Architektura mieszczańska

Szkic Ludwiga Passarge’a z 1857 roku, z tomu „Z wiślanej delty”

A
A
Ostatnia aktualizacja: 21 grudnia 2016 r.

Autor tego szkicu, Ludwig Passarge (albo Louis Passarge) [nazwisko wymawiane z niemiecka: Pasarge; z francuska: Pasarż] urodził się 6 sierpnia 1825 roku w miejscowości Wolittnick (obecnie Primorskoje-Nowoje w Obwodzie Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej) w ówczesnym powiecie świętomiejskim (Landkreis Heilgenbeil) w Prusach Wschodnich. Pisał znakomite relacje z podróży, które odbywał głównie po północno-wschodnich obszarach ówczesnych Niemiec, był tłumaczem i wydawcą.

Urodził się w rodzinie właściciela ziemskiego. Był absolwentem Collegium Fridericianum, następnie od 1844 roku studiował nauki prawne na Albertynie w Królewcu oraz na uniwersytecie w Heidelbergu. W 1856 roku został sędzią powiatowym w Heiligenbeil (Świętomiejsce), w 1877 roku był sędzią w Insterburgu (pol. Wystruć, obecnie Czerniachowsk), w 1879 w Królewcu. W 1887 roku przeszedł na emeryturę.

Passarge od młodości podróżował po całej Europie, spisując swoje wrażenia w licznych artykułach i książkach. Utrzymywał kontakty towarzyskie ze znanymi pisarzami E. T. A. Hoffmannem oraz Ernestem Wichertem. Oprócz rodzinnych Prus Wschodnich, Prus Zachodnich (Pomorza) zwiedził Półwysep Iberyjski i Bałkany. W trakcie pobytu w Skandynawii zapoznał się z dziełami Henryka Ibsena oraz Bjørnstjerne Bjørnsona (laureat literackiej Nagrody Nobla w 1903 roku). W kolejnych latach stał się promotorem i tłumaczem ich dzieł w krajach niemieckojęzycznych.

Passarge podróżował do późnej starości, zmarł w trakcie podróży do Odenwaldu, 19 sierpnia 1912 roku w Lindenfels w Hesji w wieku 87 lat. Był ojcem geografa Siegfrieda Passarge. Opublikował kilka książek: „Die Kurische Nehrung” („Mierzeja Kurońska”); „Aus dem Weichseldelta” („Z delty Wisły”), Berlin 1857; „Die Marienburg” („Malbork”); „Strandbriefe” („Listy znad brzegu morza”); „Aus den Baltischen Landen” („Z krajów nadbałtyckich”); „Ein ostpreußisches Jugendleben” („Życie młodzieży w Prusach Wschodnich”).

Książkę „Aus dem Weichseldelta” opublikowało w 2014 roku Wydawnictwo Oskar przy współpracy z Maszoperią Literacką.


Gdziekolwiek spojrzę, w tę czy ową stronę,

Wszystko bez zmiany trwa nieporuszone.

Goethe, „Faust”

(tłum. Feliks Konopka)

 

Schilling opowiada, iż podczas swego pierwszego pobytu w Gdańsku zdawało mu się, jakby domy w tym mieście były ze szkła [Passarge ma tu zapewne na myśli słowa z dzieła Friedricha Gustava Schillinga: „Glossen über einige Gegenden und Städte des Nördlichen Deutschlands im Jahre 1806” – przyp. wyd. niem.]. I rzeczywiście, wrażenie jakie odnosimy spacerując po ulicach Gdańska, jest tak cudowne i całkowicie nadzwyczajne, iż z trudem tylko możemy sobie uświadomić przyczynę tak osobliwych odczuć.

Na pierwszy rzut oka bowiem nie znajdujemy żadnego usprawiedliwienia tego nadzwyczajnego wrażenia – tutejsze budynki nie charakteryzują się niczym, czego byśmy już nie spotkali w innych miastach. Wąskość przeważającej większości ulic, brak dużych placów, jednostajność architektury, brak trotuarów, niezbyt równy bruk – to wszystko bez wątpienia cechy, z których żadna sama w sobie nie może czynić pokrzepiającego wrażenia. A mimo to przybysz czuje się tu owładnięty niemożliwym do odczarowania urokiem. Nastrój ten przypomniał mi uczucie cichej błogości i szczęścia, jakie mnie ogarnęły, kiedy swego czasu, pewnego księżycowego wieczoru, znalazłem się w Norymberdze przed kościołem świętego Sebalda; wśród szumu pobliskiej fontanny nagle dobiegły mnie zza na wpół otwartego okna dźwięki jednej z pieśni Schuberta.

Jaka jest przyczyna tego dziwnego wrażenia? Jest nią harmonia. Weźmy piękno najdoskonalszego dzieła artysty i umieśćmy je w miejscu, do którego ono nie należy, a natychmiast przestaniemy to piękno odczuwać, bowiem zakłóci je dysharmonia. Podobnie jest z dźwiękami: zagrajmy dwa tony, z których każdy jest jasny i dźwięczny, razem natomiast nie współbrzmią akustycznie – natychmiast słyszeć będziemy tylko dysonans. Ale tam, gdzie z dala od wszelkiej nieregularności i dezintegracji wyraża się duch porządku, jedności i harmonii, gdzie widoczna jest – jak w szeregach tych przecudnych domów – dusza świetnej epoki, nietkniętej jeszcze nowoczesnym blichtrem i nowoczesną tendencją do zacierania różnic między fasadami (dzięki czemu przypominają one nie martwe larwy, lecz żywe oblicza) – tam można jeszcze doświadczyć owego podniosłego, pokój niosącego wewnętrznego odczucia; gdyż oddychamy wtedy powietrzem, w którym drżą tony harmonijnego trójdźwięku piękna.

Kamienica przy ul. Piwnej, fragment ryciny J. C. Schultza
Kamienica przy ul. Piwnej, fragment ryciny J. C. Schultza
Fot. Zbiory Muzeum Narodowego w Gdańsku

Gdy uwolnimy się już od pierwszych, pełnych zachwytów wzruszeń, zaczynamy świadomie szukać przyczyn, jakie stworzyły tę harmonię. Po wzlotach ducha czas na analizę, podobnie jak zachwyciwszy się wystarczająco kwiatem, sięgamy po chwili po lupę.

Architektura Gdańska nie jest wyjątkiem. Kto zna Królewiec i Elbląg, albo Hamburg lub inne z północnych miast niemieckich, ten zna już domy o wysokich ścianach szczytowych z jasnymi szybami w oknach, schodami wiodącymi do wejścia i rosnącymi przed nimi drzewami. Jednak to, co zobaczyć można w innym miastach na pojedynczych ulicach lub w przypadku kilku tylko domów, w Gdańsku jest panującą regułą.

Średniowiecze, epoka Hanzy, w okresie której architektura odebrała pierwsze impulsy zmian, nie miało pojęcia o wielkości obszarów współczesnych miast. Wspólnota życia, niebezpieczeństwa grożące z zewnątrz, kontrast między miastem a wsią: wszystko to w sposób maksymalny ograniczało terytoria ówczesnych miast. Nie było wtedy jeszcze żadnych „Westendów”, żadnych will tuż obok niepewnych bram miejskich, a także ogrodów w obrębie murów obronnych. Mieszkańcy mieli do dyspozycji nader skromną ilość ziemi. Jedynie budowle publiczne zwracały się szerokim frontem ku wąskim i krętym uliczkom; właścicielom prywatnych parceli tylko w rzadkich przypadkach przyznawano prawo do budowy domu o szerokości frontu obejmującego więcej niż trzy umiejscowione tuż obok siebie okna. Stąd wszystkie gdańskie domy stoją do ulicy wąską stroną, rozciągając się za to nieproporcjonalnie w głąb parceli. Bardzo często ten tak zwany tylny front dochodził do biegnącej równoległe na zapleczu uliczki; zdarza się też, że między budynkiem z przodu i budynkiem z tyłu znajduje się wąski łącznik wiążący w całość obie główne części kompleksu mieszkalnego [Opisany przez Passarge’a podział parceli jest charakterystyczny dla większości miast północnoniemieckich. Jego literacki opis znaleźć możemy np. u Thomasa Manna na początku jego powieści, w którym maluje on wygląd domu odziedziczonego przez Buddenbrooków. Jeśli idzie o Gdańsk, patrz: Karl Hauke: „Das Bürgerbau in Ost- und Westpreussen”, Tübingen 1967, str. 57 i nast. – przyp. wyd. niem.].

Ponieważ ziemia i parcela przeznaczone pod zabudowę były skrajnie wręcz ograniczone, starano się wykorzystać jedyną pozostałą możliwość, mianowicie ciągnięto budynki na wysokość aż do granic możliwości. Stąd gdańskie domy mieszczańskie są wszystkie bardzo wysokie i wyposażone w wieżyczki i różnego rodzaju kopuły. Przy tej okazji pojawił się problem, w jaki sposób doprowadzić światło dzienne do tych wysokich, głębokich i ciemnych budowli. Można to było osiągnąć jedynie poprzez budowanie bardzo wysokich i leżących tuż obok siebie okien, co niosło ze sobą również i taki efekt, iż całe fasady nabierały lśniącego i szklistego, załamującego światło charakteru.

To wrażenie wzmocnione jest szczególnie jakością szkła wstawianego do okien, funkcjonujących niczym lustra odbijające najpiękniejsze refleksy światła. Rzadko gdzie można spotkać w Gdańsku zielonkawe, mętnawe szkło używane tak często w innych miastach, trudno tu spotkać nawet zwykłe, białe szyby. Refleksy odbijane przez okienne szkło w Gdańsku są wzmocnione także i tym, że niemal nie używa się tu dużych szyb, zastępując je małymi elementami wielkości około jednej czwartej normalnych rozmiarów; najwyraźniej wiele małych powierzchni szklanych daje odpowiednio więcej refleksów aniżeli jedna, duża szyba.

Szczególnie żywy jest ten lustrzany efekt również i dlatego, iż szybki w oknach nie mają całkowicie płaskiej powierzchni, lecz podczas szlifowania otrzymują świadomie odpowiednie wygięcie, będąc na przemian raz wypukłe, raz wklęsłe. Pierwsze z nich zbierają, drugie zaś rozpraszają lustrzane odbicia; trudno stwierdzić, który z tych efektów jest bardziej zaskakujący dla obserwatora. Dzięki takiemu traktowaniu szkła okiennego mieszczańskie domy Gdańska nabierają pełnego blasku i lśnienia, krystalicznego wyglądu; zgadzając się z opinią Schillinga podróżny skłonny jest przyjąć do wiadomości, że budynki te zostały stworzone ze szkła. Nawiasem mówiąc te szybki nie pozwalają na rzucenie jakiegokolwiek niedyskretnego spojrzenia do wnętrza domów.

Drugą z charakterystycznych cech gdańskich domów jest ich odosobnienie. Podróżni znający Londyn opowiadają o fortalicyjnym wręcz odcięciu się tamtejszych domów mieszkalnych od sąsiadów; oddzielone od ulicy rowami i kratami, już choćby z tych zewnętrznych powodów nadają sens angielskiemu powiedzeniu: „My house is my castle”. Podobnie jest i w Gdańsku. W oko podróżnego wpada szczególnie brak jakiegokolwiek rodzaju chodników. Ulica jest przeznaczona do ruchu publicznego i ograniczona po obu stronach rowami nieprzypominającymi w niczym nowoczesnych rynsztoków. Tuż za nimi znajduje się nie filisterski trotuar, do którego – zgodnie z pruskim prawem krajowym – właściciele domów posiadają jedynie prawo użytkowania (ale już nie własności), ale całkowicie prywatna i odizolowana od świata własność prywatna. Z tego też powodu w Gdańsku chadza się zawsze środkiem ulicy, podobnie jak to się działo dawniej w Królewcu. Jeśli zdarzy się w Berlinie, że taki uciekający od trotuaru, maszerujący dzielnie środkiem ulicy gdańszczanin zostanie przez berlińczyków rozpoznany i wyśmiany, to zawsze może potraktować wyśmiewaczy zgrabną odpowiedzią: przyjedźcie do Gdańska i spróbujcie spacerować po chodniku!

Przestrzeń, którą na ulicy zazwyczaj przeznacza się dla chodników, zajmuje płyta, tak zwane „przedproże”, zazwyczaj wyłożone kamiennymi kafelkami, biegnąca przed frontem całego budynku [Tego rodzaju „przedproża” znajdowały się w wielu miastach północnych Niemiec, gdzie jednak – w przeciwieństwie do Gdańska – w XIX wieku zostały zastąpione w większości tak nie lubianymi przez Passarge’a trotuarami. – przyp. wyd. niem.]. Między „przedprożem” a rowem ciągnie się z kolei niski murek wykonany kunsztownie z łamanego kamienia (Wangelsteine), na którym przed wieloma domami umieszczone są artystyczne reliefy. Pośrodku tych murków pozostawiono wolne miejsce jako przejście, przez które wiedzie szeroka kamienna płyta, niczym mostek zwodzony przykrywająca rów i łącząca bramę domu z ulicą. Balustradę tego mostku tworzą grube, często zdobione żelazne poręcze z dużymi mosiężnymi kulami umocowanymi do wspomnianych murków, zaś przy wejściu od strony ulicy spoczywają one na wielkich kamieniach uformowanych w kształcie kul, szyszek etc. Poręcze te są ważnym elementem podkreślającym charakter poszczególnych „przedproży”. Owe potężne, liczące niekiedy kilka stóp średnicy kamienne kule są milczącym odpowiednikiem pełnego dumy, angielskiego określenia: „My house is my castle”, przypominając nieco tysiącfuntowe moździerze.

Tam, gdzie „przedproża” i mostki zostały usunięte, albo w ogóle ich nie wybudowano, przed wieloma domami owe wielkie i wyraziste kule kamienne są ustawione bezpośrednio na kamiennym bruku, służąc jako ochrona przed wpadnięciem do znajdujących się bezpośrednio za nimi rowów.

Mało jest też w Gdańsku ulic, na których przed „przedprożami” nie rosłoby choćby kilka lip. To szlachetne drzewo cieszy się w Gdańsku tak wielką popularnością i szacunkiem, że w końcu magistrat – podobnie jak w wielu innych miastach – ze względu na liczbę zażądał ich częściowego wycięcia lub przynajmniej przycięcia ich gałęzi przy pomocy pił lub nożyc. Lipa nie tylko rzuca cień na „podwyższenia”, czyniąc odpoczynek na nich nad wyraz przyjemnym, ale także zdobi całą ulicę, co jest rzadko spotykane w innych miastach, jako iż lipy charakteryzują się wielką różnorodnością zieleni, tworząc rodzaj alei; nie są indywidualnymi ozdobami zdobiącymi jedynie dom, przed którym stoją.

Szpiczaste dachy gdańskich domów – pamiętajmy, że stoją one ścianą szczytową do ulicy! – wysoko dążą ku górze, wyrastając przeważnie w zgrabnej formie arabeski. Zazwyczaj na ich szczycie umieszczona jest flaga lub figura, popiersie albo też postaci zwierząt lub owoce; by trwały tam bezpiecznie umocowane są do kalenicy dachu żelaznym prętem. Sam dach opada po obu stronach ku sąsiednim domom; padający deszcz spływa rynnami, które mają swój odpływ na poziomie ulicy. W miejscach, gdzie zaczynają się „przedproża”, rynny biegną – przeważnie bardzo wysokim – wspólnym międzymurzem dzielącym „przedproża” od sąsiadów, wypluwając deszczówkę ze znajdujących się na końcu smoczych głów do rowów.

Spotykające się, sąsiadujące dachy bywają niekiedy miejscami drobnych katastrof. Uszkodzona rynna dachowa jednego z domów może być przyczyną szkód powstałych na dachu drugiego z nich; często rynny dachowe są wspólne, co wywołuje spory związane z odpowiedzialnością za ich naprawy.

Całkowicie charakterystycznym dla Gdańska jest zjawisko, z jakim mamy do czynienia z początkiem wiosny, gdy zaczyna topnieć śnieg. Jeśli nie został on usunięty spomiędzy dachów jeszcze w zimie, w tym okresie jest na to najwyższa pora, w przeciwnym razie topniejący śnieg łatwo może przecieknąć przez dach, a nawet i poddasze. Podczas usuwania śnieg jest zrzucany ze znacznej wysokości na ulicę i mimo iż strażnik ostrzega przechodniów o niebezpieczeństwie, niektórzy z nich zostają obsypani wodnistą lawiną.

Od frontu większość kamienic jest szeroka na trzy okna, fragment ryciny J. C. Schultza
Od frontu większość kamienic jest szeroka na trzy okna, fragment ryciny J. C. Schultza
Fot. Zbiory BG PAN

Mieszczańskie, prywatne domy Gdańska w swej zewnętrznej postaci stanowią duży kontrast wobec fasad naszych nowoczesnych, przypominających koszary i pozbawionych życia kamienic. Jeszcze większa różnica istnieje w ich wewnętrznym wyglądzie. Także i on przypomina nam Anglię. Gdy bowiem dzisiaj architekci czynią wszystko, by ustawić obok siebie całe rzędy pokoi, w Gdańsku nie mamy do czynienia z pokojami położonymi  o b o k  siebie; tu znajdują się one jeden  n a d  drugim. Wynika to po prostu z tego, że gdańskie domy są wąskie, ale za to wysokie. Z kolei – podobnie jak w Anglii – domy te zamieszkiwane są przeważnie przez jedną tylko rodzinę (przynajmniej w bogatszych kwartałach), co umożliwia istnienie pełnej przytulności izolacji od świata zewnętrznego, owego ciepłego „home”.

Jakże zbawienny wpływ czyni na gościu już pierwsza wizyta! Wchodząc do berlińskiego, przypominającego koszary falansteru człowiek, nie wiadomo kiedy, znajduje się nagle w wąskiej, całkowicie nagiej sieni, z której rozliczne drzwi prowadzą do poszczególnych mieszkań; wkraczającego do domu gościa ogarnia poczucie całkowitego opuszczenia i zagubienia. Jakże inaczej działa na niego wysoki, pełen przestrzeni, często ozdobiony obrazami i posągami hall gdańskiego domu mieszczańskiego witający gościa szerokim portalem. Odpowiada on całkowicie idei greckiego atrium, owego miejsca, gdzie odbywały się pełne życia spotkania jego mieszkańców. Wysoki sufit zastępował spoglądające z góry niebo, a duże rośliny w donicach – cień południowych drzew.

Szerokie schody, często kunsztownie rzeźbione w drewnie, prowadzą na galerię i do położonych wyżej pomieszczeń, z których największe i najbardziej reprezentacyjne leżały od strony ulicy zajmując całą szerokość domu. Światło wpadało do nich przez trzy wysokie okna, nadając charakteru wspaniałego „parlour” [Parlour, ang.: salon – przyp. tłum.]. Z tyłu, na parterze, znajduje się zazwyczaj kuchnia i cała część gospodarcza, często ukryta w jednym tylko wysokim pomieszczeniu. Na wyższych piętrach leżą sypialnie, pokoje dla dzieci i gości.

Nie wolno jednakże przemilczeć faktu, iż częstokroć wzgląd na przydatność poszczególnych pomieszczeń prowadzi w różnym stopniu do zaburzeń wspominanej wyżej harmonii. W wielu przypadkach spotkać możemy w hallu pojedyncze pokoje, często umieszczone jeden nad drugim, jak to bywa niekiedy w kościołach zawierających wewnątrz model mniejszej świątyni. Bardzo często też część „przedproża” – albo i nawet całe – zabudowane jest aż po wysokość dolnej krawędzi okien na pierwszym piętrze konstrukcjami przypominającymi budy, w których umieszczone są małe sklepiki.

W wielu domach wielkie halle są na całej wysokości podzielone na dwie nierówne części, z których większa jest miejscem handlu, zaś mniejsza stanowi korytarz prowadzący do schodów wiodących na wyższe piętra. Takie zjawisko nie zaskakuje, gdyż nowoczesne barbarzyństwo wywiera duży wpływ także i na tę architekturę. Zdarzały się przecież przypadki, gdy chciano „przedproża” – gdy nadeszła potrzeba ich odnowienia – całkowicie usunąć, aby uczyniły miejsce trotuarom; na szczęście uratowała je ekspertyza zmarłego już K. F. Schinkela [Pruski nadradca budowlany Karl Friedrich Schinkel (1781-1841) był w okresie swego urzędowania wielkim zwolennikiem dawnych budowli i działał w obszarze nabierającej dopiero wtedy znaczenia ochrony zabytków – przyp. wyd. niem.]. Nawiasem mówiąc do tego, by zlikwidować „przedproża”, rękę przykładali ci sami barbarzyńcy, którzy zniszczyli najpiękniejszą część zamku malborskiego.

Być może zbyt długo, aniżeli było to konieczne, zatrzymałem się przy architekturze gdańskich domów mieszczańskich, uczyniłem tak jednak dlatego, iż chciałem za jej pomocą od razu objaśnić charakter mieszkańców tego miasta. Ci patrycjusze powinni być dumni, że w ich tak odosobnionych domach żyje jeszcze duch kupieckiej kasty, mimo iż współczesne, nowoczesne życie kulturalne i encyklopedyczna wszechwiedza coraz częściej wołają „Biada wam!”. Nie ma w tym mieście bowiem żadnej płodnej literatury, żadnych mecenasów sztuki, którzy z  satysfakcją spoglądaliby w lustro swej próżności.

Skąd więc ta izolacja, brak włączania się w głos ogółu, owo pełne dumy „owijanie się w togę”? Cóż może być źródłem, jak nie ów duch, jaki spowodował powstanie takiej architektury? Przybysz przechodzi obok bogatej fasady „Domu Angielskiego” – o wielu innych publicznych budowlach, dowodach wspaniałego ducha tej wspólnoty nie wspominając – spaceruje w świetle księżyca po przepięknej Wyspie Spichrzów, spoglądając w ciemne otwory ich luków przypominających zapadnięte oczy. Czyta na bramie u końca ulicy Długiej ostrzegawcze słowa: „concordia respublicae parvae crescunt” albo na mieszczańskich domach wypisane złotymi literami imiona Horacych, Brutusów, Temistoklesa, Fabrycjusza i Camillusa. „Barbarzyńskimi” stopami depcze owe płyty nagrobne w Kościele Mariackim, które fundatorzy kazali wykuć „dla siebie i potomnych”, słuchając głosów minionych stuleci i podziwia dumnego ducha owych patrycjuszy, których przodkowie patrzą z setek obrazów swymi „rajcowskimi obliczami” na wnuki, zachęcając je do energicznych działań.

Kiedy swego  czasu Platen chciał kupić w Wenecji książkę od jednego z antykwariuszy, ale jej cena wydawała mu się zbyt wysoka, otrzymał od sprzedawcy pełną dumy odpowiedź: „Ależ, signore, ona jest z czasów Świętego Marka!” (to znaczy z czasów Republiki). Jak w Wenecji, tak i tutaj żyje pamięć i świadomość owej dawnej wielkości; i to nie tylko wśród wyższych warstw, ale i pośród ludu. I mimo, iż pod władzą pruskiego domu królewskiego Gdańsk czuje się dobrze, nie jest to nic innego, jak tylko poczucie bezpieczeństwa po okresach grabieży [Po odebraniu Gdańska Zakonowi Niemieckiemu (1454), względnie po tzw. drugim pokoju toruńskim (1466) miasto przeszło pod władanie Korony Polskiej. W roku 1793 wraz z drugim rozbiorem Polski przypadło z powrotem Prusom. Uprzednio było ono niemal całkowicie „wolnym miastem-republiką”. Stąd określenie Passarge’a o „grabieżach” – przyp. wyd. niem. Termin „z powrotem” jest w tym kontekście nieporozumieniem: wydawca niemiecki myli pojęcia polskich Prus Królewskich z niemieckim królestwem Prus – przyp. red.].

Niespokojny duch miejskiej wolności charakteryzujący średniowieczne republiki italskie, którego śladem w sposób naturalny podążała katastrofa, gdy wypełniał dusze obywateli hardością pozbawioną pokory; niepokój tak ukochany przez element polski kochający bunt, lecz nie tyle dla idei, ile dla awantury; dziwne połączenie flegmy i lekkomyślności znajdujące swe wyjaśnienie w tej mieszance niemieckości i słowiańszczyzny – tego właśnie przedziwnego ducha odnajdujemy bez przerwy w całej historii Gdańska i jest rzeczą interesującą, że wyraz tej niesforności i nieokiełznania znaleźć możemy także i w najnowszych czasach.

Jeśli chce się poznać współczesny charakter narodu czy miasta nie wolno ignorować ich historii. Jak w Italii bandyci (we właściwym znaczeniu tego słowa [z włoskiego bandito: banita, człowiek ogłoszony za wyjętego spod prawa – przyp. tłum.]), którzy wywodzili się z członków zakazanych partii politycznych, co oznaczało, iż cały świat rabusiów w istotny sposób był związany z życiem politycznym pozostając z nim w odpowiednich relacjach (oczywiście odwrotnych), tak cała surowość, ba, nawet brutalność i zdziczenie członków niższych klas społecznych Gdańska, nie są niczym innym jak konsekwencją pozbawionych wielkich celów niesforności, krnąbrności i energii, jakie wypełniały dawniejsze pokolenia. Budzący lęk „bowkowie” [Bowke – tradycyjna gdańska postać historyczna mająca kilka znaczeń; w pierwotnym założeniu to typowy dla portowej dzielnicy rzezimieszek i rozrabiaka, w okresie późniejszym darmozjad, obibok i drobny złodziejaszek – przyp. tłum.], nazbyt łatwo wyciągający z kieszeni „nóż Bowiego” [nóż zaprojektowany przez Jamesa „Jima” Bowiego, 1796-1836, amerykańskiego pioniera i żołnierza, legendarnego bohatera rewolucji teksańskiej, który został zabity w bitwie o Alamo – przyp. tłum.; zbieżność słowa „bówka” z nazwiskiem wynalazcy noża przypadkowa – przyp. red.] i dostarczający dużą część kontyngentu dla miejscowego więzienia, postrach wszystkich dandysów i gospodyń domowych, zaskakująco przypominają swych poprzedników działających w różnych ruchach okresu reformacji, pełnych konfliktów relacji między ludem a ratuszem i duchownymi; są oni niemal żywcem kopiami bohaterów scen, jakie ukazał nam Rosenfelder na swym wybornym obrazie przedstawiającym uwolnienie przez lud reformatorskiego kaznodziei, Pankratiusa Kleina[Ludwig Rosenfelder, 1813-1881, był dyrektorem Kunstakademie w Królewcu; uwolniony przez lud kaznodzieja nie nazywał się Klein, lecz Klemme- przyp. wyd. niem.]. Takie „wzbudzone przez masy zbrojne demonstracje” gdańszczanie potrafili organizować w sposób wyśmienity już przed stuleciami, a których – co najdziwniejsze – nie zapomnieli po dziś dzień [Ta opinia Passarge’a o gdańskim izolacjonizmie wywodzi się najwyraźniej z pewnej nieznajomości historii średniowiecznych miast niemieckich. Patrząc bowiem szerzej, powtarzające się wewnętrzne niepokoje, tak charakterystyczne dla historii Gdańska, nie były bowiem w nich niczym nadzwyczajnym – przyp. wyd. niem.].

Oczywiście rada miejska wychodziła z takich konfliktów, aczkolwiek nie zawsze zwycięska,  jednak bez większego uszczerbku swojej władzy, a to dlatego, iż jej głęboki związek z życiem ludu, permanentne branie pod uwagę jego interesów, przypominało pozycję rady weneckiej. Czy mamy więc mieć za złe tym starym rodom, że tak bardzo związane są ze swymi wspomnieniami, iż przepojone konserwatywnym duchem zamykają się na nowinki, opierając propozycjom literackiej kliki?

W tych patrycjuszowskich mieszkaniach ujrzeliśmy wiele cech angielsko-arystokratycznego charakteru – mamy więc mieć im za złe, iż kierują się również pilnością Anglików i ich duchem przedsiębiorczości? A jeśli mamy już inne zdanie, czyż poznanie rozwoju natury rzeczy i warunków, w jakich do niego dochodziło, nie wystarcza, aby choć w małym stopniu darzyć ich szacunkiem?

 

Ludwig Passarge

Przekład: Wawrzyniec Sawicki

Redakcja: Jacek Borkowicz


Publikowane: „30 Dni" 1/2012

Historie gdańskie
Wypisy gdańskie
Rozmowy gdańskie
Biblioteka gdańskia