami polskimi a osadzonych w osobnych obozach za miastem otaczali silnymi strażami, podpisywali pełnomocnicy miasta z jednej strony, feldmarszałek Münnich i książę Adolf Weissenfelski z drugiej strony, dnia 7 lipca objętą 21 artykułami kapitulację. Najważniejsze warunki kapitulacji były następujące: Gdańsk zobowiązał się uznać królem polskim Augusta III i wykonać mu przysięgę wierności. Oba polskie pułki koronne i wszyscy znajdujący się w służbie gdańskiej cudzoziemcy stawali się jeńcami moskiewskimi, było im jednakże wolno oswobodzić się z niewoli przyjęciem służby saskiej. Załoga miejska wracała bezzwłocznie po ustąpieniu obu pułków polskich w posiadanie szańców Winterschantze i Sommerschantze; twierdza Weichselmünde i Westschantze natomiast miały bez przeszkody komunikacji handlowej pozostać w posiadaniu załogi saskiej, co też trwało w istocie aż do dnia 22 maja 1736 roku. Miasto Gdańsk miało wysłać deputację do Petersburga z przeproszeniem carycy Anny. Twarde były warunki pieniężne, jakie kapitulacja z dnia 7-go lipca nakładała Gdańskowi. Nasamprzód miał w przeciągu roku, w trzech ratach, jako koszta wojenne wypłacić Moskwie milion talarów. Moskiewskiej generalicji, artylerii, korpusowi inżynierów miało miasto zapłacić 30,000 dukatów tak zwanego dzwonnego; drugi milion talarów wreszcie złożyć Moskwie, gdyby mu się nie powiodło dowieść niewinności w sprawie ucieczki króla Stanisława. Dodajmy zaraz przy tej sposobności, że śledztwo wyprowadzone w tej sprawie toczyło się ze wszelką ścisłością i surowością , że akta jego razem z zeznaniami licznych, przesłuchanych świadków, istnieją dotąd a że jako jedynie „winni” zostali wykryci dwaj „wolni strzelcy”, którzy króla przeprowadzili i włościanin Seidler, który królowi swej siermięgi odstąpił. Winni ci zniknęli; feldmarszałek Münnich zażądał od miasta rewersu, że ich wyda, skoro się pokażą; rada miejska oświadczyła jednakże pod dniem 20 sierpnia 1734, iż się nie poczuwa do obowiązku wystawienia podobnego rewersu i ocaliła w ten sposób swój zagrożony honor. (…)

W uzupełnieniu dodać by jeszcze należało, że w kilka dni po opuszczeniu miasta przez pułki koronne polskie i oddziały cudzoziemskie, że po złożeniu broni przez załogę i obsadzeniu Bramy Oliwskiej i szańców zewnętrznych razem z twierdzą weichselmundzką przez Sasów i Moskali, odbyła się w mieście samym, na tej samej widowni, która przez cały rok przeszło świeciła tak pomnikowymi dowodami poświęcenia i ofiarności dla sprawy Stanisława, jaskrawa zmiana dekoracji.

Dnia 11-go lipca nastąpiło wśród salw działowych, wśród bicia w bębny i dźwięku trąb w kościele farnym uroczyste nabożeństwo z odśpiewaniem „Te Deum” na cześć szczęśliwie dokonanej elekcji króla Augusta III. Przyjechali na to nabożeństwo do Gdańska, witani u bram przez majora Lunzberga i generała Viettinghoffa książę Adolf Weissenfelski w otoczeniu dragonów i huzarów, feldmarszałek Münnich z eskortą 12 Kozaków i 12 Kałmuków, których niezwykły widok ściągał tłumy zaciekawionego pospólstwa. W kilka dni po odprawieniu tego dziękczynnego nabożeństwa, wśród miasta przepełnionego rannymi, pozbawianego chwilowo rąk potrzebnych do pracy, zwłaszcza rzemieślniczej, sterczącego ruiną, noszącego na sobie w wielu miejscach ślady pożogi, nastąpiła dnia 19 lipca inna uroczystość.

Przed kilku miesiącami zajeżdżał w mury gdańskie zacny, poczciwy, podbijający sobie wszystkich serca król Stanisław. Teraz zmiana dekoracji i pod tym względem.

Wieczorem dnia 19 lipca zajechał do klasztoru oliwskiego, witany uroczyście przez miejscowych Cystersów, przyjmowany łukami tryumfalnymi z woniejących kwiatów ów król pięknej postawy, zimnego temperamentu i serca, zakłopotanego wzięcia i języka, – August III. Wyjechali naprzeciw niego książę Adolf Weissenfelski i feldmarszałek Münnich, urządzili mu mieszkanie w klasztornych komnatach, otoczyli strażą 100 grenadierów.

Po odbyciu parady nad wojskami saskimi i moskiewskim, przyjął August III deputację miejską dnia 25 lipca w Oliwie, wysłuchał w otoczeniu senatorów, pod czerwonym baldachimem mowy submisyjnej syndyka miejskiego Rosenberga i oświadczył miastu przez usta biskupa krakowskiego Lipskiego, powrót swej łaski. Świetna uczta w Oliwie pod gołym niebem zakończyła ten akt. Z wyjątkiem jedynego starosty mereckiego Sapiehy, który bez złożenia przysięgi na wierność odjechał, asystowali mu wszyscy najgorliwsi co dopiero stronnicy Stanisława: biskup płocki Załuski, marszałek nadworny Bieliński, podskarbi koronny Ossoliński i wielu innych. (…)

Pozostałoby nam teraz jeszcze pod koniec naszego opowiadania zamieścić kilka dat ze statystyki oblężenia, wymownych swą treścią, stanowiących najlepszą miarę przecierpianych przez miasto szkód, kłopotów i udręczeń. Od czasu przybycia generała Lascy trwało oblężenie 145, bombardowanie 62 dni. Wrzucono do miasta 4430 bomb, które zniszczyły w mniej lub więcej szkodliwy sposób 1800 domów, zabiły lub raniły 1500 mieszkańców, nie mających udziału w obronie. Bombardowanie oszczędzało niby to publiczne gmachy, mimo to uderzyło wiele bomb w arsenał miejski i farny kościół Panny Maryi. Ogólna, pieniężna strata miasta wskutek oblężenia i przez kontrybucję wojenną wynosiła blisko dwa miliony talarów. (…)

***

(…) Ów drugi wybór Leszczyńskiego, owo oblężenie Gdańska w r. 1734, są w dziejopisarstwie naszym dotychczasowym epizodycznie traktowanymi wypadkami, z których dziejowego i politycznego znaczenia nikt sobie nie zdał należycie sprawy. Tymczasem jest to według nas fakt kulminacyjny, około którego w ciągu przeszłego stulecia rozegrały się fatalnie losy dwóch mocarstw europejskich, Francji i Polski.

Bohaterski Plelo miał słuszność, pisząc do Ludwika XV i do kardynała Fleury,   „że w Gdańsku i w Polsce rozgrywa się kwestia przewagi francuskiej na kontynencie europejskim, że najświetniejsze zwycięstwa jej nad Renem i u podnóża Alp, nie są w stanie zrównoważyć klęski, jaką dla niej stanowić będzie upadek Gdańska i sprawy Stanisławowej w Polsce”. Wszelkie późniejsze usiłowania Francji, czy to za panowania Augusta III, czy za konfederacji barskiej około utrzymania, czy odzyskania wpływu na widowni polskiej, nie miały już znaczenia po chybionej próbie gdańskiej z r. 1734. Klęska tego roku prowadziła prostą drogą do drugiej, straszniejszej, roku 1772. Ani Ludwik XV, ani Fleury nie stanęli na wysokości swego zadania, nie rozumieli interesu Francji. Zamiast z Gdańska i z Polski uczynić główną widownię swej akcji, zamiast tamże rozwinąć odpowiednie ważności sprawy siły, bawili się w czcze obietnice i nędzne demonstracje, poświęcając męczeńsko-bohaterską osobistość, jaką był Plelo...

Dla Polski była to również ostatnia sposobność za pomocą energicznego wysiłku wszystkich zasobów narodowych wywalczyć sobie niezależne stanowisko. Mniejsza o osobę Leszczyńskiego. Leszczyński nie był tu zwyczajnym kandydatem korony, nie był zwyczajnym pretendentem kłócącym się o tron z drugim, ale był ideą, był sztandarem sprawy, około którego skupić się należało. Ówczesna Polska nie zrozumiała ani siebie, ani nie pojęła Leszczyńskiego w podobnym znaczeniu. Jedni oświadczyli się wręcz przeciw niemu, odstępcy dobrej sprawy; drudzy, stronnicy, nie umieją go czy nie chcą bronić. Wiele wrzawy i kurzawy, czasem sporadycznej rycerskości połysk, w gruncie rzeczy obojętność i omdlenie. Istne to społeczeństwo karłów niezdolne udźwignąć miecza i zbroi dzielniejszych przodków. Nie rozumiejąc, nie korzystając z ostatniej tej sposobności, steruje Polska również nieubłaganie ku nieszczęsnej przystani roku 1772. Komu się tu jedynie laur obywatelskiej i wojennej zasługi należy, to owemu dzielnemu, wiernemu Rzeczypospoliej aż do ostatniej godziny jej bytu miastu Gdańskowi. Wszystko, cośmy wyżej opowiedzieli, pozostanie żywym wiecznie, wspaniałym pomnikiem tej prawdy. (…)

Kazimierz Jarochowski

Przypomniane: „30 Dni” nr 1-2/2015

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia