Moje dwie konspiracje

Z profesor Joanną Muszkowską-Penson rozmawia Maria Mrozińska

A
A
Ostatnia aktualizacja: 30 maja 2017 r.
Joanna Muszkowska-Penson
Joanna Muszkowska-Penson
Fot. Grzegorz Mehring / Archiwum ECS

Maria Mrozińska: – Całe  zawodowe życie  w służbie chorym spędziła Pani w Gdańsku, stała się Pani poniekąd gdańszczanką.

Joanna Penson: – To prawda. Z Gdańskiem wiąże się nie tylko moja praca zawodowa, ale także życie prywatne, zresztą mocno związane z pracą. Tu zrodziły się prawdziwe wieloletnie przyjaźnie trwające do dzisiaj. Tu wreszcie  miały miejsce wydarzenia ważne nie tylko dla Polski, ale i dla świata, w które starałam się włączyć. Tak się składa, że była to moja druga konspiracja.

A teraz mam tu do spełnienia, ostatnią w moim długim życiu, ważną misję: bronić dobrego imienia Lecha Wałęsy, dzięki któremu ta walka, której przewodził, zaowocowała bezkrwawym zwycięstwem. Od 1980 roku byłam lekarką i tłumaczką Lecha Wałęsy, a dziś jest on moim szefem, ponieważ od 2006 roku pracuję jako wolontariuszka w jego gdańskim biurze. Nie angażowałam się w politykę, ale często towarzyszyłam mu w działalności publicznej i czuję się w obowiązku, właśnie jako gdańszczanka, głośno wołać o sprawiedliwość dla jego dokonań. Dla ludzi mojego pokolenia była to kontynuacja walki o niepodległość, którą  podejmowaliśmy w czasie okupacji.

Wydaje się, że dla ludzi Pani pokolenia niepodległość ma szczególne, niemal namacalne znaczenie, szczególny smak, wynikający z zachłyśnięcia się odzyskaną wolnością w międzywojennym dwudziestoleciu.

– Urodziłam się i cały wiek szkolny przeżyłam w wolnej Polsce. To był absolutnie niepowtarzalny, wspaniały okres, czas nieprawdopodobnego wprost entuzjazmu dla odradzającego się kraju. Patriotyzm był wtedy powszechnym, żywym, mocnym uczuciem. Uczyłam się w państwowym gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie, w tzw. „wzorówce” żeńskiej. Obok była „wzorówka” męska, gimnazjum Batorego. Były to wiodące szkoły państwowe w Warszawie. Naszymi nauczycielkami  były peowiaczki (członkinie Polskiej Organizacji Wojskowej) z okresu I wojny światowej. Miało to znaczenie później, po wybuchu II wojny. Maturę zdałam w maju 1939 roku, złożyłam podanie na studia na Uniwersytet Warszawski, a 1 września obudziły nas odgłosy wystrzałów dział przeciwlotniczych. Zaczęła się wojna.

– Co to oznaczało dla nastoletniej, patriotycznie ukształtowanej maturzystki?

– Oznaczało konieczność zaangażowania. Bardzo szybko z koleżankami zgłosiłyśmy się do naszych szkolnych nauczycielek. Szkołę trzeba było przekształcić w szpital. To ostudziło nasz pierwotny entuzjazm (wojna będzie krótka, pokonamy najeźdźców, wykażemy się bohaterstwem). Przygotowywałyśmy łóżka dla naszych braci, naszych chłopców, którzy poszli walczyć! Bardzo szybko uświadomiłyśmy sobie grozę wojny. Po klęsce ponownie zgłosiłyśmy się do naszych nauczycielek peowiaczek. Chciałyśmy coś robić, ale one odesłały nas do nauki. Powstały już wtedy komplety uniwersyteckie, okresowo zajęcia z medycyny odbywały się w moim rodzinnym domu.

Trwało to jednak krótko, bo w mieście działy się straszne rzeczy i chciałyśmy zaangażować się w konspiracyjny ruch oporu. Zostałyśmy zaprzysiężone w Związku Walki Zbrojnej. Naszą szefową była Maria Strońska, polonistka z naszej szkoły. Zaczęłam pracować jako łączniczka, przenosiłam wydawany w Warszawie podziemny „Biuletyn Informacyjny” zawierający głównie informacje pozyskane dzięki nasłuchowi BBC. Przenosiłam też korespondencję między szefami różnych komórek ZWZ. Trwało to około roku. Potem zostałam aresztowana przez gestapo i osadzona na żeńskim oddziale Pawiaka, tzw. Serbii.

W 1941 roku pierwszym zorganizowanym transportem zostałam wraz z koleżankami z konspiracji wywieziona do obozu w Ravensbrück. To był  transport specjalny, jak się później okazało. Na osobach z tego właśnie transportu były dokonywane operacje doświadczalne. I to było niejednokrotnie gorsze niż wyrok śmierci.

– Zapadały jakieś  sądowe wyroki? Byłyście przesłuchiwane?

– Tak, miałyśmy sprawy sądowe. Po przesłuchaniach dokumentację odsyłano  do rozpatrzenia w Berlinie. Procesy toczyły się, oczywiście, zaocznie i w niektórych przypadkach przychodziły wyroki śmierci. Przyjeżdżała kompania egzekucyjna i dokonywała rozstrzeliwań. Z dziesięciu dziewczyn, które wyjechały razem ze mną z Pawiaka, dwie zostały rozstrzelane, a jednej wyrok śmierci został zamieniony na operacje doświadczalne.

– Na czym one polegały? Można je ocenić z pozycji lekarza medycyny?

– To szczególnie smutne dla mnie jako lekarza, że przedstawiciel mojego zawodu mógł posuwać się do tak zbrodniczych działań. Operacje na moich obozowych koleżankach, które służyły mu jako króliki doświadczalne, przeprowadzał doktor Karl Gebhardt, profesor uniwersytetu berlińskiego. Usiłował znaleźć skuteczne metody leczenia urazów i chorób, na które narażeni byli żołnierze frontowi. Łamał więźniarkom nogi, nacinał ciało i pakował w rany specjalnie hodowane kolonie bakterii tężca, gronkowca i innych, między innymi wywołujących zgorzel gazową. Na uniwersytecie w Berlinie organizował posiedzenia lekarskie, na których prezentował wyniki tych doświadczeń. Część kobiet umierała zaraz po tych strasznych zabiegach, a inne zostawały kalekami na całe życie. W Gdańsku miałyśmy koleżankę, doktor Kuśmierczyk, ofiarę doświadczeń w Ravensbrück. Miała trudności z chodzeniem, rana wciąż się odnawiała, ropiała, nie pomagały żadne zabiegi lecznicze.

– Czy obserwacja skutków tych doświadczeń, zagrożenie poddania im, świadomość zaangażowania w nie wiedzy medycznej, raczej nie odstręczały niż skłaniały ku myśli o wyborze zawodu lekarza?

– Właśnie w Ravensbrück zrozumiałam, że jeżeli przeżyję, jest to jedyny zawód, który chcę wykonywać. Pod koniec wojny zachorowałam na tyfus plamisty. Warunki obozowe były straszne, powszechnie panujący brud, wszy roznoszące tę chorobę, na którą umierało bardzo wiele kobiet. Była wśród nas więźniarka z Lublina, świeżo upieczona lekarka, która chociaż nie dysponowała żadnymi lekami, starała się pomagać. Codziennie każdą chorą dokładnie badała, co miało niemałe znaczenie psychologiczne, stwarzało namiastkę medycyny. Raz na tydzień, w bloku, gdzie leżały chore na tyfus, pojawiał się niemiecki lekarz w randze oficera, który nie zajmował się leczeniem, tylko selekcją.  Palcem (na dłoniach miał białe rękawiczki) wskazywał te, które jego zdaniem nie rokowały wyzdrowienia i przydatności do pracy, miały więc zostać uśmiercone.

Byłam wtedy absolutnym muzułmaninem (tak  w obozach nazywano osoby bliskie śmierci), w trakcie tyfusu pojawiło się jeszcze powikłanie w postaci ciężkiej żółtaczki i z pewnością zostałabym wskazana tym białym, odzianym w rękawiczkę, palcem. I co się wtedy stało? Ta lekarka z moimi przyjaciółkami więźniarkami, które pełniły rolę pielęgniarek, ukryła mnie we własnym łóżku przed obchodem tego Niemca. Z siennika dziewczyny wygrzebały trochę słomy, włożyły mnie w tę lukę i przysłały równiutko łóżko. Nie było mnie.

Ta młoda lekarka ryzykowała życie. Bez wątpienia zostałaby rozstrzelana, gdyby mnie odkryto. Mogła się także zarazić od moich tyfusowych wszy.

Zrozumiałam wtedy, że jedyny zawód, którym można służyć ludziom nawet w najgorszych warunkach, to właśnie zawód lekarza.

– Kończy się wojna,  odnajdują się ci, którym udało się przeżyć, ludzie, szczególnie młodzi, chcą nadrobić stracony czas…

– Dla mnie oznaczało to: uczyć się, uczyć się… Kiedy zbliżał się front, Niemcy wyprowadzili nas z obozu w konwoju. To był pochód śmierci, wiele więźniarek nie przeżyło. Front posuwał się bardzo szybko, obozowi strażnicy byli przerażeni, udało nam się uciec. W gronie około dwudziestu przyjaciółek, byłych więźniarek, wracałam do Polski pieszo. Dopiero w Stargardzie Szczecińskim był pierwszy pociąg, zresztą towarowy. Nie wiedziałam, gdzie są rodzice, bo korespondencja i tak bardzo ograniczona, całkowicie się urwała, kiedy front przesunął się na ziemie polskie. Odnalazłam ich w Łodzi i już trzeciego dnia po powrocie wstąpiłam na  organizujący się wydział lekarski. Wykłady odbywały się w kinie, nie było sal uniwersyteckich. Siedziałam z przyjaciółką z obozu w tym kinie, słuchałyśmy wykładu i nie mogłyśmy uwierzyć we własne szczęście.

– Życie w zrujnowanym kraju, gdzie umacniała się władza ludowa, wcale nie było łatwe.

– Tak, brakowało wszystkiego, nawet chleb był na kartki, a działania nowej władzy dotknęły mojego ojca, co wpędziło rodzinę w finansowe tarapaty. Ojcu, który został dyrektorem wydawnictwa „Czytelnik” przez pewien czas udawało się prowadzić samodzielną politykę wydawniczą. Kiedy jednak narzucono mu, co i w jakiej postaci ma wydawać, zrezygnował ze stanowiska, a profesorska pensja na uniwersytecie, gdzie mógł pracować, nie wystarczała na potrzeby rodziny wygnańców z Warszawy. Ale to wszystko nieważne, jakoś przetrwaliśmy. Cudowne było, że działa uniwersytet i mogę się uczyć. Po czterech i pół roku skończyłam medycynę.

– Wtedy obowiązywały tzw. nakazy pracy. Czy miała Pani jakiś wpływ na wybór miejsca zatrudnienia?

– Nie. Dostałam skierowanie do Gdańska. Wyboru dokonano za mnie, ale dla mnie okazał się dobrym wyborem. W 1949 roku przyjechałam do Gdańska jako absolwentka, jeszcze bez dyplomu, i od razu poszłam do pracy, a do Łodzi jeździłam zdawać ostatnie egzaminy. W Polsce było wtedy siedem tysięcy lekarzy, tyle samo zginęło w czasie wojny. Skalę  ówczesnych potrzeb w medycynie można dostrzec, jeśli uświadomimy sobie, że dziś w naszym kraju jest ponad sto dwadzieścia tysięcy lekarzy, w tym około sześćdziesięciu procent specjalistów.

My, młodzi lekarze, z konieczności musieliśmy się zabierać do roboty, choć nie byliśmy dostatecznie przygotowani. Miałam szczęście, bo moim mistrzem był  profesor Jakub Penson, mój późniejszy mąż. Kiedy miałam problemy z leczeniem, czegoś nie wiedziałam, dzwoniłam do niego. Byliśmy bez reszty skoncentrowani na medycynie i na ogromnych zadaniach, które wtedy przed nami stały. Medycyna wymaga ciągłej nauki. Wiemy przecież, jakie ogromne postępy poczyniła od tamtych powojennych czasów. Pracowałam w klinice chorób nerek gdańskiej Akademii Medycznej, wciąż starałam się uzupełniać swoją wiedzę.

Joanna Muszkowska (z prawej) z ojcem i przyjaciółką z Ravensbrück Haliną Kamińską, Sopot 1952
Joanna Muszkowska (z prawej) z ojcem i przyjaciółką z Ravensbrück Haliną Kamińską, Sopot 1952
Fot. Archiwum Joanny Muszkowskiej-Penson

– W karierze zawodowej odnosiła Pani sukcesy: 1961roku doktorat, dziesięć lat później habilitacja, a następnie tytuł profesora nauk medycznych.

– Prawie nie dostrzegałam życia poza szpitalem.  Muszę przyznać, że do czasu „Solidarności” nie zajmowałam się żadnymi sprawami politycznymi, nie brałam udziału w życiu publicznym. Wydarzenia zewnętrzne docierały do mnie przez pryzmat przypadków medycznych, o których, oczywiście, wiedziałam. W Grudniu ’70 mieliśmy w szpitalu chłopca, postrzelonego w głowę pod płonącym budynkiem partii. Byli też inni ranni w wydarzeniach grudniowych. Dopiero sukces sierpniowego strajku i wspaniali ludzie zaangażowani w działalność opozycyjną otworzyli mnie na działalność społeczną.

– W jakich okolicznościach się poznaliście?

– Na początku 1980 roku wyrzucono mnie z Akademii Medycznej. Podjęłam pracę w Szpitalu Wojewódzkim przy ulicy Świerczewskiego (dziś Nowe Ogrody). Zostałam ordynatorem oddziału internistycznego. Szpital obejmował opieką medyczną pracowników Stoczni Gdańskiej. Mieliśmy więc stały kontakt ze stoczniowcami. Pamiętam dzień, kiedy koleżanka Krynicka, neurolog, przybiegła podniecona z informacją: „stocznia stoi!”. To był pierwszy dzień sierpniowego strajku. Tak rozpoczęła się moja ścisła współpraca ze strajkującymi, a potem z działaczami „Solidarności”.

Na moim oddziale pracował młody lekarz, Piotr Dyk, który jeszcze przed rokiem osiemdziesiątym angażował się w działalność antykomunistyczną. Miał kontakty z Komitetem Obrony Robotników, przez jakiś czas należał do Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela,  był współtwórcą młodzieżowej organizacji  Ruch Młodej Polski. Oczywiście, Urząd Bezpieczeństwa wiedział o jego zaangażowaniu i dlatego, kiedy skończył studia medyczne z bardzo dobrymi wynikami, zakazano zatrudniania go w Akademii Medycznej. Zgłosił się do mnie i naturalnie przyjęłam go do pracy w charakterze mojego asystenta. To właśnie on wkrótce po podpisaniu porozumień sierpniowych przyprowadził do mnie w celu przebadania Lecha Wałęsę, który cierpiał wtedy na jakieś dolegliwości, co zresztą było zrozumiałe po dwutygodniowym strajku, któremu przewodził, musiał panować nad wszystkim i ponosić odpowiedzialność. Wałęsa przyszedł, ale był bardzo niezadowolony, że ma się poddać badaniu przez kobietę. Powiedziałam wtedy: „Jestem bardzo zaszczycona ale i zdenerwowana, że badam taką  ważną osobę jak pan”. A on na to: „O, proszę pani, jeśli pani jest zdenerwowana, to pani mnie źle zbada”.

– Mimo pierwszych oporów została Pani lekarką Wałęsy.

– On był stale zagrożony przez Służbę Bezpiezeństwa. Żona i współpracownicy już w czasie strajku obawiali się zamachu na jego życie. Pani Danuta prosiła mnie, żebym udała się do stoczni i sprawdziła posiłki, które jej mąż otrzymuje. Ostatecznie zdecydowano o przynoszeniu mu jedzenia z domu. Później, już w stanie wojennym, mimo dalszych oporów Lecha, skrępowanego medyczną opieką kobiety, zostałam oficjalnie jego lekarką. I tak zaczęła się moja druga w życiu konspiracja i druga wojna, szczęśliwie tym razem bezkrwawa, to jest „Solidarność”.

W Stoczni Gdańskiej, 1980
W Stoczni Gdańskiej, 1980
Fot. Archiwum Joanny Muszkowskiej-Penson

Jeżeli już mam mówić o sobie, czego bardzo nie lubię, to chcę podkreślić, że nie byłam nigdy politykiem i nie miałam wpływu na działania „Solidarności”. Starałam się tylko pomagać, a także bronić mojego pacjenta, Lecha Wałęsę, przed zagrożeniami. Wielokrotnie miałam okazję przekonać się, jak bardzo było mu to potrzebne.

Pamiętam, jak pewnego razu wyjechaliśmy poza Gdańsk. Wałęsa prowadził duży samochód (otrzymał go od francuskich związkowców), w którym mieściła się cała jego liczna rodzina. Towarzyszące samochody esbeckie zaczęły wykonywać jakieś dziwne manewry, próby zajeżdżania, otaczania. W końcu  jechały po obu stronach naszego samochodu. Wyglądało to trochę tak, jak później stało się z porwaniem księdza Jerzego Popiełuszki. Być może robili to ci sami ludzie.

Jechaliśmy tak jakiś czas otoczeni, ale nie zatrzymywaliśmy się. W końcu zobaczyliśmy stojący na poboczu autokar i grupę ludzi przy nim. Wtedy Lech zatrzymał samochód, wysiadł i powiedział: „Jestem Lech Wałęsa, jeżeli coś mi się stanie po drodze, to proszę powiedzieć, że byłem tu i tutaj jechałem”. Pojechaliśmy dalej, a esbeckie samochody opuściły nas. Było wiele podobnych sytuacji, ale najbardziej potrzeba lekarskiej pomocy ujawniła się, kiedy został internowany w Arłamowie.

Ze względu na moją znajomość francuskiego miałam bliskie kontakty z organizacją Medicines du monde (Lekarze świata). Jej członkowie bardzo nam pomagali, często dostarczali leki do szpitala. Otóż, ktoś z tych ludzi udał się do Arłamowa i naturalnie z bardzo daleka, dzięki aparatowi dobrej jakości,  sfotografował Lecha na spacerze. Otrzymaliśmy tę fotografię przedstawiającą  kompletnie zmienionego człowieka, otyłego, wręcz napuchniętego. Kiedy analizowaliśmy tę fotografię w gronie moich współpracowników doszliśmy do wniosku, że przedstawia ona albo człowieka bardzo chorego, albo traktowanego hormonami, jakimiś sterydami. Pojawiły się  poważne obawy, które przekazała mu odwiedzająca go żona Danuta. Lech zwrócił się do pilnujących go ubeków o sprowadzenie jego lekarzy, do których ma zaufanie. Oczywiście, odmówili, nie wezwali zresztą żadnego lekarza. Poprosiliśmy panią Danutę, by przy kolejnych odwiedzinach spróbowała pobrać próbkę moczu. Ponieważ odwiedzała męża z najmłodszą córką w wieku niemowlęcym, miała ze sobą różne buteleczki z sokami, więc udało się wykorzystać je w tym medycznym celu.

Niestety, w drodze powrotnej została zatrzymana, rewidowana, podróż powrotna się przedłużyła. Mocz zbyt długo był przechowywany w niewłaściwych warunkach. Przekazaliśmy go potem Francuzom, w celu dokładnego przebadania laboratoryjnego. Okazała się bardzo dziwna rzecz. Nadszedł wynik stwierdzający wykrycie jakiejś obcej substancji w moczu, nie udało się jej jednak zidentyfikować.

Po powrocie Lecha z internowania badaliśmy go na wszystkie dostępne nam sposoby, niestety nie na tyle doskonałe, by znaleźć przyczynę tej patologicznej otyłości i różnych dolegliwości, które odczuwał. Nie było natomiast żadnych wątpliwości, że został potraktowany jakimiś szkodliwymi substancjami. Niestety, nie zdołaliśmy ustalić ich składu.

–Wspomniała Pani  o współpracownikach…

– Cały oddział, na którym pracowałam, dziesięć czy jedenaście etatów, wszyscy ci ludzie byli bardzo zaangażowani już w czasie strajku, a potem w stanie wojennym. Dotyczyło to zresztą także innych oddziałów, których ordynatorzy współpracowali z nami. Cały czas pomagaliśmy, kiedy trzeba było hospitalizowaliśmy osoby, którym pozostawanie na wolności groziło aresztowaniem. Dawało się zaświadczenia lekarskie tym, którzy z różnych powodów nie mogli pojawić się w pracy, oczywiście leczyło się potrzebujących pomocy, bez obawy zgłaszali się do nas ukrywający się działacze „Solidarności”.

Moi współpracownicy to prawdziwe filary, na których można było się oprzeć. Takim filarem była przede wszystkim doktor Anna Budny-Liberek współkierująca ze mną oddziałem. Ukrywałyśmy razem ludzi, doktor Budny często eskortowała ukrywających się, szukała dla nich prawników. Podobnie działali też: doktor Jadwiga Borowska, doktor Ryszard Wyszomirski, doktor Jerzy Kossak.

– Dziś wiadomo, że „Solidarność” była mocno infiltrowana przez agentów służb. Nie obawiała się Pani donosów?

– Mieliśmy, oczywiście, komórkę ubecką, mieliśmy też zwierzchników, którzy wyrażali swoje niezadowolenie. W maju 1988 roku, kiedy brałam udział w strajku stoczniowym, zresztą nie tylko ja  z naszego szpitala, grozili zamknięciem oddziału. Na szczęście tak się nie stało.

Jeśli chodzi o pomoc o charakterze medycznym, nie było kwestii. Mieliśmy tę przewagę, że zawsze mogliśmy postawić takie rozpoznanie, jakie chcieliśmy. Na przykład, kiedy dawałam jakieś kolejne zwolnienie Lechowi, który wrócił do pracy w stoczni, a akurat było mu potrzebne w związku z konspiracyjną działalnością, to żądano zatwierdzenia tego zwolnienia przez inną instancję lekarską. W naszym medycznym fachu miałam, jakby to powiedzieć, wyższą gradację niż powołany konsultant i on nie bardzo mógł kwestionować wydane przeze mnie zwolnienie.

– Nie miała Pani kłopotu z powodu tych, niekoniecznie zgodnych z rzeczywistością, zwolnień, świadectw lekarskich o stanie zdrowia?

– Miałam, ale dużo później, za prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Ktoś dogrzebał się do mojego świadectwa o jego poważnej chorobie kardiologicznej, wydanego w stanie wojennym. Wydałam je na prośbę jego żony, Marii, kiedy Lech Kaczyński został internowany. Widocznie byłam już znana z tego, że wydaję takie zaświadczenia potrzebującym, więc zwróciła się do mnie. Dziennikarze domagali się wywiadu, znalazłam się w głupiej sytuacji, bo Lech Kaczyński nie był nigdy moim pacjentem. Uratował mnie profesor Religa, wówczas minister zdrowia. Powiedział: „my wszyscy wydawaliśmy wtedy takie świadectwa”. Dali mi spokój. Oczywiście, świadectwa te miały albo chronić przed aresztowaniem, albo, jak w tym wypadku, stanowić podstawę do zwolnienia z internowania.

Joanna Penson z Lechem Wałęsą na pogrzebie Lecha Bądkowskiego, luty 1984
Joanna Penson z Lechem Wałęsą na pogrzebie Lecha Bądkowskiego, luty 1984
Fot. Archiwum Joanny Muszkowskiej-Penson


– A wracając  jeszcze do lat osiemdziesiątych…

– Jak już powiedziałam, była gotowość do niesienia wszelkiej pomocy działaczom „Solidarności” na moim oddziale, ale tak było też na chirurgii w Szpitalu Wojewódzkim. To właśnie tam został hospitalizowany Stefan Gomowski. Uznany za ciężko chorego zdołał uchronić się przed ścigającymi go ubekami. Było to po brawurowej akcji wywiezienia Lecha Wałęsy (niejako wykradzenia go stale pilnującym agentom) na tajne spotkanie Tymczasowej Komisji Krajowej, w którym uczestniczyli ukrywający się czołowi działacze: Bogdan Borusewicz, Bogdan Lis, Zbigniew Bujak i inni. Właśnie Gomowski był organizatorem „porwania” Lecha.

U mnie, w takim małym gabineciku na trzecim piętrze, odbywały się także tajne spotkania Lecha Wałęsy z różnymi osobami. Szpital był miejscem, do którego każdy mógł przyjść bez wzbudzania podejrzeń. Spotykający się w tym moim gabineciku oczywiście domyślali się podsłuchu, więc leżały tam kartki i długopisy. Nikt nic nie mówił, kontakt odbywał się na piśmie.

W 1988 w maju strajkowałam razem ze stoczniowcami. Strajk był mało udany, każdego dnia było mniej ludzi, było bardzo zimno, ludzie uciekali w nocy, trudno było o nadzieję, że coś dobrego z tego wyniknie. Zapadło więc postanowienie o zakończeniu strajku. Wyszliśmy ze stoczni całą grupą, w ordynku. I wtedy ksiądz Jankowski zrobił bardzo dobrą rzecz. Zaczęły bić dzwony Świętej Brygidy, rozdzwoniły się na cały Gdańsk, zbiegło się bardzo dużo ludzi, a ksiądz biskup Gocłowski, który zawsze bardzo nam pomagał, przyjechał odprawić  mszę. I tak nieudany, wygasający strajk przerodził się w wydarzenie niosące nadzieję.

– Służba Bezpieczeństwa z pewnością wiedziała o Pani zaangażowaniu, czy spotkały Panią jakieś poważniejsze represje?

– Owszem, zostałam nawet aresztowana. Przyszli po mnie do pracy, do szpitala. Wywołało to ogromne poruszenie, wręcz panikę wśród moich kolegów. Wyprowadzili mnie w lekarskim fartuchu, na który narzuciłam palto i zawieźli  do mojego mieszkania, bo chcieli przeprowadzić rewizję. Wtedy się przestraszyłam, ale nie o siebie, tylko o ukrywających się u mnie ludzi z czołówki Ruchu Młodej Polski. Oni mieli różne zajęcia, więc wyszli rano, ale obawiałam się, że ktoś mógł wrócić.

Na szczęście dom był pusty. Trzech ubeków zaczęło rewizję. Miałam bardzo dużo nielegalnych wydawnictw, widzę, że składają wiele książek na stertę. I mówię: panowie, z wami jest już naprawdę niedobrze, skoro książki wam przeszkadzają. Nie reagowali, nagle czujnie nadstawili uszu, a ja znowu się przestraszyłam, bo usłyszałam, że po schodach ktoś idzie, może ktoś z moich ukrywających się. Ubecy rzucili się do drzwi, czekają, drzwi się otwierają i ku mojej wielkiej uldze wchodzi palacz z kubełkiem węgla do pieca. Bardzo byli rozczarowani, kazali mi się zbierać i zawieźli do budynku SB.

Dla mnie było to niesłychane przeżycie, bo drugi raz byłam w więzieniu, mało tego, to gdańskie więzienie było zupełnie takie samo jak niemieckie więzienie na Pawiaku – to znaczy: cela, coś w rodzaju katafalku do leżenia. Przedtem zabrali mi sznurowadła, jakiś pasek, odebrali zegarek, różne drobiazgi i wprowadzili do tej celi. Były tam dwie panie; jedna z nich zabójczyni męża, druga osadzona za jakieś kolosalne manko, które zrobiła w instytucji, gdzie pracowała. Naprawdę było to bardzo ciekawe znaleźć się znowu w podobnym więzieniu, w innych co prawda okolicznościach, ale o tyle podobnych, że znowu chodziło o nielegalną konspiracyjną działalność. To tak jakby dopełniał się mój życiorys. Oczywiście, nie groziło mi rozstrzelanie. Przesłuchiwał mnie jakiś śledczy następnego dnia rano, który twierdził, że ma żonę lekarkę i wszystko wie, co się dzieje w szpitalu.

Miałam solidarnościowego przyjaciela, mecenasa Jacka Taylora, który, kiedy mnie zawieźli na to przesłuchanie do sądu, pojawił się tam i poprosił o podpisanie pełnomocnictwa, by mógł występować jako mój obrońca. Ubek prowadzący mnie zareagował ostro, odepchnął Jacka, wręcz go uderzył. Zarzut, jaki przedstawił mi prokurator, był wówczas typowy: „Sieje niepokój powszechny poprzez pracę w nielegalnych strukturach” etc. Jacek Taylor wynalazł w polskich przepisach taki punkt, który stwierdzał, że kobieta po sześćdziesiątce  – a taką wtedy byłam – może być aresztowana tylko w sprawie zabójstwa. Wypuścili mnie więc szybko, po kilku dniach.

A w ogóle to żyję dzięki przyjaciołom. Jedna włożyła mnie do swojego łóżka w Ravensbrück, a tutaj Jacek pojawił się natychmiast, by mnie bronić. Potem spotkała mnie wielka przyjemność i wielka nagroda. Dowiedziałam się, że bardzo wielu lekarzy i pielęgniarek z Trójmiasta, wszyscy z mojego szpitala, wielu z innych, podpisało się pod listem z żądaniem uwolnienia mnie. Nie pamiętam, do kogo ten list był skierowany, najważniejsza była ta wspaniała solidarność.

– A dziś?

– Żyję długo, dane mi było dwukrotnie cieszyć się odradzającą się Polską: najpierw w dwudziestoleciu międzywojennym, a potem po 1989 roku.

Bardzo się boję, żebyśmy nie utracili tego, co udało się uzyskać dzięki bezkrwawej, rozpoczętej w Gdańsku, rewolucji. Zaciekłe wręcz niszczenie autorytetu Lecha Wałęsy, uznanego na całym świecie, nie służy patriotycznemu wychowania młodych ludzi, bo niszcząc go, niszczy się nasz cały solidarnościowy dorobek.

Oby przyszło opamiętanie.

 

Kwiecień 2017

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia