FIDELE ET INSEPARABILE REIPUBLICAE MEMBRUM

Szkic Józefa Feldmana ukazuje sytuację Gdańska w czasach wojny północnej (1700-1721) i w 1734 roku.

A
A
Ostatnia aktualizacja: 22 grudnia 2016 r.
Fot.

W wydanym pod koniec lipca 1939 roku specjalnym, podwójny numerze „Wiadomości Literackich” zgromadzono liczne teksty najwybitniejszych ówcześnie publicystów, pisarzy i historyków, którzy pisali o Gdańsku i jego związkach z Polską. Przypomniany obok krótki szkic Józefa Feldmana ukazuje sytuację Gdańska w czasach wojny północnej (1700-1721) i w 1734 roku, kiedy gdańszczanie opowiedzieli się po stronie króla Stanisława Leszczyńskiego.

Józef Feldman (1899-1946) studiował i pracował naukowo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był uczniem Władysława Konopczyńskiego, zajmował się głównie dziejami stosunków polsko-niemieckich. Klucza do rozumienia procesów dziejowych upatrywał w prądach ideowych danej epoki, które – jego zdaniem – są główną przyczyną „stawania się” historii. Ogłosił ponad 160 prac, między innymi „Polska a Prusy”  (1924), „Stanisław Leszczyński” (1934), „Bismarck a Polska” (1938).

W naszej publikacji w kilkunastu miejscach zmieniliśmy pisownię niektórych słów, by ją dostosować do współczesnych zasad, co nie powoduje zmiany sensu tekstu, a jedynie ułatwia lekturę.

Było to w roku 1707. Szalejąca od kilku lat na ziemiach polskich wielka wojna północna zdawała się wchodzić w stadium przełomowe. Najeźdźca szwedzki, wdarłszy się do Saksonii, zmusił króla Augusta do haniebnej kapitulacji. Jedynym władcą Rzeczypospolitej pozostał Stanisław Leszczyński. Atoli Karol XII, z właściwą mu fantastycznością usposobienia, zdawał się zapomnieć o Polsce. Zaprzątnięty sprawami Rzeszy Niemieckiej, pozostawił Rzeczpospolitą na pastwę Moskwie. Car Piotr zalał ziemie polskie wojskami, przy pomocy postrachu i pieniędzy sformował wśród senatorów i szlachty partię rosyjską, kierował obradami sejmu, koronę polską obnosił po rynkach europejskich, szukając kandydata na opróżniony stolec. W tym momencie najgłębszego poniżenia Polski, zagrożonej pochłonięciem przez zalew moskiewski, na północnych jej rubieżach rozpalił się niespodzianie płomień oporu. Generał moskiewski Rónne, podszedłszy z wojskami pod Gdańsk, postawił miastu szereg wygórowanych żądań, spotkawszy się zaś z odmową, wtargnął na żuławy i puścił z dymem kilka wsi. Spodziewał się snadnie, że rzuci postrach w mury warownego grodu i nadwątli oporność jego mieszkańców. Reakcja była wręcz odmienna. Gdańszczanie odpowiedzieli moskiewskiemu najeźdźcy, że „miasto to, od pierwszej chwili, gdy przystąpiło do Rzeczypospolitej Polskiej, okazywało w każdej potrzebie stateczny zamiar trwałego pozostawania w związku z nią, za co też uważane jest przez Rzeczpospolitą za wysoce użyteczną jej część... i że w obecnych koniunkturach niejednokrotnie oświadczyło publicznie swą zasadę, że przy związku tym będzie silnie stać”. Postępowanie Rónnego zostało napiętnowane jako „gorsze, aniżeli się można było spodziewać po najgorszym barbarzyńcy”. Harda postawa ocaliła Gdańsk od dalszych zamachów moskiewskich.

W tym epizodzie, jakże odbijającym od ogólnego tła ówczesnych stosunków polskich, wyraziła się w skrócie postawa Gdańska w ciężkich i burzliwych latach wojny północnej, następnie zaś przedostatniego bezkrólewia. Gdy Rzeczpospolita szlachecka, wyczerpana materialnie i psychicznie, skołatana i bezbronna, pragnęła tylko spokoju i na każdym kroku ustępowała przed obcym naciskiem, Gdańsk, obwarowany potężnymi fortyfikacjami, utrzymujący piękną armię zaciężną i artylerię liczniejszą od polskiej, przeciwstawiał się twardo wszelkim zamachom, godzącym w jego odwieczne związki z Koroną Polską. „Fidele et inseparabile Reipublicae membrum” – tak mianowali się sami Gdańszczanie i od zasady tej nie odstępowali ani na krok. A sytuacja wyjątkowo była trudna i ze wszech stron najeżona groźbami. Po raz ostatni uderzyła o mury miasta potężna fala ekspansji szwedzkiej. Karol XII, zmierzając do zhołdowania Rzeczypospolitej i uczynienia z Morza Bałtyckiego zamkniętego jeziora szwedzkiego, srożył się nad Gdańskiem, który sam jeden stawiał opór jego despotycznej woli. Słynny ze srogości i męstwa gen. Stenbock groził, że pan jego „z mieczem w ręku opanuje miasto, uczyni z niego sowie gniazdo, żadnego z mieszkańców nie oszczędzi, resztę zaś ludności i majątku każe wywieźć na okrętach”. Mieszkańcy gdańscy starali się ułagodzić osławionego łupieżcę pieniędzmi i ustępstwami, gdy jednakowoż chodziło o sprawę najważniejszą – postawę polityczną wobec rozgrywających się wydarzeń – obstawali przy zasadniczej linii swej polityki, iż starożytny gród nadbałtycki „jako membrum Rzeczypospolitej od niej się nie odłączy i nie dopomoże jej wrogom w niczem”.

Obok znanego Gdańszczanom z czasów Gustawa Adolfa i Karola Gustawa niebezpieczeństwa szwedzkiego wyrastał od wschodu nowy zachłanny sąsiad, ostrzący sobie zęby na emporium handlu bałtyckiego. Epizod z Ronnem nie pozostał zjawiskiem odosobnionym. Car Piotr, bawiąc w roku 1716 i 1717 w murach gdańskich zwrócił należytą uwagę na piękny gród, którego posiadanie zaokrągliłoby w tak znakomity sposób świeże jego zdobycze nadbałtyckie. Gościna mocarza Północy zapisała się w pamięci Gdańszczan najgorszymi wspomnieniami. Nie tylko musieli żywić żarłocznych gości i niejedną znosić uciążliwość, ale drżeli przed zbrojnym z ich strony zamachem. Znów poradzili sobie podobnie jak ze Szwedem: w niejednym ustąpili, ale związki z Rzecząpospolitą utrzymali w całej pełni.

Jeszcze cięższa godzina próby wybiła w roku 1734, kiedy elekt narodu szlacheckiego, Stanisław Leszczyński, opuszczony przez swych wyborców, w najcięższej godzinie szukał schronienia za warownymi fortyfikacjami Gdańska. O wydanie króla-rodaka upomniała się sprawczyni jego klęsk – Rosja. Jak niegdyś Stenbock, tak teraz wódz rosyjskiej armii oblężniczej, feldmarszałek Munnich, miotał najstraszliwsze pogróżki, zapowiadając, że w razie oporu „wina ojców spłacona będzie na dzieciach i wnukach, a krew niewinnych z krwią winnych się pomiesza”. Gdańszczanie odpowiedzieli – po swojemu. Przez półpięta miesiąca opierali się działaniom oblężniczym kilkudziesięciotysięcznej armii rosyjskiej – wreszcie skapitulowali z honorem, gdy wszelkie szanse obrony znikły, a król Stanisław znalazł się w bezpiecznym schronieniu.

List króla Leszczyńskiego, w którym dziękuje Gdańskowi za bezprzykładną wierność
List króla Leszczyńskiego, w którym dziękuje Gdańskowi za bezprzykładną wierność
Fot. Zbiory Archiwum Państwowego w Gdańsku

Nie tylko z jawnymi wrogami ścierać się musiał Gdańsk. Nie mniej zgubna była zdradliwa opieka najbliższego z sąsiadów, pod maską życzliwości zmierzającego do owładnięcia miastem. W najtrudniejszych latach wojny północnej Gdańsk, opuszczony przez bezsilną Rzeczpospolitą, szukać musiał opieki państw postronnych. Kołatał do Anglii i Holandii, apelował do Danii, trafił również do Prus. Pierwszy ich władca, noszący tytuł królewski, nie miał nic przeciw temu, by blask świeżej korony uświetnić nabyciem kwitnącego miasta nadbałtyckiego. Ofiarowując mu bezinteresowną opiekę wobec czyhających zewsząd niebezpieczeństw, zapuszczał równocześnie macki w życie wewnętrzne Gdańska. Gorącym jego pragnieniem było figurowanie w modlitwach, odmawianych w kościołach gdańskich, jako „Schutzherr”. Jeden z senatorów polskich słał Gdańszczanom ostrzeżenia przed rzekomymi przyjaciółmi, którzy „wchodzą do miasta jak lisy, a rządzą w nim później jak lwy”. Ale Gdańszczan nie pociągał ani świeżo upieczony majestat „króla w Prusiech”, ani wspólność pochodzenia i wiary. Właśnie w dobie wojny północnej uchwaliła rada miejska zaprowadzić w kościele św. Anny nabożeństwo w języku polskim, dziatwie zaś polskiej wyznania ewangelickiego udzielać nauki w gimnazjum miejskim w języku ojczystym. Był moment niebezpieczny w roku 1704, kiedy Gdańsk, przyciskany ze wszech stron, zdecydował się podpisać z dworem berlińskim traktat, zawierający pod niewinnymi na pozór postanowieniami daleko sięgający protektorat Prus. Atoli przezorni kupcy zawarowali sobie, że umowa ta wejdzie w życie z chwilą utworzenia szerszego porozumienia czterech państw północnych, zainteresowanych w ratowaniu Gdańska. Na widownię wkroczyły z tą chwilą oba „państwa morskie”. W Londynie i Hadze zrozumiano, czym grozi poddanie metropolii handlu bałtyckiego królowi pruskiemu. Wystarczył sprzeciw Anglii, by otrzeźwić Gdańszczan i kazać się im wyrzec natrętnej opieki Berlina.

Prusy nie dawały za wygraną. W trzydzieści lat później nadeszła wymarzona zdawało się okazja opanowania ujść Wisły. Król Stanisław, uciekłszy z oblężonego Gdańska, znalazł gościnę w Królewcu. Ówczesny władca Prus, Fryderyk Wilhelm I, brutalny i nieokrzesany „król-sierżant”, mimo fantastycznego skąpstwa podejmował gościnnie wygnańca, spodziewając się wytargować odeń zapłatę w postaci ustępstw terytorialnych kosztem Rzeczypospolitej. Na pierwszym planie jego pożądliwości figurowały Warmia i Elbląg, oraz eksterytorialna „autostrada” (zwana wówczas „lizierą”), która by połączyła Prusy Wschodnie z resztą państwa. Dobrodusznie tłumaczyli Prusacy Stanisławowi, że tego rodzaju rozwiązanie w niczym nie utrudni Polsce ani dostępu do Bałtyku ani handlu z Gdańskiem, przeciwnie, wyjdzie miastu na korzyść, gdyż król pruski nie pozwoli go nikomu atakować. Ale Leszczyński, mimo znanego skądinąd braku skrupułów na punkcie całości Rzeczypospolitej, odepchnął te kuszenia.

Wystąpienie Gdańska w obronie Leszczyńskiego w dobie przedostatniego bezkrólewia stanowi niewątpliwie najwspanialszy moment w dziejach słynnego miasta, zarazem jednak przedstawia ono dla historyka zagadkę. Trzeźwe, kupieckie społeczeństwo, rzucające bez wahania na szaniec wszystkie wartości materialne, bezpieczeństwo, nawet życie, by bronić do ostatka elekta Rzeczypospolitej szlacheckiej – czyż nie musi to budzić zdumienia? Nie ulega wątpliwości, że wchodziły tu w grę pobudki natury uczuciowej. W czasie swych krótkotrwałych rządów w dobie wojny północnej, Stanisław zdołał zbliżyć się do Gdańszczan i w zamian za subsydia pieniężne obdarzył ich niejednym przywilejem, w osobistym zaś zetknięciu z nimi rozwinął nieporównany czar, którym tylokrotnie ujmował sobie ludzi. Świadectwem żywej sympatii mieszczaństwa gdańskiego dla osoby neoelekta pozostaną wiersze, którymi witano jego przybycie; proste, nieporadne w formie, bijące za to serdecznym uczuciem: „Willkommen theurer Furst in dieser guten Stadt. Weil Danzig ganz allein das grosse Glucke hat, Den Konig Stanislaum anjetzt br sirl i sehn”... Próżność dumnego miasta mile łechtał fakt, że król polski, opuszczony przez brać herbową, szuka ratunku wśród mieszczan, parających się łokciem i wagą. Lojalność względem Rzeczypospolitej nakazywała stanąć w obronie jej prawowitego wybrańca. Obok tych motywów irracjonalnych wchodziły jednak w grę czysto realne pobudki. Gdańszczanie liczyli się niewątpliwie z faktem, że król uznany przez ogromną większość narodu, w końcu utrzyma się na tronie, a wówczas potrafi wynagrodzić miasto, które w najcięższych chwilach stanęło wiernie przy nim. Równocześnie oddziaływały rachuby, związane z mocarstwem, które opowiedziawszy się oficjalnie za kandydaturą Stanisława, zdawało się być zdecydowane czynnie wystąpić w jej obronie: - z Francją.

W dziejach handlu gdańskiego zajmowała monarchia Ludwików pozycję nie tak oczywista znaczną, jak Holendrzy, w każdym jednak razie poważną. Zwłaszcza w dobie Colberta liczba importowanych do metropolii handlu bałtyckiego towarów francuskich, jak sól, wino, ocet, cukier, korzenie, jedwab i różne wyroby przemysłowe, osiągnęła znaczną wysokość. Nawzajem polskie zboże i drzewo przywożone z Gdańska, odgrywało w życiu gospodarczym Francji niezaprzeczoną rolę. Gdy w roku 1697 Gdańsk zajął wrogą postawę wobec francuskiego pretendenta do polskiej korony księcia Conti a Ludwik XIV w odpowiedzi zakazał okrętom gdańskim przybijać do portów francuskich, obie strony boleśnie odczuły skutki tych zarządzeń. Kupiectwo miasta Bordeaux skarżyło sią, że wskutek zakazu przywożenia z Polski drzewa na beczki, koszt ich fabrykacji dorównywa wartość zawartej w nich wódki i przeważnej części win. Opowiadając się z całą stanowczością za teściem Króla Arcychrześcijańskiego, mieli Gdańszczanie nadzieję rozbudować w przyszłości handel z Francją na wielką miarę. O słuszności ich przypuszczeń świadczy zachowany w archiwum przy quai d'Orsay projekt przywilejów handlowych, jakimi zamierzał rząd francuski wynagrodzić oddanie Gdańszczan dla sprawy Stanisława.

Obrót wydarzeń sprawił, że z przedostatniego bezkrólewia nie wyszło oczekiwane zbliżenie gospodarcze pomiędzy Francją a Gdańskiem; zadzierzgnął się natomiast innego rodzaju węzeł natury uczuciowej, który dziś z perspektywy dwóch przeszło wieków walorem swym przewyższa najcenniejsze przywileje handlowe. Rząd Ludwika XV, poparłszy kandydaturę Leszczyńskiego obietnicami i złotem, wycofał się łatwo z gry, pozwalając Gdańskowi krwawić beznadziejnie w obronie prawowitego króla. Przeciw haniebnej polityce kardynała Fleury zbuntował się jeden z jego podwładnych, żywo odczuwający plamę na honorze Francji. Był nim minister Króla Arcychrześcijańskiego przy dworze kopenhaskim, hr. Plelo. Wraz z paru tysiącami ludzi wsiadł na okręty i w bohaterskim szturmie na pozycje rosyjskie padł u wrót Gdańska pokłuty bagnetami. Pierwszy raz polała się krew francuska w obronie niepodległości Polski. Było to pierwsze ogniwo w łańcuchu polsko-francuskiego braterstwa broni, który biorąc swój początek u ujść Wisły biegnie nieprzerwanym odtąd ciągiem aż do zwycięskich dni utwierdzenia naszej świeżo odzyskanej niepodległości u wrót Warszawy.

 

Józef Feldman

 

Przypomniane: „30 Dni” 6/2011

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia